Wracając do tematu afirmacji - dla osób które mają ten problem z przymierzalniami polecam krótką formułę kieszonkową. Coś co możesz sobie powtórzyć na miejscu, kiedy poczujesz że się sypie. U mnie sprawdza się 'to jest światło, nie ja'. Bez patosu, bez wielkich słów, czysta przypominajka.
Dorzucę coś od strony rytualnej, bo widzę że dyskusja idzie głównie psychologicznie. Przy pracy z ciałem dobrze działa drobny gest fizyczny powiązany ze słowem - dotknięcie nadgarstka, zaciśnięcie pięści, cokolwiek dyskretnego. Robisz to przy każdym powtórzeniu afirmacji w domu. Potem w sklepie sam gest uruchamia stan, nawet bez słów. To technika kotwiczenia, znana zarówno w magii ceremonialnej jak i w NLP pod inną nazwą.
A czy ten gest powinien być powiązany z konkretną afirmacją czy może działać jako ogólny 'uspokój się'? Bo widzę że mogłabym mieć kilka takich kotwic do różnych sytuacji.
Na początek jedna kotwica, jedna formuła. Jak siądzie, można dodać drugą do innego kontekstu. Ale jeśli zrobisz pięć od razu, mózg nie połączy ich w solidne ścieżki. Lepiej mieć jedną która działa niż pięć które wszystkie są w połowie.
poranek przed pełnym wybudzeniem to moment, kiedy mózg jest jeszcze w stanie pół-sennym i przyjmuje treści mniej krytycznie. Wieczór tuż przed zaśnięciem działa podobnie. To są dwa naturalne okna sugestii. W ciągu dnia, kiedy świadomość pracuje na pełnych obrotach, afirmacje są bardziej weryfikowane i częściej odbijasz się od nich z myślą 'to nieprawda'. Dlatego dla osób, które się ze sobą sprzeczają przy afirmacjach typu akceptacji ciała, polecam właśnie te dwa okna.
Próbowałam wersji wieczornej i u mnie nie zadziałało, bo zasypiam dosłownie w trakcie. Powtarzam dwa razy i już mnie nie ma. Czy to znaczy, że afirmacja wchodzi do podświadomości, czy że po prostu jej nie zakodowałam?
To rozróżnienie między deklaracją stanu a opisem procesu strasznie dużo mi rozjaśnia. Bo te wszystkie 'kocham swoje ciało' to były właśnie deklaracje stanu, w którym nie jestem. A 'uczę się' albo 'zaczynam' już brzmi prawdziwie, bo to jest faktyczna sytuacja.
Dorzucę jeszcze jedno przejście. Zamiast od razu 'akceptuję', można iść przez etap 'nie muszę się dziś nienawidzić'. To brzmi minimalistycznie, ale dla kogoś, kto codziennie rano obrzuca się komentarzami w lustrze, samo zawieszenie tej rutyny jest dużym krokiem. Akceptacja przyjdzie później, najpierw trzeba przestać aktywnie szkodzić.
Pisałem w rodzaju męskim, ale ok 🙂 Moja propozycja: pierwszy szczebel 'nie muszę się dzisiaj atakować', drugi 'mogę popatrzeć na siebie bez wyroku', trzeci 'moje ciało robi dla mnie wiele rzeczy każdego dnia', czwarty 'doceniam to konkretne, co potrafi moje ciało', piąty dopiero ewentualnie 'akceptuję siebie taką, jaka jestem'. Każdy szczebel trzeba przepracować na tyle długo, żeby przestał brzmieć fałszywie, zanim się ruszy wyżej. U niektórych to są tygodnie, u niektórych miesiące.
