A czy ktoś łączył afirmacje z konkretnymi działaniami? Bo mam wrażenie, że samo klepanie bez ruchu w realu to trochę jak czekanie, że pizza sama przyleci.
Bez działania to są życzenia, nie afirmacje. Afirmacja zmienia nastawienie, a nastawienie zmienia decyzje. Jak codziennie powtarzasz, że jesteś otwarty na nowe źródła dochodu, to pewnego dnia zobaczysz ofertę pracy, którą wcześniej byś przeskrolował, i napiszesz. To nie magia, to ustawianie filtra uwagi.
Wróciłem z meldunkiem - sprawdziłem to "jestem otwarty na to, żeby pojawiło się więcej dobrobytu w moim życiu" i faktycznie żołądek się nie ściskał. Czuję się głupio, że jedno słowo robi taką różnicę, ale robi.
Wracając do mojego pomysłu z drugim notesem - jak ktoś będzie próbował, to ostrzegam, że pierwsze dni mogą być trudne. Wypisanie wszystkich lęków finansowych z głowy na papier wyciąga rzeczy, o których człowiek nie wiedział, że je nosi. U mnie po pierwszej takiej sesji byłam zmęczona jak po treningu.
Dobrze, że uprzedzasz. Czyli lepiej tego nie robić w środku tygodnia po pracy, tylko jak mam wolny wieczór i potem czas, żeby odpocząć?
Zdecydowanie. Najlepiej w weekend, kiedy masz potem przestrzeń, żeby się tym nie obciążać dalej. I dobrze mieć pod ręką coś przyjemnego - herbatę, ciepły koc, cokolwiek, co Ci pomoże domknąć tę sesję.
Dorzucę od siebie jeszcze jedną rzecz, której nikt tu jeszcze nie poruszył - afirmacje na obfitość działają lepiej, jak nie skupiasz się wyłącznie na pieniądzach. Obfitość to też czas, energia, relacje, zdrowie. Jak afirmujesz tylko kasę, to zawężasz strumień. Jak otwierasz się na obfitość ogólnie, paradoksalnie pieniądze przychodzą szybciej, bo nie ma takiego ścisku.
Może być coś w stylu "jestem otwarty na obfitość w różnych formach - czasu, energii, kontaktów, pomysłów i środków". Brzmi długo, ale jak to powtarzasz, to mózg sam sobie wybiera, czego mu w danym momencie najbardziej brakuje. I czasem efekt przychodzi z zupełnie innej strony, niż się spodziewasz.
Wróciłam do tematu po kilku dniach prób z "jestem otwarta na to, żeby pieniądze przychodziły do mnie łatwiej" i muszę przyznać, że to faktycznie inaczej siada. Nie ma tego wewnętrznego buntu. Jeszcze nic się nie wydarzyło w realu, ale chociaż nie czuję, że okłamuję samą siebie.
U mnie afirmacje finansowe zadziałały dopiero wtedy, jak przestałam je traktować jak zaklęcie. Wcześniej miałam takie podejście, że jak powiem dziesięć razy, to coś musi się stać. A jak nic się nie działo, to się wkurzałam i było gorzej niż przed.
Dorzucę coś, czego tu jeszcze nie było - sprawdźcie, jakim tonem do siebie mówicie te afirmacje. Można powiedzieć "jestem otwarta na obfitość" tak, jakbyś czytała listę zakupów, albo tak, jakbyś naprawdę dawała sobie pozwolenie. Ten drugi sposób ma zupełnie inną wagę.
O tym nie pomyślałam. Powtarzam mechanicznie, czasem nawet w myślach pod prysznicem, bez żadnego skupienia. Może dlatego efekty są takie powolne. Spróbuję wieczorem usiąść i powiedzieć to świadomie, choćby raz, ale na serio.
Ja zauważyłem, że jak afirmuję rano zaraz po obudzeniu, jeszcze w półśnie, to jakoś lepiej wchodzi. Jakby umysł nie zdążył jeszcze postawić ścian obronnych. Ktoś jeszcze tak ma?
A jak ktoś budzi się od razu na alarm i lecę zaspany do pracy? Nie mam tych pięciu minut półsnu, o których mówicie. Powinienem coś zmienić w rutynie czy da się to obejść inaczej?
U mnie wieczorem działa nawet lepiej niż rano. Mam wrażenie, że to potem "pracuje" w nocy. Czasem mi się śnią rzeczy związane z tym, co afirmowałam, jakby umysł sam to przerabiał.
Czyli wychodzi mi, że najlepiej rano krótko zaraz po obudzeniu i wieczorem przed snem. W ciągu dnia jakieś przypomnienie, może ten gest, o którym pisała Gabka wcześniej. I raz w tygodniu, w weekend, sesja z notesem na stare przekonania. Brzmi to ogarnialnie.
Brzmi bardzo rozsądnie. Tylko jedna uwaga - nie traktuj tego jak listy zadań do odhaczenia. Jak pominiesz dzień, nie rób z tego dramy. Praca z afirmacjami to nie jest dieta, gdzie jedno odstępstwo wszystko psuje. To zmiana sposobu myślenia rozłożona na miesiące.
Mam pytanie do tych, co robią to dłużej - po jakim czasie zauważyliście pierwsze konkretne, namacalne zmiany w finansach? Nie "spokój wokół pieniędzy", tylko realne wpływy, propozycje, oszczędności. Pytam, żeby mieć jakieś ramy, czego się spodziewać.
U mnie pierwsze realne, namacalne zmiany pojawiły się po jakichś trzech miesiącach systematycznej pracy. I to nie była wygrana w totka, tylko nagle dostałam propozycję zlecenia od osoby, z którą nie rozmawiałam od lat. Wcześniej, przez te pierwsze tygodnie, zmieniało się głównie podejście - mniej paniki na widok rachunków, większa odwaga, żeby negocjować stawki.
U mnie to było jakieś dwa miesiące. Najpierw zauważyłem, że przestałem unikać sprawdzania konta - wcześniej miałem z tym problem, otwierałem aplikację z duszą na ramieniu. Potem dopiero przyszła konkretna podwyżka, o którą sam się upomniałem, czego wcześniej bym nie zrobił.
Ja czekałam pół roku na coś konkretnego i prawie się poddałam. A potem w jednym miesiącu zbiegło się kilka rzeczy - zwrot z urzędu, o którym zapomniałam, jakieś zlecenie z polecenia i sprzedałam wreszcie rzeczy, które leżały latami. Trudno powiedzieć, czy to afirmacje, czy zbieg okoliczności, ale ja to wiążę z pracą, którą wcześniej robiłam.
Czyli muszę się uzbroić w cierpliwość. Trochę się obawiałem, że jak nie zobaczę nic przez miesiąc, to to nie działa. Dobrze wiedzieć, że to normalne, że na początku zmienia się głównie głowa, a reszta przychodzi później.
A czy to się liczy jak ktoś mi coś za darmo da albo zrobi przysługę? Bo mam wrażenie, że obfitość kojarzy mi się tylko z gotówką, a tu wychodzi, że to szersze pojęcie.
Dołączę się z moim doświadczeniem. Afirmuję od jakichś czterech miesięcy i pierwsze, co się zmieniło, to relacja z wydawaniem. Wcześniej każdy większy zakup wiązał się z poczuciem winy, nawet jak było mnie na to stać. Teraz po prostu kupuję, co potrzebuję, bez tego ciężaru. A pieniądze i tak są, a nawet jest ich więcej, mimo że wydaję spokojniej.
U mnie ciekawa sprawa - afirmuję na obfitość, a najwięcej zmieniło się w obszarze pracy. Dostałam propozycję przejścia do innego działu z lepszą pensją, choć w ogóle nie aplikowałam. Sama z siebie bym tego nie szukała. Mam wrażenie, że to przyszło dlatego, że przestałam się trzymać kurczowo tego, co miałam.
U mnie z konkretnymi kwotami nigdy nie wychodziło. Jak afirmowałam "mam dodatkowe dwa tysiące w tym miesiącu", to ciało reagowało buntem - jak niby, skąd. Odkąd przeszłam na bardziej miękkie sformułowania, jest spokojniej i jakoś tak bardziej naturalnie.
U mnie też przejście z twardych afirmacji na bardziej otwarte zmieniło sporo. Wcześniej mówiłem sobie "zarabiam dziesięć tysięcy miesięcznie" i czułem się jak oszust we własnej głowie. Teraz mówię raczej, że jestem gotowy przyjmować więcej i że potrafię się o siebie upomnieć finansowo. I to jakoś bardziej siedzi.
