A jak to się ma do tych trudnych momentów, o których mówił wcześniej Marowit? Bo jeśli potrzebuję dużo powtórzeń z uwagą, a rano z dziećmi nie ma chwili spokoju, to kiedy ta uwaga miałaby się pojawić?
To co opisuje Wincentyna_01 brzmi jak coś między afirmacją a intencją. Intencja jest na coś konkretnego - jutro, ta sytuacja. Afirmacja jest bardziej ogólna - jestem spokojna, jestem cierpliwa. Czy to jest ta sama praca, czy jednak coś innego?
Wracam do pytania Strzybozka66 z wcześniej o tym 'wewnętrznym ale'. Słucham tej rozmowy o powtórzeniach, intencjach, zeszytach - i mam wrażenie, że szukamy metod, żeby ominąć ten problem. Ale czy nie powinniśmy raczej go jakoś zaadresować bezpośrednio? To znaczy - co z samym 'ale'?
jedną ze znanych metod jest zamiana struktury zdania. Zamiast 'jestem dobrą matką', coś w stylu 'uczę się być dobrą matką' albo 'staram się być dobrą matką każdego dnia'. Umysł nie odrzuca czegoś, co jest procesem - odrzuca absolutne twierdzenia, które jego zdaniem są fałszywe. To nie jest obejście 'ale', tylko inaczej postawione twierdzenie, które 'ale' ma trudniej obalić.
A czy ktoś w ogóle próbował pisać afirmacje rodzicielskie razem z partnerem albo mężem? Bo mam wrażenie, że w tej rozmowie cały czas jest jeden rodzic, który coś ze sobą robi, a drugie z rodziców jakoś w tym nie uczestniczy. Zastanawiam się, czy to ma znaczenie, czy nie.
Ale skąd wiadomo, że to był efekt zeszytu, a nie zwykłe zmiany, które by i tak nastąpiły? Pytam bez złośliwości, bo sama nie wiem, jak odróżnić co naprawdę wywołała praca z afirmacjami, a co po prostu by się zdarzyło. Chyba że ktoś ma na to jakiś sposób.
nie ma na to pewnej metody. To jest jeden z podstawowych problemów w każdej pracy ze sobą. Zmieniasz kilka rzeczy naraz - zachowanie, mówienie, zeszyt, rozmowy z mężem - i nie wiesz, co zadziałało. Jedyne, co możesz zrobić, to zmieniać jedną rzecz na raz i obserwować. Ale w życiu z dziećmi nikt tak nie żyje, bo nie ma warunków laboratoryjnych. Więc zostaje obserwacja subiektywna i tyle.
A jak rozróżniacie afirmację od zwykłego okłamywania siebie? Bo mam koleżankę, która mówi sobie 'jestem spokojna, jestem spokojna' i jednocześnie trzęsą jej się ręce ze złości. To mi nie wygląda na przekonanie, to wygląda na tłumienie.
Wracam do pytania o partnerów. Rozumiem, że nikt nie zrobi tego 'razem' w sensie formalnym. Ale czy ktoś próbował powiedzieć partnerowi czego szuka w tej pracy? Nie żeby on też to robił, tylko żeby wiedział co się dzieje. Bo mam wrażenie, że robię to w ukryciu, jakby to było coś wstydliwego.
Ale czy w ogóle trzeba tłumaczyć partnerowi? Mam wrażenie, że jak coś robię dla siebie, to nie musi mieć społecznego uzasadnienia. Czy ta potrzeba tłumaczenia nie wynika z tego, że sami do końca nie jesteśmy przekonani?
A wracając do tego, co mówiła Strzybozka66 o 'wewnętrznym ale' - mam pytanie do tych, którzy pracują z tym dłużej. Czy to 'ale' z czasem cichnie samo, czy trzeba z nim aktywnie pracować? Bo mam wrażenie, że próbując je uciszyć, tylko mu daję więcej uwagi.
A co z rytmem w ciągu dnia? Czy to ma znaczenie, kiedy się to mówi - rano, wieczór, w środku jakiejś trudnej chwili? Bo mam wrażenie, że jak mi coś idzie nie tak z dzieckiem i próbuję wtedy powiedzieć sobie 'jestem cierpliwa', to brzmi jak kpina. A rano, zanim wszystko się zacznie, jakby trochę inaczej.
z tego, co obserwowałam u siebie - rano działa inaczej niż w środku kryzysu i to nie jest kwestia siły woli. Rano masz niższy kortyzol, mniejszy szum w głowie. Afirmacja w trudnej chwili to jak próba czytania mapy podczas wypadku - możliwa, ale nie to jest moment na naukę.
A czy są jakieś afirmacje, które sprawdzają się konkretnie w kontekście rodzicielskim? Bo te, które znajduję w różnych miejscach, są bardzo ogólne. 'Jestem wystarczająca', 'daję z siebie wszystko'. Ale jak wracam po ciężkim dniu i ledwo stoję, to brzmi pusto.
To, co napisała Strzybozka66, to jest jakiś klucz chyba. Łatwiej nam budować zdania dla kogoś bliskiego niż dla siebie. Czy to znaczy, że powinnam pisać afirmacje tak, jakbym pisała do kogoś innego, a potem kierować je do siebie?
Czy ktoś próbował pisać afirmacje specyficznie dla rodzicielstwa, nie ogólnie o sobie, ale o konkretnej roli? Zastanawiam się, czy 'jestem cierpliwą matką' albo 'umiem słuchać swojego dziecka' jest lepsze niż ogólne 'jestem spokojna'. Bo to bardziej namacalne.
To, co napisała Serenity70 o szukaniu zdań o tym, co się robi zamiast o tym, jaka się jest - to mnie zatrzymało. Bo ja od początku szukałam definicji siebie. 'Jestem cierpliwa', 'jestem dobra', 'jestem wystarczająca'. I zawsze gdzieś w tyle głowy był głos, który mówił: nie, nie jesteś. A zdanie o zachowaniu można sprawdzić. Trudniej zaprzeczyć czemuś konkretnemu.
Słucham tej rozmowy i coś do mnie dociera. Przez ostatnie tygodnie szukałam zdań, które mnie naprawią. A może powinnam szukać zdań, które mnie potwierdzą w tym, co już robię. To chyba jest ta różnica. Nie 'bądź lepsza', tylko 'widzę, że jesteś'.
Mam trochę inne podejście do tego, o czym piszecie. U mnie działały afirmacje pisane wieczorem, specjalnie pod kolejny dzień. Coś w stylu: 'jutro mam trudne południe z odbiorem ze szkoły, powiem sobie wtedy: przez chwilę i tak przejdziemy'. Taka zapowiedź zamiast ogólnego postanowienia. Nie wiem czy to ortodoksyjnie afirmacja, ale działało.
Wracam do tego, co mówiłyśmy wcześniej o pisaniu o sobie jak o kimś innym. Próbowałam ostatnio napisać zdanie do siebie tak, jakbym pisała do przyjaciółki w trudnej chwili. Wyszło mi: 'robisz to, co możesz, z tym co masz, i to jest naprawdę dużo'. I to pierwsze zdanie, które przeczytałam i się nie zaśmiałam wewnętrznie. Czy to oznacza, że mnie nareszcie nie odrzuciło?
Nie brzmi dziwnie. Mnie afirmacja, która po raz pierwszy nie odbiła się od ściany, też wywołała coś nieoczekiwanego. Jakiś smutek, że tak długo tego sobie odmawiałam. To może być dobry znak, nie zły.
Mam pytanie do wszystkich: jak długo zanim coś z tego poczułyście? Bo mam wrażenie, że próbuję, zmieniam zdania, zmieniam pory dnia, i nadal mam poczucie, że mówię do ściany. Tydzień? Dwa? Ile to mniej więcej trwa, zanim coś ruszy?
Wracając do tego, co pisała Bertramka o zdaniu do siebie jak do przyjaciółki - próbowałam tego podejścia z dziećmi w tle. I coś mnie uderzyło. Nigdy nie powiedziałabym przyjaciółce 'jesteś złą matką', ale sobie mówię to bez mrugnięcia okiem. Skąd ta asymetria?
To chyba jeden z ważniejszych wątków w tej rozmowie. Ten test przyjaciółki. Mnie przy małym dziecku najbardziej niszczyło porównywanie - z innymi matkami, z tym jak wyobrażałam sobie siebie. Afirmacja 'jestem wystarczająca' długo do mnie nie trafiała, bo gdzieś w środku byłam przekonana, że nie jestem. A może trzeba było zacząć właśnie od tej asymetrii, o której piszesz.
Mam pytanie do wszystkich, bo coś mnie nurtuje od początku tej rozmowy. Mówimy głównie o matkach. A co z ojcami? Pytam, bo mój partner też jest zmęczony i też chyba potrzebuje czegoś takiego, ale myślę, że zdania w stylu 'jestem wystarczającym rodzicem' po prostu inaczej by do niego trafiały. Albo wcale.
To, o czym pisze Franek, ma sens jeśli spojrzeć na to przez pryzmat tego, jak działają przekonania. Gotowe zdanie cudze to jak ubranie z czyjegoś ramienia - może pasować, ale niekoniecznie. Własne słowa mają inny ciężar, bo są zakorzenione w twoim konkretnym doświadczeniu.
Ale jak wymyślić własne zdanie, jeśli się jest w środku kryzysu i po prostu nie ma się zasobów? Szczerze pytam, bo jak jestem bardzo zmęczona, to nie jestem w stanie nic wymyślić. Biorę cokolwiek i powtarzam, żeby coś było.
