Mam pytanie trochę z boku tej rozmowy. Czy ktoś miał tak że ujawnienie praktyki komuś bliskim zmieniło sposób w jaki sam ją przeżywa? Nie chodzi mi o reakcję tej osoby, tylko o to co działo się w środku po tym jak już powiedziałeś.
To co piszesz o relacji z własną praktyką po ujawnieniu - czuję to dokładnie. Ale zastanawiam się czy to 'bycie pod obserwacją' które opisałam wcześniej to nie jest tak naprawdę coś użytecznego? Znaczy - jakby test tego czy robię afirmacje dla siebie czy żeby jakoś wypaść?
Wchodzę tu z innej strony. Zauważyłam że kiedy powiedziałam koleżance o afirmacjach, zaczęłam je robić staranniej. Jakby samo to że ktoś wie działało mobilizująco. Czy to znaczy że wcześniej robiłam je nieuważnie, czy raczej że zewnętrzna świadomość po prostu podnosi poprzeczkę?
Opada. Trochę. I to mnie zastanawia bo to znaczy że część tej staranności była dla niej, nie dla mnie. Nie wiem czy to problem czy po prostu tak działa motywacja.
A ja chcę zapytać o coś praktycznego bo mam teraz sytuację że mama już nie pyta, ale za to tata zaczął się interesować. I to inaczej niż mama - nie z dystansem tylko z ciekawością. Nie wiem czy mówić mu tyle samo co mamie, mniej, czy w ogóle coś.
Słuchając Bronka mam wrażenie że my wszyscy trochę zarządzamy tym 'ile wiedzą' jak jakimś zasobem. Odmierzamy informacje, obserwujemy reakcje, planujemy kiedy powiedzieć więcej. Czy to nie jest trochę zmęczające? Czy komuś udało się po prostu przestać to kontrolować?
Mam jeszcze jedno pytanie do tego wątku z obserwacją siebie po ujawnieniu. Czy ktoś miał tak że powiedział komuś o afirmacjach i ta osoba zaczęła robić to samo - i to zmieniło coś w tym jak ty do tego podchodzisz? Nie wiem jak to ująć, chodzi mi o to kiedy nagle masz kogoś obok z tą samą praktyką.
A mnie zastanawia inna rzecz. Czy ktoś kiedyś pożałował że powiedział? Nie przez reakcję tej osoby, tylko przez to jak sam potem się czuł z tym że ona wie?
No ale jak to powiedzieć naturalnie? Jakby napisać komuś bliskiemu że się czegoś nie będzie opowiadać, to brzmi już na starcie jak jakaś tajemnica. I te oczekiwania mogą być wtedy jeszcze większe.
Ciekawe że wracamy wciąż do tego jak komunikujemy granicę. Dla mnie najtrudniejsze było to że ja sama nie wiedziałam gdzie ta granica jest. Raz chciałam mówić więcej, raz mniej. I ta osoba była zdezorientowana bo moje sygnały były niespójne. Nie jej wina.
Chcę tu dorzucić coś co obserwuję od jakiegoś czasu. Kiedy ktoś pyta 'czy mówić innym o afirmacjach', to często pod tym pytaniem jest inne - 'czy to co robię jest wystarczająco poważne żeby o tym mówić'. I właśnie dlatego reakcja tej pierwszej osoby ma taki duży ciężar. Bo waliduje nie tylko wiedzę o naszej praktyce, ale samą decyzję że w ogóle to robimy.
A czy jest w ogóle sens mówić o afirmacjach komuś kto w to absolutnie nie wierzy? Pytam bo moja siostra jest bardzo sceptyczna wobec tego wszystkiego i zastanawiam się czy to w ogóle ma sens.
No właśnie nie wiem po co. Chyba po trochu chcę żeby rozumiała, ale też trochę liczyłam że przestanie reagować dziwnie kiedy ją widzę jak czytam albo zapisuję coś rano. Nie wiem czy to ten sam cel.
Ja sie tu troche boje powiedziec ale mam wrazenie ze wszyscy zakladaja ze ta druga osoba moze zaakceptowac lub nie. A co jak ta druga osoba zaczyna traktowac to jako cos wymierzonego przeciwko niej? Moja corka uwazala ze jak zaczalam afirmacje to znaczy ze cos jej zarzucam.
Ale jak dlugo czekac? Bo czytam ten watek i mam wrazenie ze niektorzy czekali miesiacami az otoczenie sie 'dostosuje'. To nie wydaje mi sie realne. Ludzie sie nie zmieniaja tylko dlatego ze my cos robimy po cichu.
Szczerze? Chyba tylko ta wrazliwosc. Ale moze nie myslala o tym w tych kategoriach. Bede z nia porozmawiac.
Wracajac do tego co Krystynka55 pisala wczesniej - ze pod pytaniem 'czy mowic innym' czesto jest 'czy to co robie jest dostatecznie powazne'. Sama to czulam i wtedy szukalam jakiejs zewnetrznej legitymizacji. Myslalam ze jak powiem i ktos powie 'ok, rozumiem' to jakos to uwiarygodni. Ale to nie dzialalo tak jak myslalam.
Ale te 'efekty dla siebie' - jak w ogole je rozpoznac? Bo afirmacje to nie jest cos co nagle zmienia cos widocznego. Czesto to subtelne rzeczy i nie wiem czy to efekt afirmacji czy po prostu ze tak wyszlo samo z siebie.
No tak, ale kazdy kiedys zaczyna bez tej jasnosci. Nie mozna czekac az sie wszystko ułozy zanim w ogole sie zacznie mowic. Albo mowic.
Mam pytanie ktore mnie gryzie przez caly ten watek. Mowicie duzo o tym jak powiedziec i kiedy powiedziec. Ale czy ktos tu mial doswiadczenie ze powiedzial i to realnie wzmocnilo praktyke? Nie zniszczycilo, nie bylo neutralne, ale konkretnie wzmocnilo? Bo samo pytanie w tytule zaklada ze moze to isc w obie strony.
A jesli nie jestem? To znaczy ze nie powinienem mowic? Bo to troche wygląda na kółko bez wyjscia - nie mozesz mowic dopoki nie jestes gotowy a gotowy sie nie staniesz dopoki nie sprobujsz.
Słucham tej rozmowy i przypominam sobie jak powiedziałam mamie że 'pracuję nad nastawieniem'. Dokładnie to - bez słowa afirmacje, bez szczegółów. Ona odpowiedziała że się cieszy i zapytała czy to przez tę książkę którą mi kiedyś dała. Nie miałam serca tłumaczyć że zupełnie nie przez nią. Ale jakoś to było w porządku - ona miała swoją wersję a ja swoje.
To co Lunella opisała - ta śmieszna wersja, niezobowiązująca - działa właśnie dlatego że odciąża rozmowę z ciężaru wyjaśniania. Ale to możliwe tylko z kimś kto jest w podobnym trybie do ciebie w danej chwili. Z córką Helenki51 to może nie wychodzić bo ona wchodzi w temat z troską, a troska lubi drążyć. I to nie jest złe - to po prostu wymaga innego podejścia niż żart.
Wrócę do pytania które Larkis zadała wcześniej - co robić jak nie ma bezpiecznej osoby. Myślę że brakuje tu jeszcze jednego wariantu: że tę bezpieczną osobę się buduje stopniowo przez małe ujawnienia w innych tematach. Zaufanie w relacji nie powstaje przez jeden duży gest tylko przez wiele małych momentów gdzie ktoś reaguje z szacunkiem. Jeśli w innych obszarach ktoś bliski reaguje tak - możesz sprawdzić czy to też zadziała tutaj. Jeśli nie reaguje nigdzie - odpowiedź jest jasna.
Wychodzi z tej rozmowy coś co mnie trochę zastanawia. Mówimy głównie o tym jak powiedzieć żeby nie wywołać dramatu - ale czy ktoś miał sytuację odwrotną? Że powiedział i ta osoba sama zaczęła się tym interesować? Bo może strach przed reakcją jest większy niż sama reakcja.
To ciekawe ujęcie - że milczenie też niesie ryzyko, bo wypełnia je ktoś inny swoimi domysłami. Ale jak to wyważyć? Jak powiedzieć tyle żeby nie zostawiać za dużo miejsca na domysły i jednocześnie nie powiedzieć za dużo?
A jeśli ta bliska osoba sama pyta wprost - 'co to są te afirmacje'? Bo ja jestem na początku tej drogi i mój brat zapytał mnie właśnie tak. I nie wiedziałem co powiedzieć żeby nie brzmiało dziwnie.
