Mam pytanie może trochę z innej strony - czy mówienie afirmacji razem z kimś, celowo, coś zmienia? Słyszałem że niektórzy robią to w parach albo grupach. Czy to w ogóle ma sens czy lepiej jednak solo?
Przepraszam że znowu pytam o swoje - czy jak afirmacje robimy cicho w głowie a nie na głos to też ktoś może jakoś to wyczuć? Pytam bo mąż kilka razy zapytał co kombinuję i nie wiem skąd wie że w ogóle coś kombinuję, bo nic nie mówię.
To co Bronek01 napisał o tej koncentracji - ja też tak robiłam i to naprawdę działa. Ludzie nie drążą jak słyszą coś brzmiącego zwyczajnie.
Właśnie o tym pisałem na początku wątku i cieszę się że temat wrócił. Decyzja o ujawnieniu nie powinna wynikać ze wstydu, ale też nie musi wynikać z misji nawracania otoczenia. To jest po prostu ocena relacji - czy ta osoba jest dla mnie zasobem czy kosztem w kontekście tej praktyki. I obie odpowiedzi są w porządku.
Ale co jeśli ta sama osoba jest raz zasobem a raz kosztem? Mam partnera który potrafi powiedzieć coś naprawdę wspierającego, a potem przy obiedzie rzucić jakiś żart który zepsuje całe południe. Jak się ustawić wobec kogoś takiego?
A co jeśli ktoś w ogóle nie ma takich relacji żeby się nad tym zastanawiać? Znaczy mieszkam sam, praca zdalna, kontakty dość luźne. Afirmacje robię i nikt nie pyta bo nikt za bardzo nie wie co u mnie. Czy to jest dobre środowisko dla takiej praktyki, czy raczej brakuje mi czegoś co by ją wspierało?
Wracając do Helenki i jej pytania o męża - myślę że jest jeszcze jedna opcja której tu nie powiedziałyśmy. Można nie tłumaczyć nic, tylko odpowiedzieć pytaniem na pytanie. Coś w stylu 'a co cię niepokoi?'. Zazwyczaj okazuje się że partner nie pyta o praktykę tylko sprawdza czy wszystko okay. I wtedy możesz powiedzieć że tak, wszystko dobrze, pracujesz nad sobą i jesteś zadowolona. Koniec rozmowy.
Mam inne doświadczenie i może trochę przełamię ten konsensus. U mnie ujawnienie bliskiej osobie - siostrze - wyszło mi na dobre, mimo że się bałam. Ona nie jest zainteresowana ezoteryką, ale słuchała i powiedziała coś w stylu 'rozumiem że to ci daje spokój'. I ten jeden komentarz był dla mnie bardziej wartościowy niż rok trzymania tego dla siebie. Nie każde otoczenie jest wrogie.
To co Leontynka napisała o siostrze - ta neutralna akceptacja bez rozumienia mechanizmu - czy to nie jest trochę jak mówienie 'okej, masz swojego konika'. Nie wiem czy bym chciał żeby ktoś tak to traktował. Jakby to było hobby, a nie coś co naprawdę zmienia sposób myślenia.
Wróćmy na chwilę do mojego pytania o partnera bo chyba nie do końca dostałam odpowiedź. Darka napisała żeby mówić o efektach, nie o praktyce. Rozumiem to, ale co jeśli partner zacznie dopytywać skąd ten spokój? Bo u mnie właśnie tak jest - jak mówię że czuję się lepiej, on pyta dlaczego i jesteśmy w tym samym miejscu.
A propos ujawniania - czy ktoś miał tak że powiedział rodzinie i ta rodzina zaczęła sprawdzać czy 'to działa'? U mnie mama pyta co tydzień czy coś się zmieniło i to jest chyba gorsze niż żadne wsparcie. Czuję się jakbym był na obserwacji.
Lunella miała racje z tym pytaniem zwrotnym i rzeczywiście spróbowałam tak ostatnio. Mąż jak zapytał dlaczego rano taka skupiona to zapytałam co go niepokoi i okazało się że myślał że mam jakiś problem w pracy. Zupełnie nie o praktyke mu chodziło. Dzieki za tą wskazówkę bo by mi nie przyszło do głowy samej.
Słuchając tej rozmowy zastanawiam się czy nie za dużo myślimy o tym jak to odbiorca zareaguje. Rozumiem ostrożność, ale czy nie ma czegoś ważnego w tym żeby w ogóle nie budować swojej praktyki wokół cudzych reakcji? Mówię o tym bo sama przez długi czas ukrywałam wszystko i ta ostrożność stała się częścią mojego stosunku do praktyki. Nie byłam ostrożna wobec ludzi - byłam niepewna siebie.
To co Irenka napisała jest dla mnie kluczowe w całym tym wątku. Pytanie 'kiedy powiedzieć innym' zakłada że jesteśmy gotowi powiedzieć sobie. Nie zawsze tak jest i to nie jest zarzut - to jest obserwacja. Zaczynamy od ochrony przed otoczeniem i dobrze to wygląda racjonalnie, ale warto od czasu do czasu sprawdzić czy ta ochrona nie jest przypadkiem czymś innym.
Mnie z kolei ta rozmowa uświadomiła że przez cały czas zakładałam że ujawnienie to jest coś jednorazowego. Albo mówię albo nie mówię. A może to jest proces - najpierw mówię tyle ile jestem gotowa, potem więcej jak widzę jak ktoś reaguje?
To co napisałaś Irenka o ukrywaniu nawet przed sobą - to mnie bardzo uderzyło. Bo jak się nad tym zastanowię, to chyba przez pierwszy miesiąc swojej praktyki nie wypowiadałam afirmacji w ogóle na głos. W myślach tylko. Czy to też jest jakiś sygnał?
To jest dokładnie ten moment o którym warto mówić w kontekście ujawniania. Jeśli własny głos nas krępuje, to skąd pewność że gotowi jesteśmy na czyjś komentarz? Nie mówię że trzeba najpierw osiągnąć jakiś poziom - mówię że to dobry test wewnętrzny zanim zdecydujemy czy cokolwiek powiedzieć komuś bliskiemu.
Dobra, ale wracam do swojego problemu bo nie dostałem do końca odpowiedzi. Mama pyta co tydzień. Krystynka55 napisała żeby zmienić narrację. Próbowałam tego w niedzielę i mama powiedziała 'dobrze, dobrze' ale następnego dnia zadzwoniła i znowu pyta. Jak długo trzeba to powtarzać?
U mnie bylo podobnie z ciorka - nie mama ale siostra. Ciągle pytatała co z tym 'moim eksperymentem'. Powiedziałam jej w końcu ze to nie jest eksperyment tylko moja rutyna i nie mam zamiaru jej oceniac po tygodniach. Przestała pytac. Nie wiem czy to sama forma słów pomogła czy po prostu zmęczyła się temates.
Słucham tej rozmowy o słowach których używamy żeby opisać praktykę innym i myślę że to jest właściwie oddzielny temat. Jak nazywamy to co robimy - dla siebie i dla innych - wpływa na to jak my sami to przeżywamy. Ktoś kto mówi 'mam rytuał poranny' myśli o tym inaczej niż ktoś kto mówi 'chwilę sobie siedzę'.
To co Mistralia napisała o buforze - czy to nie jest właśnie coś w rodzaju ochrony intencji? W pracy z przedmiotami i rytuałami mówi się że pewne rzeczy tracą siłę kiedy są wystawione na zbyt wiele obcych energii. Nie wiem czy z afirmacjami jest identycznie, ale intuicyjnie czuję że jest tam jakieś pokrewieństwo.
Ale czy to nie jest trochę tak że każda osoba ocenia sama siebie i trudno powiedzieć z zewnątrz co kto naprawdę czuje? Zenek zakłada że ktoś może się mylić co do własnych motywów. Czy to nie jest trochę za daleko idące?
Wracając do tego czym jest ujawnianie - w różnych tradycjach podejście do tego jest inne. W niektórych szkołach ezoterycznych milczenie o praktyce jest traktowane jako część dyscypliny, nie jako strach. Obserwuję tę rozmowę i widzę że mieszamy ze sobą kilka różnych sytuacji: ukrywanie z lęku, milczenie ze świadomego wyboru, i poszukiwanie neutralnych słów jako strategię komunikacyjną. To są trzy różne rzeczy i chyba warto je od siebie oddzielić żeby rozmowa była precyzyjniejsza.
Masz rację że mieszamy wątki. Ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem tę różnicę którą sygnalizujesz. Dyscyplina milczenia w tradycji to jedno. A co jeśli ktoś po prostu nie wie że ma taką tradycję i milczy instynktownie? Czy to milczenie działa tak samo czy zupełnie inaczej?
Słucham tej rozmowy o dyscyplinie i instynkcie i zastanawiam się czy my nie za bardzo analizujemy to co jest w gruncie rzeczy proste. Nie mówię żeby nie myśleć - mówię że czasem decyzja czy powiedzieć komuś o afirmacjach to jest po prostu kwestia nastroju i relacji. Czy naprawdę każde milczenie wymaga psychoanalizy?
A ja wracam do swojego problemu z mamą bo tu mam konkrety. Powiedziałem jej w końcu że 'mam poranną rutynę i nie chcę żeby to było cotygodniowe sprawozdanie'. Dokładnie jak Darka radziła. Mama przez chwilę milczała i powiedziała 'no dobrze, twoja sprawa'. Nie wiem czy naprawdę odpuściła czy tylko czeka. Jak to zwykle bywa?
Czytam o tej granicy z mamą i coriką i mysle ze u mnie tez pomoglo jedno proste zdanie. Ale zastanawiam sie - co jezeli ta granica zadziala za dobrze i bliski przestanie sie w ogole pytac? Czy to nie jest troche smutne ze cos co jest dla nas wazne staje sie tematem tabu?
