Trochę obserwuję tę rozmowę i mam pytanie z innej strony. Mówicie dużo o tym, co czuć, co mówić sobie w środku. Ale przecież presja rodziny albo środowiska nie znika dlatego, że zmieniam zdania u siebie. Jak to właściwie ma pomagać, jeśli ta presja jest realna i zewnętrzna?
właśnie o to chodzi. Ten opór, który czujesz wobec zdania o byciu silną, to jest twój wewnętrzny weryfikator. On nie jest wrogiem, jest sygnałem, że zdanie jest za duże, za wcześnie. Zaczynaj od zdań, które twój umysł jest w stanie przyjąć bez buntu.
Mam pytanie do tego, co piszecie o zdaniach o prawach. Czy takie zdanie działa też, kiedy presja nie pochodzi od rodziny, ale od środowiska, np. od grupy koleżanek, które mają jakiś gotowy scenariusz na życie i uważają, że ty jesteś dziwna, bo robisz inaczej? Bo tam nie ma jednej konkretnej rozmowy, jest raczej ciągłe tło.
Ja miałam podobny problem z formułowaniem. Przez długi czas każde zdanie brzmiało albo górnolotnie, albo zbyt prosto. W końcu pomogło mi zapisanie kilku sytuacji, kiedy zachowałam się tak, jak chciałam, mimo presji, i wyciągnięcie z tego wspólnego mianownika. Wtedy zdanie wychodziło naturalnie, a nie sztucznie.
Chcę tu wrócić do czegoś, co powiedziała wcześniej Storczyk61, bo myślę, że to ważne dla całej rozmowy. Pytała, czy to nie jest udawanie. I moim zdaniem to jest sedno całego tematu, bo wielu ludzi rezygnuje z afirmacji właśnie dlatego, że czują się nieszczerzy wobec siebie. A różnica między afirmacją a autooszustwem jest cienka i warto ją rozumieć, zanim się zacznie.
Czytam i mam wrażenie, że mówicie o czymś, co wymaga bardzo dużo cierpliwości. A co jeśli presja ze strony rodziny jest teraz, nie za miesiąc? Czy jest coś, co działa szybciej, nawet jeśli mniej trwale?
Wracam tu bo coś mi się skojarzyło z tym, co pisała Michalinka o kilku zdaniach. Prowadziłam notatki przez kilka tygodni i faktycznie widziałam, że zdanie, które powtarzałam przed rozmowami z konkretną osobą, zaczęło mi się samoistnie pojawiać w głowie, zanim zdążyłam je świadomie przywołać. Czyli coś się przestawiło. Ale dopiero przy jednym zdaniu na jeden kontekst, nie przy zestawie.
To, co pisze Rozmarynka, bardzo mi pomaga, bo daje konkretny punkt odniesienia. Moje pytanie jest trochę boczne, ale związane z tematem: czy zdanie o prawie działa też, kiedy presja jest bardzo subtelna? Mam na myśli takie sytuacje, kiedy nikt nic wprost nie mówi, ale wiadomo, czego oczekują. To jest dla mnie trudniejsze niż otwarta rozmowa.
To jest jeden z trudniejszych przypadków, bo nie masz konkretnej wypowiedzi, na którą możesz zareagować. Niepisane oczekiwania działają na poziomie atmosfery, nie słów. Zdanie o prawie nadal może działać, ale potrzebujesz je najpierw zakotwiczyć w bardzo konkretnej sytuacji, nie ogólnie. Zastanów się, kiedy dokładnie czujesz tę presję, w jakim momencie, przy jakiej czynności, i do tego momentu przypisz zdanie. Zbyt ogólne zdanie na subtelną presję może nie trafiać.
A co, jeśli ta mała decyzja wywołuje reakcję w domu i nagle się robi awantura? Bo u mnie jest tak, że nawet drobna zmiana jest komentowana. Wtedy nie wiem, czy to test, czy właśnie dowód, że presja jest prawdziwa.
Słucham tej rozmowy o systemach rodzinnych i myślę, że wchodzimy w ciekawy obszar, ale chcę wrócić do podstawowego pytania z tematu: jak afirmacja ma pomagać konkretnie w momencie presji? Bo to jest trochę inne niż długofalowe przeprogramowanie przekonań. Krótkoterminowo potrzebujemy czegoś, co zadziała tu i teraz, w połowie rozmowy przy stole.
Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem to, o czym pisze Michalinka. Czy chodzi o to, że afirmacja sama w sobie to nie jest to zdanie, które mówię sobie w trudnej chwili, tylko raczej coś, co buduje grunt pod tę chwilę? Bo jeśli tak, to zupełnie inaczej rozumiałam cały temat na początku.
Ilonka trafnie to ujęła. Afirmacja to nie jest tarcza, którą podnosisz w momencie ataku. To jest trening, który sprawia, że twoja postawa jest inna, zanim do czegokolwiek dojdzie. Jeśli ktoś oczekuje, że zdanie wypowiedziane w środku konfliktu zmieni wynik tej rozmowy, to będzie rozczarowany.
To zależy od tego, jak daleko jesteś od tego zdania. Jeśli 'mam prawo do własnych wyborów' brzmi jak kłamstwo, zacznij od 'uczę się rozpoznawać swoje potrzeby'. Albo jeszcze prościej: 'moje zdanie jest ważne'. Nie musisz od razu wierzyć w pełnię czegoś. Krok ma być o jeden stopień wyżej niż jesteś teraz, nie dziesięć.
Ale jak rozróżnić, że zdanie 'przestało wymagać wysiłku' od tego, że po prostu przestałam na nie uważać? Bo mam wrażenie, że moje afirmacje gdzieś po tygodniu stają się takim automatycznym szumem i nie wiem, czy to dobrze, czy właśnie przestały działać.
To bardzo dobre pytanie i właśnie tu leży różnica między mechanicznym powtarzaniem a praktyką. Automatyczny szum to znak, że powtarzasz słowa, ale nie ma za nimi obecności. Sprawdzian jest taki: czy to zdanie coś robi z twoim ciałem, gdy je mówisz? Jakiekolwiek subtelne odczucie w klatce piersiowej, oddechu, ramionach? Jeśli nie, to faktycznie schodzi do poziomu tapety i traci siłę.
Wracam tu do wątku z presją społeczną, bo trochę odpłynęliśmy. Zakładam, że ktoś ma te afirmacje poukładane, wie jak je budować, wie że potrzeba czasu. I nagle jest przy świątecznym stole, kiedy rodzina komentuje każdy jego wybór. Co wtedy? Czy ktoś ma jakieś doświadczenie z tym, jak ta praca przekłada się właśnie na takie bardzo konkretne, ładowane sytuacje?
Mam pytanie do całej tej rozmowy o centrum i zakotwiczeniu: czy ktoś próbował budować afirmacje razem z medytacją, na przykład tuż po niej? Bo czytałam, że umysł jest wtedy bardziej otwarty i zdanie łatwiej wchodzi głębiej. Nie wiem, czy to ma sens, czy to kolejna teoria bez pokrycia.
To znaczy, że piszesz afirmację jakby problem już nie istniał? Bo to jest trochę zaklinanie rzeczywistości. Jak rodzina co niedzielę komentuje twoje życie, to zdanie 'znam wartość swoich wyborów' brzmi jak coś, co po prostu mija się z tym, co się naprawdę dzieje.
Właśnie dlatego pytałam wcześniej, czy moje afirmacje przestały działać czy ja przestałam na nie uważać. Bo minął już jakiś miesiąc i nie czuję żadnej zmiany przy rodzinnych rozmowach. Dalej mi to samo uwiera. Może robię coś źle od podstaw, jeśli chodzi o dobór zdania?
Miesiąc to nie jest długo, szczególnie przy presji od bliskich, gdzie wzorzec jest naprawdę głęboko zakorzeniony. Ale warto zapytać siebie: czy zdanie, które powtarzasz, odnosi się do relacji z rodziną, czy do poczucia własnej wartości w ogóle? Bo to są dwie różne rzeczy i czasem ludzie ćwiczą jedno, a oczekują efektu w drugim.
Chcę tu dorzucić coś z własnej praktyki. Przez długi czas używałam zdań bardzo ogólnych i były nieskuteczne właśnie dlatego, że były za odległe od rzeczywistego bólu. Dopiero kiedy sformułowałam coś, co naprawdę dotyczyło konkretnej relacji, poczułam, że praca idzie w dobrym kierunku. Ale to wymagało najpierw bardzo szczerego przyjrzenia się, czego mi w tej relacji brakuje. Bez tego każde zdanie to trochę strzelanie na oślep.
Ale to, co opisujesz, to już prawie terapia, nie afirmacje. Gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie?
Dobieram się do tematu z innej strony: czy ktoś miał sytuację, że afirmacja zadziałała, ale nie w sposób, którego się spodziewał? Nie zmieniło się zachowanie rodziny, ale zmieniło się to, jak ty na to reagujesz i to wystarczyło?
sygnały, że coś się przesuwa, są często subtelne i łatwo je przeoczyć, jeśli szukasz dramatycznej zmiany. Zamiast pytać 'czy już działało', zapytaj siebie: czy twoja reakcja fizyczna na te komentarze jest inna? Czy szczękę zaciskasz tak samo mocno jak trzy tygodnie temu? Czy myśl o tych rozmowach zajmuje ci tyle samo miejsca w głowie co wcześniej? Zmiana zaczyna się na poziomie ciała i napięcia, zanim trafi do świadomości jako 'poczułam, że jest inaczej'. Miesiąc przy głęboko zakorzenionym wzorcu to naprawdę wstępny etap, ale drobne sygnały powinny już być.
To co Seid pisze o ciele brzmi słusznie. Ja sama przez długi czas mierzyłam efekty źle, bo szukałam odpowiedzi w głowie. A zmiana napięcia w ramionach, kiedy matka zaczynała temat pracy, to był pierwszy sygnał, że coś się zmieniło. Nie umiałam tego wtedy nazwać, ale teraz jak patrzę wstecz, to było dokładnie to.
dokładnie. Brak napięcia to stan docelowy bardzo daleki, do którego dochodzi się stopniowo. Na początku chodzi tylko o to, żeby reakcja była choć odrobinę mniejsza niż poprzednio. Jeden stopień mniej, nie zero. Szukanie pełnego spokoju od razu to ustawianie sobie poprzeczki tak, że nigdy nie zobaczysz postępu.
