Zastanawiam się nad czymś, co chyba rzadko pada wprost w takich rozmowach. Mam kilka osób w otoczeniu, które wiedzą, że pracuję z afirmacjami - i mam kilka, które nie wiedzą. Efekty są wyraźnie różne. Nie mówię, że to reguła, ale zacząłem się zastanawiać, czy samo powiedzenie komuś 'pracuję nad sobą w ten sposób' nie zmienia czegoś w dynamice tej pracy. Z jednej strony pojawia się presja - bo skoro powiedziałeś, to jakby musiało być widać. Z drugiej - może to właśnie ta presja coś uruchamia? Czy ktoś świadomie eksperymentował z tym, komu mówi, a komu nie?
Miałam dokładnie to samo i doszłam do wniosku, że chodzi o to, kto jest po drugiej stronie. Powiedziałam kiedyś mamie o afirmacjach, które robiłam rano - i ona zaczęła co tydzień pytać 'no i co, pomogło?'. To skutecznie rozbiło całą pracę, bo zamiast skupiać się na sobie, zaczęłam oceniać siebie jej oczami. Z bliską koleżanką było odwrotnie - ona to przyjęła bez komentarza i to nie przeszkadzało w niczym. Więc mam wrażenie, że pytanie nie brzmi 'mówić czy nie mówić', tylko 'komu'.
Czytam ten wątek i mam podobne doświadczenie, choć trochę z innej strony. Nie mówiłam nikomu przez jakiś czas i zauważyłam, że praca szła spokojnie, ale miałam momenty, kiedy nie miałam się z kim skonsultować, czy to co robię ma sens. Kiedy w końcu powiedziałam koleżance - nie z grupy ezo, po prostu bliskiej osobie - ona nie oceniła, ale zaczęła powtarzać przy każdej okazji: 'no to afirmuj sobie, to ci pomoże', trochę z przymrużeniem oka. To nie była złośliwość, ale wystarczyło, żeby mi trochę coś zepsuć. Ciekawe, czy ktoś miał sytuację, gdzie powiedzenie komuś faktycznie wzmocniło praktykę, a nie rozbiło?
Mam pytanko bo nie do końca rozumiem. Czy afirmacje to nie są takie zdania które się powtarza na głos? Bo jak ktoś słyszy że je powtarzamy to może się poczuć dziwnie? Moja siostra jak usłyszała mnie raz jak powtarzałam coś cicho to zapytała czy dobrze się czuję 🙂 Może dlatego lepiej robić to samemu w głowie?
A mnie bardziej interesuje czy w ogóle ma znaczenie co inni myślą. Jak coś działa, to działa, nie? Po co komukolwiek mówić. Może właśnie dlatego nie ma efektów bo za dużo się myśli o tym co powiedzą.
Dobra, może masz rację. Ale co z tym zrobić w praktyce? Nie zmienię rodziny. Mam po prostu nie mówić i robić swoje?
Ja mówiłam koleżance i ona zaczęła próbować razem ze mną. Myślałam, że to będzie super, ale zaczęłyśmy porównywać efekty i to było bez sensu, bo miałyśmy zupełnie inne cele i inne afirmacje. W pewnym momencie ona mówiła, że u niej działa szybciej, a ja zaczęłam wątpić w swoje. Nie polecam robienia afirmacji 'w parze' jeśli nie macie naprawdę dużego zaufania i osobnych celów.
Wchodzę w ten wątek, bo mam doświadczenie, które chyba rzuca inne światło. Przez jakiś czas pracowałam z afirmacjami w grupie - nieduża grupa, cztery osoby, każda z własnymi celami, ale zbierałyśmy się raz na jakiś czas i mówiłyśmy sobie, że robimy. Nie treści, tylko sam fakt. I to działało jak wzajemne przypomnienie, że się nie odpuszcza. Nie rywalizacja, bo nikt nie pytał o efekty, tylko rodzaj wspólnej dyscypliny. Może kluczem jest to, jak jest zdefiniowana ta przestrzeń - czy to ma być 'sprawdzamy, czy działa', czy 'przypominamy sobie, że robimy'.
Czytałem wszystko od góry i chcę dodać coś, co mi siedzi w głowie. Mam wrażenie, że ten temat jest szerszy niż 'mówić czy nie mówić'. To jest pytanie o to, czy nasza praktyka - jakakolwiek, nie tylko afirmacje - w ogóle potrzebuje świadka. W tradycjach, które śledzę przy okazji różnych lektur, inicjacja zawsze miała obserwatorów, bo obecność innych była częścią rytuału zmiany. Może współcześnie brakuje nam właśnie tej struktury - ktoś wie, ktoś trzyma przestrzeń - i dlatego albo piszemy na forum, albo mówimy rodzinie, bo potrzebujemy tego elementu. Tylko że rodzina nie jest przygotowana do tej roli.
Czytałam uważnie i ten wątek o świadku bardzo mnie zastanowił. Onufry66 napisał coś, co mi siada - że praktyka potrzebuje przestrzeni bez oceniania. Ale mam pytanie: czy forum to naprawdę dobre zastępstwo? Tu też jesteśmy oceniani, tylko anonimowo.
A ja mam inne pytanie do całej tej rozmowy. Czy afirmacje w ogóle wymagają kogokolwiek - świadka, grupy, forum? Mam wrażenie, że jak zaczynam o tym myśleć w kategoriach społecznych, to zaczynam to robić dla innych, nie dla siebie.
Dobra, ale jak to w praktyce sprawdzić? Mam powiedzieć rodzinie i zobaczyć jak reagują, a potem zdecydować? Trochę bez sensu.
Mam może głupie pytanie ale czy mówienie o afirmacjach na głos komuś innemu nie psuje ich 'mocy'? Słyszałam że życzenia wypowiedziane na głos się nie spełniają, i zastanawiałam się czy to nie to samo.
Wracam do tego co mówiła Mistralia.pl kilka postów wyżej - o grupie, w której nie było porównywania wyników, tylko sama obecność. Zastanawiam się, czy to nie jest model, który da się przenieść na relacje rodzinne. Czyli mówię, ale z góry ustalamy, że nie omawiamy efektów.
A co z partnerem? Bo to jest chyba najtrudniejszy przypadek. Mieszkamy razem, widzi prawie wszystko co robię. I nie ma opcji 'nie powiedzieć', bo i tak zapyta o te karteczki na lustrze albo o to że wstaję wcześniej.
Słuchajcie, a czy nie jest tak, że jak ktoś bliski nie wierzy w afirmacje, to jego niewiara jakoś przenika? Że to nie jest tylko kwestia pytań i komentarzy, ale samej atmosfery? Bo czuję to u siebie w domu.
Ciekawe że to nazywasz nocebo - ja to rozumiem po prostu jako to, że trudno jest autentycznie wierzyć w coś, kiedy jesteś otoczony sceptycyzmem. Nie dlatego że 'energia' przeszkadza, tylko że psychicznie jest to po prostu ciężej utrzymać. Ale z drugiej strony - czy nie jest tak, że praca w trudnych warunkach wzmacnia?
Wracając do tego co pisała Krystynka55 - to z tym zakorzenienie praktyki przed kontaktem ze sceptycyzmem. Ile mniej więcej czasu to zajmuje, zanim człowiek jest na tyle 'odporny'? Bo ja mam wrażenie, że u mnie jest odwrotnie - im dłużej pracuję, tym bardziej mi zależy co powie partner, nie mniej.
To jest bardzo praktyczna obserwacja. Nazwa 'afirmacje' niesie ze sobą tyle kulturowego bagażu - od motywacyjnych plakatów po drwiny - że sama słowo blokuje rozmowę, zanim się ona zacznie. Natomiast opis działania bez etykiety jest neutralny. Pytanie tylko, czy ta taktyka to mądrość czy ukrywanie czegoś przed partnerem.
Ja bym nie nazwał tego ukrywaniem. To raczej dobór języka do odbiorcy. Jak tłumaczysz coś mechanikowi i coś tłumaczysz inżynierowi, to używasz różnych słów, ale nie kłamiesz żadnemu z nich. Tylko - jak długo można tak prowadzić rozmowę bez nazwy? Bo w pewnym momencie partner może poczuć, że coś jest omijane.
Czy ktoś miał sytuację, że powiedział bliskiej osobie o afirmacjach i ta osoba potem zaczęła z nich kpić w nieoczekiwanym momencie - na przykład przy rodzinie albo w towarzystwie? Bo tego się właśnie boję.
Ja mam takie pytanie może trochę z boku - czy to że komuś mówimy o afirmacjach zmienia ich działanie? Znaczy energetycznie, nie tylko psychologicznie? Bo tu wszyscy mówią o tym jak inni reagują, ale zastanawia mnie czy sama afirmacja się nie 'rozmywa' jak ktoś o niej wie.
A mnie ciekawi co innego - czy w ogóle warto mówić innym jeśli sami nie jesteśmy pewni że to działa? Bo jak nie wierzę do końca, a jeszcze ktoś wzdycha albo pyta 'no i co', to chyba podwójnie trudniej.
I tu wracamy chyba do tego, od czego ta rozmowa zaczęła. Czy środowisko mentalne wokół praktyki wspiera czy utrudnia. Wydaje mi się że odpowiedź jest zawsze: zależy od tego, na jakim etapie jesteś. Na początku otoczenie ma duże znaczenie. Póżniej - mniejsze. Problem w tym, że większość z nas nie wie, na którym etapie jest.
Wracając do pytania Bronek01 z poprzedniego postu - jest w tym coś ważnego, o czym się tu trochę przeszliśmy. Ujawniać czy nie to jedno, ale moment ujawnienia to drugie. I właśnie ten moment jest bodaj ważniejszy niż sama decyzja czy powiedzieć.
A co z sytuacją kiedy to nie sceptycyzm jest problemem, tylko nadmierny entuzjazm? Mam przyjaciółkę, której jak cokolwiek powiem, to od razu chce robić razem, pyta o każdy szczegół, śledzi postępy. I właśnie to mnie blokuje bardziej niż gdyby była sceptyczna.
Ja bałam się właśnie tej kpiny o której pisałam wcześniej, ale po lekturze całego wątku zastanawiam się czy ten strach nie jest trochę o czymś innym. Może nie chodzi o to co powie ta osoba, tylko o to że sama nie jestem pewna czy w to wierzę. I jej kpina by mnie zatrzymała nie dlatego że ma rację, tylko dlatego że trafiwłaby w miejsce które już we mnie wątpi.
