Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy afirmacje mogą w ogóle pomóc w zaakceptowaniu starości. Nie mówię o byciu 'wiecznie młodą duchem' - to mi trąci zaprzeczeniem, nie akceptacją. Chodzi mi raczej o coś głębszego: czy regularne pracowanie z afirmacjami może zmienić sposób, w jaki czujemy się z przemijaniem, z ciałem które się zmienia, z tym że pewne rzeczy już za nami? Sama widzę u siebie i u bliskich, że to nie jest prosta sprawa. Można sobie mówić 'akceptuję swój wiek' sto razy dziennie i nadal patrzeć w lustro z niechęcią. Czy ktoś ma jakieś realne doświadczenia z tym tematem?
To jest ciekawe pytanie, bo ja właśnie przeszłam przez coś podobnego z moją mamą. Ona ma 68 lat i przez chwilę próbowała afirmacji z jakiejś książki, ale szybko rzuciła, bo - jak mówiła - 'to głupie, powtarzam słowa w które nie wierzę'. I tu jest chyba sedno problemu. Czy afirmacja w ogóle działa, jeśli nie ma żadnego podłoża emocjonalnego? Bo samo recytowanie zdań o akceptacji nie wydaje mi się wystarczające.
Moja babcia nigdy nie słyszała o afirmacjach, a miała do starości podejście, które dziś określiłabym jako bardzo zdrowe. Mówiła, że każdy etap życia ma swój smak i nie ma co żałować poprzedniego. Zastanawiam się, czy to było coś co wypracowała sama, jakaś naturalna filozofia, czy raczej coś co przekazała jej jej własna rodzina, środowisko. Bo może afirmacje to tylko uświadomiona, nazwana wersja czegoś co wcześniej przekazywano inaczej - przez opowieści, przez wzorce starszych?
Ja to przeżyłam na własnej skórze. Skończyłam 61 lat i przez jakiś czas próbowałam różnych afirmacji o akceptacji. Żadna gotowa formułka nie działała. To co pomogło, to gdy zaczęłam pisać własne zdania, bardzo konkretne, oparte na moim życiu. Nie 'jestem piękna w każdym wieku', tylko coś w stylu 'moje ręce zrobiły wiele dobrego'. To drugie mogłam poczuć. Pierwsze brzmiało jak reklama kremu.
Trochę z boku, bo nie znam się na tym szczególnie, ale mam pytanie do całej dyskusji. Wy mówicie o akceptacji starości - ale czy to nie jest tak, że sama akceptacja jest celem niemożliwym do pełnego osiągnięcia? Znaczy, czy ktoś kiedyś w pełni zaakceptował przemijanie, czy raczej po prostu nauczył się z tym żyć bez ciągłego buntu? Bo to by zmieniało to, czego w ogóle oczekujemy od afirmacji.
Właśnie czytam tę dyskusję i mam takie pytanie - czy te afirmacje o starości powinny być sformułowane w czasie teraźniejszym, tak jak to się często mówi o afirmacjach w ogóle? Bo jak ktoś ma 70 lat i mówi 'czuję się świetnie w swoim ciele', a bolą go stawy, to czy to nie jest zwykłe okłamywanie siebie?
Dodam coś z innej strony. Pracowałem przez jakiś czas z osobami starszymi przy warsztatach medytacyjnych i tam wyszło coś, o czym tu nie ma wzmianki - problem z samym słowem 'starość'. Część osób nie mogła pracować z afirmacją zawierającą słowo 'stara' czy 'wiek', bo samo słowo wywoływało opór silniejszy niż cokolwiek innego. Trzeba było szukać innych sformułowań, które omijają ten opór, a mówią o tym samym. Na przykład 'etap życia' zamiast 'starość', albo w ogóle odejście od kategorii wiekowych.
Czytam to wszystko i zastanawiam się, czy ktoś pracował z afirmacjami nie w kontekście własnej starości, ale w kontekście patrzenia na starzenie się kogoś bliskiego? Bo to jest inny rodzaj konfrontacji z przemijaniem i też jest trudny. Może nawet trudniejszy, bo nie ma się wpływu na to, co się dzieje z drugą osobą.
Wróćmy jeszcze na chwilę do początku - padło tu pytanie, czy afirmacje w ogóle mogą pomóc przy temacie przemijania. Myślę że tak, ale pod warunkiem, że nie próbujemy za ich pomocą zagłuszyć tego, co czujemy, tylko zbudować inne podejście. To nie jest terapia i nie zastępuje przepracowania trudnych emocji. Ale może być czymś, co daje kierunek. Pytanie do tych, którzy mają doświadczenie - jak długo pracowaliście, zanim coś poczuliście?
U mnie przy innych tematach efekt przychodził po kilku tygodniach, ale to były sprawy mniej obciążone emocjonalnie. Przy czymś takim jak przemijanie podejrzewam że to dłuższy proces i trudno go mierzyć w tygodniach. Ciekawe co myśli Jarek83, skoro ma doświadczenie z warsztatami.
Mam pytanie może trochę z innej strony - czy te afirmacje o starości to coś, co można zacząć ćwiczyć wcześniej, jako swoiskie przygotowanie? Znaczy, czy ma sens pracować z tym tematem w wieku 38 lat, zanim starość jest jeszcze realna? Czy raczej to coś, co dotyczy tylko osób, które już są w tym etapie?
To co opisuje Elina87 brzmi jak naturalne wejście w temat - przez kogoś bliskiego, a nie przez abstrakcję. I myślę, że to jest uczciwy punkt startowy. Afirmacje, które próbujemy budować 'na zapas', bez żadnego emocjonalnego haczyka, zazwyczaj ślizgają się po powierzchni. Żałoba po bliskiej osobie to jedna z bardziej szczerych konfrontacji z przemijaniem, jakie mamy.
Zgadzam się, ale chciałam dopytać - czy w takim przypadku nie ma ryzyka, że afirmacja będzie próbować zamknąć żałobę za wcześnie? Mam na myśli sytuację, kiedy ktoś zaczyna mówić 'przyjmuję przemijanie z pokojem' w środku procesu żałoby. Czy to nie blokuje czegoś, co powinno się przepracować inaczej?
Mogę się tu odezwać z własnego doświadczenia. Kiedy zaczynałam pracę z afirmacjami o starości, też próbowałam za szybko. Mówiłam sobie zdania, które były za dużym skokiem od tego, gdzie naprawdę byłam. Nie działało. Dopiero kiedy zaczęłam od miejsca, w którym faktycznie jestem - z konkretnym bólem, z konkretnym lękiem - i pisałam o tym zdania opisujące proces, nie stan, coś się ruszyło. Ale to zajęło tygodnie, nie dni.
Słucham tej rozmowy i przypominam sobie babcię, o której pisałam wcześniej. Ona nie miała żadnej techniki, a jednak jej stosunek do starzenia się był spokojny. Zastanawiam się, czy to nie jest tak, że afirmacje próbują odtworzyć coś, co kiedyś przychodziło naturalnie - z tradycji, z wiary, z rytmu życia. Może te kobiety, które nie buntowały się przeciwko starości, miały swoje 'afirmacje' wplecione w modlitwy, przysłowia, codzienne gesty?
Wracam do pytania, które zadałem wcześniej - o to czy pełna akceptacja jest w ogóle możliwa. Czytam tę rozmowę i zaczynam myśleć, że może cel w ogóle nie powinien być sformułowany jako 'akceptacja', bo to słowo zakłada jakiś stan końcowy. Może chodzi raczej o coś, co trwa, o jakiś ciągły proces. Ale wtedy jak ocenić, czy afirmacje w ogóle pomagają, skoro nie ma punktu, do którego się dochodzi?
A mam pytanie trochę praktyczne - czy te afirmacje przy temacie starości mają sens pisane w dzienniku, czy raczej mówione? Bo czytałam że przy trudnych emocjach pisanie angażuje inaczej niż mówienie i zastanawiam się, czy tu akurat to ma znaczenie.
Wchodzę w tę rozmowę z trochę innego miejsca. Mam wrażenie, że cały wątek krąży wokół afirmacji jako techniki do pracy z lękiem przed starością. Ale nikt nie powiedział wprost: czy afirmacje w ogóle dotykają tej warstwy, czy raczej pracują na poziomie przekonań, a lęk egzystencjalny siedzi głębiej? Bo ja nie jestem przekonana, że afirmacja, nawet dobrze skonstruowana, dotrze do miejsca, gdzie mieszka strach przed nieistnieniem.
Okej, to mnie trochę przekonuje. Czyli raczej jako wejście, nie jako główna praca. To ma sens. Mam jeszcze pytanie - bo wcześniej Begonia pisała o zdaniach opisujących kierunek, a nie stan. Czy to jest coś, co stosujesz z ludźmi regularnie, czy raczej wypracowujesz indywidualnie za każdym razem?
Helenka, rozumiem to co piszesz o warunkach, w których się z tym mierzy. Ale mam konkretne pytanie: te zdania opisujące kierunek, o których mówiła Begonia - czy to twój pomysł, czy gdzieś to wyczytałaś? Bo zastanawiam się, czy ma to jakieś zakorzenienie w jakiejś konkretnej tradycji pracy z językiem, czy to raczej intuicja wypracowana w praktyce.
To nie jest mój pomysł w sensie autorskim. Trafiłam na to w kontekście pracy z przekonaniami - tam mówi się o tzw. mostkach poznawczych, czyli zdaniach, które są wystarczająco blisko prawdy, żeby umysł je przyjął, ale wystarczająco daleko, żeby coś przesuwały. Nie pamiętam gdzie dokładnie to przeczytałam, ale zasada jest prosta: jeśli zdanie wywołuje natychmiastowy sprzeciw wewnętrzny, jest za duże. Jeśli nie wywołuje żadnej reakcji, jest za małe.
Mostki poznawcze - to jest dobre określenie na to, co próbowałam powiedzieć. Mam pytanie do Cosmii, bo mnie jej wątek też zaczepił: mówisz, że afirmacje pracują na poziomie przekonań, a lęk egzystencjalny jest głębiej. Ale czy te warstwy są naprawdę tak szczelnie oddzielone? Bo miałam sytuacje, kiedy zmiana na poziomie przekonania pociągała za sobą coś, czego bym się nie spodziewała głębiej.
Czytam ten fragment o żałobie która przyszła sama i mam pytanie może naiwne - czy to było wtedy dobre, że przyszła? Pytam, bo wyobrażam sobie, że ktoś pracuje z afirmacjami właśnie po to, żeby się lepiej czuć, a tu pojawia się smutek. To trochę odwrotny efekt od zamierzonego.
Słucham tego i mam pytanie może trochę z boku - czy ktoś z was pracował z afirmacjami o przemijaniu razem z kimś bliskim, kto też się starzeje? Mam na myśli nie terapię, ale właśnie taką rozmowę, wspólne szukanie. Bo wydaje mi się, że przy tym temacie samotność utrudnia, a nie tylko brak techniki.
Ten wątek z Goplaną i jej mamą mnie czymś zaczepił. Sama nie mam nikogo takiego w rodzinie - wszyscy unikają rozmów o starości jak ognia. Zastanawiam się, czy to jest coś, co można zbudować z kimś spoza rodziny, albo czy taka rozmowa ma inną jakość tylko wtedy, kiedy jest to ktoś bliski.
Właśnie o to mi chodziło kiedy pisałam o braku oparcia - nie tyle o technikę, co o kogoś do rozmowy. I teraz myślę, że może ten wątek sam w sobie jest czymś w tym rodzaju. Piszemy tu o przemijaniu, starości, lęku i nikt nikogo nie zbywa. To nie jest mało.
Wróćmy do tego co napisała Ilonka_57 o wątku jako formie oparcia, bo mnie to uderzyło. Piszemy tu o starości i przemijaniu i nikt nie mówi 'no tak, wszyscy umrzemy, trudno'. Jest jakaś uważność w tej rozmowie, której nie spodziewałem się na forum. Ale mam pytanie bardziej praktyczne - czy samo pisanie o tym, czego się boimy, już coś zmienia? Bez żadnej techniki, bez afirmacji, tylko samo nazywanie?
