Dodam jeszcze jedno - przy afirmacjach na akceptację ciała ważne jest, żeby nie robić tego przed lustrem na początku. Wiem, że wszędzie polecają lustro, ale przy silnym odrzuceniu ciała widok własnego odbicia uruchamia obronę szybciej niż słowa zdążą dotrzeć. Lustro dopiero po kilku tygodniach pracy bez niego.
To wyjaśnia dlaczego za każdym razem jak próbowałam przed lustrem, czułam się gorzej. Myślałam że robię coś źle, a okazuje się że metoda nie była dopasowana do etapu. Od czego więc zacząć, jeśli nie od lustra?
Od zamkniętych oczu i dłoni na sercu albo na brzuchu. Bez obrazu, tylko czucie i słowa. Kiedy to przestanie być trudne, przechodzisz na otwarte oczy bez lustra - patrzysz na dłoń albo w sufit. Dopiero po jakimś czasie wprowadzasz lustro, najpierw patrząc sobie tylko w oczy, nie na całą sylwetkę. Sylwetka jest ostatnim etapem, nie pierwszym.
To jest dla mnie odkrycie. Próbowałam lustrzanej metody bo wszyscy to polecają i za każdym razem kończyło się płaczem. Myślałam że jestem za słaba, a okazuje się że po prostu zaczęłam od końca. Spróbuję od dłoni na sercu z zamkniętymi oczami.
dobrze że ktoś to wreszcie nazwał. Też tak miałam po ciąży. Stawałam przed lustrem, wypowiadałam te wszystkie 'jestem piękna' i czułam jak we mnie coś się buntuje. Im dłużej, tym gorzej. Dłoń na brzuchu zmieniła wszystko, bo to jest kontakt bez obrazu.
Chciałabym dorzucić coś o doborze słów. Wiele osób używa formuł z internetu, słowo w słowo. Ale język jest sprawą bardzo osobistą. Słowo 'akceptuję' u jednej osoby przejdzie gładko, u drugiej zabrzmi jak wymuszenie. Trzeba testować różne synonimy i patrzeć, które przechodzą bez wewnętrznego skrzywienia.
U mnie słowo 'akceptuję' wywołuje właśnie to zaciskanie. A 'pozwalam' jakoś przechodzi. Czy to ma sens, czy ja sobie wmawiam różnicę?
Ma sens i to duży. 'Akceptuję' zakłada że coś jest finalne, że uznajesz to za stan docelowy. 'Pozwalam' zostawia ruch, otwiera proces. Dla osoby która nie jest gotowa zamknąć tematu, drugie słowo jest dużo bezpieczniejsze. Twoja psychika sama to wybrała, to nie wmówienie.
Chcę zwrócić uwagę na jedną rzecz, która tu jeszcze nie padła. Afirmacje akceptacji ciała często są mylone z afirmacjami zmiany ciała. To dwie różne rzeczy i mieszanie ich daje sprzeczne sygnały. Jeśli rano mówisz 'akceptuję swoje ciało takie jakie jest', a wieczorem 'moje ciało staje się szczuplejsze', psychika gubi kierunek.
O kurczę, dokładnie tak robiłam. Miałam listę z akceptacją i drugą listę z chudnięciem. Myślałam że jedno wspiera drugie, a może się wzajemnie blokowały?
Blokowały, bo komunikat 'jest dobrze jak jest' kłóci się z 'ma być inaczej'. Trzeba wybrać jeden kierunek na dany okres. Albo pracujesz nad akceptacją obecnego stanu i wtedy odkładasz afirmacje zmiany na bok, albo pracujesz nad zmianą i wtedy nie udajesz, że już akceptujesz. Spróbuj wybrać jedno na kilka tygodni i zobacz różnicę.
Dorzucę coś o porach. Praca z ciałem przez afirmacje najlepiej działa wieczorem, tuż przed snem, kiedy fala mózgowa zwalnia. Wtedy komunikat wchodzi głębiej, omija krytyczny umysł. Rano organizm jest w trybie obronnym, wszystkie filtry działają na pełnych obrotach i afirmacja odbija się od powierzchni.
Spróbuję przestawić. Robiłam wszystko rano w pośpiechu i wieczorem padałam na łóżko bez żadnej praktyki. Może to też tłumaczy, dlaczego po pół roku nic się nie ruszyło.
Jeszcze jedna rzecz przy afirmacjach po przybraniu wagi - jeśli przybranie wiąże się z konkretnym wydarzeniem życiowym, jak ciąża, strata kogoś, choroba, leki, to formuły powinny to uwzględniać. Inaczej brzmi 'pozwalam sobie być w tym ciele' bez kontekstu, a inaczej 'moje ciało przeszło ze mną przez żałobę i ma prawo wyglądać inaczej'.
U mnie to były leki hormonalne i potem długi okres siedzącej pracy po operacji. Czyli zamiast ogólnej afirmacji mogłabym konkretnie nawiązać do tego, co się działo? Brzmi jakby to mogło przejść inaczej niż te gotowe formuły z książek.
Dokładnie tak. Leki hormonalne to konkretna przyczyna fizjologiczna i twoja podświadomość o tym wie. Jeśli mówisz ogólnie 'pozwalam sobie być w tym ciele', to brzmi jak abstrakcja. Ale 'pozwalam sobie być w ciele, które przeszło leczenie' albo 'pozwalam sobie być w ciele, które niosło mnie przez operację' - to już ma punkt zaczepienia. Podświadomość przyjmuje konkret łatwiej niż ogólnik.
Mam pytanie do całej dyskusji, bo trochę się gubię. Czy ktoś próbował pisać afirmacje zamiast je mówić? Bo ja przy mówieniu na głos czuję się głupio, a w notatniku jakoś łatwiej mi przyznać że coś tam u mnie jest okej.
A można łączyć? Najpierw napisać kilka razy, a potem przeczytać na głos to co się napisało? Czy to za dużo?
Można i nawet bym to polecała przy trudnych tematach jak ciało. Napisanie oswaja treść, czytanie na głos wprowadza ją głębiej. Tylko nie rób z tego rytuału na pół godziny, bo się zniechęcisz po tygodniu. Pięć minut pisania, dwie minuty czytania, koniec.
Wracając do tego o czym mówiłem wcześniej z porami - przy nagraniach wieczornych można odsłuchiwać przed zaśnięciem, na cichym poziomie głośności. Mózg w stanie hipnagogicznym przyjmuje to bez krytycznego filtra. Tylko ważne żeby nie było zbyt głośno, bo wybudzi.
Spróbuję chyba tak, krok po kroku. Najpierw pisanie wieczorem przez tydzień czy dwa, potem dorzucę mówienie. Jak będzie szło, pomyślę o nagraniu. Tylko mam jeszcze jedno pytanie - czy w takiej pracy z ciałem dobrze jest patrzeć w lustro, czy lepiej omijać?
Na początek omijać. Praca z lustrem przy nieakceptacji ciała to bardzo trudne ćwiczenie, większość ludzi nie wytrzymuje i porzuca całą praktykę po kilku dniach. Lepiej najpierw zbudować neutralność słowem, potem dotykiem - poklepanie ramion, dłoń na brzuchu podczas mówienia, takie drobne kotwice fizyczne. Lustro przychodzi później, kiedy treść już nie wywołuje skurczu.
A dla facetów to też działa tak samo? Bo mam wrażenie że ta cała dyskusja siedzi mocno w kobiecym sposobie pracy z ciałem. U mnie po przybraniu wagi sytuacja jest podobna, tylko jakoś nie umiem sobie wyobrazić siebie głaszczącego brzuch przy lustrze.
Chcę jeszcze coś dorzucić, bo w całej dyskusji o słowach i technikach gubi się jedna sprawa. Afirmacje przy nieakceptacji ciała nie zadziałają, jeśli równolegle codziennie karmisz się treściami, które ją wzmacniają. Jeśli rano mówisz 'pozwalam sobie być w tym ciele', a potem przez godzinę przewijasz konta z idealnymi sylwetkami, to praca słowna nie ma szans. Trzeba przyjrzeć się też temu, co wchodzi do głowy poza praktyką.
Nie chodzi nawet o świadome porównywanie. Mózg rejestruje setki obrazów dziennie i z tego buduje sobie 'normę'. Jeśli twoja norma wzrokowa to wyretuszowane ciała, to twoje własne ciało zawsze będzie poniżej tej normy, niezależnie ile razy powtórzysz że je akceptujesz.
A co z lustrami w przymierzalniach? Bo dla mnie to jest najgorsze miejsce. Afirmacje afirmacjami, ale po jednej wizycie w sklepie wracam zmieciona na tydzień.
To akurat się zgadza z moim doświadczeniem. W domu w lustrze w przedpokoju wyglądam normalnie, w sklepie jakby ktoś mnie przerobił. Myślałam że to ja sobie wmawiam.
