Zastanawiam się, czy afirmacje mogą naprawdę pomóc w procesie akceptacji własnej tożsamości płciowej. Mam na myśli nie tylko transpłciowość, ale szerzej - każdą sytuację, w której ktoś musi przepracować to, kim jest, w obliczu presji z zewnątrz. Sama zaczęłam eksperymentować z afirmacjami kilka miesięcy temu, ale wciąż mam wrażenie, że coś nie gra. Powtarzam sobie te zdania, a głębiej siedzi jakiś opór. Czy to normalne? Czy ktoś pracował z afirmacjami właśnie w tym kontekście, nie ogólnosamorozwojowym, tylko związanym z tożsamością?
To bardzo konkretne pytanie. Opór, o którym piszesz, jest moim zdaniem kluczowy - nie przeszkoda, lecz informacja. Przy pracy z tożsamością afirmacja powtarzana mechanicznie najczęściej uderza w warstwę, gdzie siedzi właśnie to napięcie. Medytując regularnie, zauważam, że zanim coś zostanie naprawdę przyjęte, najpierw wysuwa się na wierzch wszystko, co temu przeczy. Czy twój opór ma jakiś konkretny kształt - słyszysz w głowie jakiś kontrargument, czy to bardziej fizyczne odczucie w ciele?
Afirmacje bez zakorzenienia w ciele i przestrzeni działają słabiej, to moje wieloletnie obserwacje. Przy temacie tożsamości szczególnie. Można dodać prosty rytuał otwierający - zapalenie świecy, kilka oddechów, chwila ciszy - żeby wyjść z trybu automatycznego powtarzania i faktycznie być obecną przy tym, co się mówi. To nie musi być nic skomplikowanego. Ale pytanie do Rezedy: czy te afirmacje formułujesz sama, czy korzystasz z gotowych zestawów?
Dodam coś z trochę innej strony. Pracuję z systemami wróżbiarskimi od lat i kiedy ludzie pytają mnie o afirmacje w kontekście tożsamości, zawsze pytam ich najpierw: czego się boją. Bo afirmacje to nie jest przykrycie lęku ładnym zdaniem. Jeżeli ktoś ma głęboko zakorzenione przekonanie, że 'nie wolno mi być sobą' - może to przekonanie trzeba najpierw zobaczyć, nazwać, zanim zacznie się je zastępować. Inaczej afirmacja leci po powierzchni.
A jak w ogóle to zobaczyć i nazwać? Pytam serio, bo ja sama mam poczucie, że coś jest nie tak z tym, jak siebie postrzegam, ale nie umiem tego ubrać w słowa. Skąd wiedzieć, jakie przekonanie tam siedzi?
Czytam i zastanawia mnie jedna rzecz. Numerologicznie ścieżka życia mocno wpływa na to, jak trudno albo łatwo przychodzimy nam zmiany tożsamościowe. Czwórki i ósemki mają z tym większy opór strukturalny niż na przykład trójki czy siódemki. Czy ktoś łączył afirmacje z numerologiczną analizą własnych blokad? Wydaje mi się, że to mogłoby wskazać, jaki typ zdania będzie dla kogo bardziej skuteczny.
Wejdę tutaj z boku. Cały wątek idzie w stronę technik, co jest w porządku, ale brakuje mi jednego elementu: intencji. Afirmacja bez jasnej intencji to słowa mielone w głowie. Przy pracy z tożsamością to szczególnie ważne, bo 'chcę się zaakceptować' i 'chcę przestać się wstydzić' to dwie różne intencje, choć brzmią podobnie. Pierwsza otwiera, druga ucieka od czegoś. Afirmacje skonstruowane wokół ucieczki od bólu działają inaczej niż te budowane wokół kierunku, w którym się zmierzam.
Zazwyczaj wystarczy przejrzeć zdania i sprawdzić, czy opisują stan, do którego dążysz, czy stan, którego unikasz. 'Nie boję się być sobą' kontra 'czuję spokój, będąc sobą' - niby to samo, ale jedno trzyma w polu bólu, drugie wskazuje kierunek. Nie zawsze trzeba pisać od zera, czasem wystarczy jeden obrót zdania.
Przeczytałam cały wątek i mam pytanie. Czy pracując z afirmacjami w temacie tożsamości, warto robić to rano czy wieczorem? Czytałam gdzieś, że wieczorem umysł jest bardziej otwarty, bo maleje aktywność krytyczna, ale z drugiej strony rano ustawiamy jakby ton całego dnia. Która pora według was ma większy sens przy tym konkretnym rodzaju pracy?
A czy w ogóle czas ma aż takie znaczenie? Myślałam, że chodzi głównie o regularność, a nie o porę. Czy jeśli robię afirmacje o różnych godzinach każdego dnia, to są mniej skuteczne niż gdybym robiła zawsze o tej samej?
Słucham tej rozmowy o porach i mam wrażenie, że to też zależy od samej afirmacji. Te, które są mocniej emocjonalne - u mnie lepiej działają, kiedy jestem już trochę rozluźniona, właśnie wieczorem. Te bardziej kognitywne, nastawione na konkretną zmianę myślenia - rano, przy zimnej głowie. Czy ktoś jeszcze to zauważył, że różne afirmacje mają swój czas?
To ciekawy podział, ale skąd wiesz, że dana afirmacja jest 'emocjonalna' a inna 'kognitywna'? Mam wrażenie, że każde zdanie dotyczące tożsamości jest trochę i jednym, i drugim. Jak to u siebie rozróżniasz?
A co jeśli na żadną afirmację nie ma się żadnej reakcji? Mówię serio - powtarzam zdania i jest po prostu... nic. Ani sprzeciw, ani cokolwiek pozytywnego. Czy to znaczy, że zdania są źle dobrane, czy że sama nie jestem gotowa?
Mam podobnie jak Jolusia97, właściwie bez żadnej reakcji. Ale u mnie podejrzewam, że to przez to, że robię to bardzo mechanicznie - rano, przy kawie, pół myślą gdzie indziej. Czy jest jakiś sposób, żeby samemu sprawdzić, czy w ogóle to dociera, czy jest tylko recytacją?
Wracając do tego, co mówiłam wcześniej o numerologii - nie mówię, że liczba determinuje, ale naprawdę jest różnica między tym, jak jedynki i siódemki podchodzą do pracy z tożsamością a jak robią to czwórki. Czwórka musi mieć konkret i strukturę, abstrakcyjne zdania po prostu do niej nie trafiają. Czy ktoś przy budowaniu afirmacji bierze w ogóle pod uwagę swój profil liczbowy?
Wchodząc między was - mam wrażenie, że w tej rozmowie trochę odeszłyśmy od sedna. Skrzypowa.x mówi o formacie zdania, Edmund o podstawach systemu - i oboje macie inne pytanie w głowie. Rezedo, wracając do ciebie: czy te 'uczę się' i 'jestem w procesie' zdania - próbowałaś je też mówić na głos, czy tylko zapisywać?
To co powiedziałaś o lustrze Kometka - tak, dokładnie to. I to mnie zdziwiło, bo myślałam, że lustro to tylko taki rekwizyt, który ludzie dorzucają do praktyki dla dramatyzmu. A tu nagle zdanie, które czytałam setki razy bez żadnej reakcji, powiedziane na głos do własnej twarzy - i coś zupełnie innego. Zastanawiam się, czy to przez kontakt wzrokowy, czy przez sam dźwięk własnego głosu. Ktoś z was to eksplorował bardziej świadomie?
Kontakt wzrokowy z samym sobą to jest naprawdę osobna praktyka, nie tylko dodatek do afirmacji. W pracy z uważnością jest na to termin - metta wobec siebie, ale przez lustro to działa inaczej niż wizualizacja. Widzisz twarz, która reaguje, mruga, napina się. Trudno udawać, że jest okej, kiedy widzisz, że nie jest. To może być właśnie ta 'nieprzyjemna wyraźność', o której pisałaś. Miałaś kiedyś moment, że po prostu nie mogłaś dokończyć zdania patrząc na siebie?
To, co opisujesz, jest dość czytelne - zdania dotyczące ciała i przynależności do siebie trafiają w coś głębszego niż przekonanie. To nie jest kwestia tego, czy wierzysz w treść afirmacji, tylko tego, czy w ogóle masz kontakt z tym obszarem. Zamieranie zdania to nie blokada - to informacja. Pytanie jest inne: czy po tym zamieraniu coś z tym robisz, czy zostawiasz to i idziesz dalej?
A można w ogóle 'nie mieć kontaktu z obszarem'? Przepraszam, że tak dosłownie pytam, bo nie do końca rozumiem, co to znaczy praktycznie. Jak to wygląda od środka?
Czyli to nie jest tak, że afirmacja jest za trudna, tylko że brakuje jakiegoś gruntu pod nią? Nigdy tak o tym nie myślałam. Zawsze zakładałam, że jak coś jest 'pozytywne', to samoczynnie zadziała. A tu wychodzi, że trzeba najpierw coś zbudować, zanim w ogóle wskoczy?
Ale jak ktoś przez długi czas nie ma żadnej reakcji - ani oporu, ani czegoś dobrego - to znaczy, że jest właśnie na tym 'płaskim' etapie? Czy raczej, że coś robi zupełnie źle i trzeba zmienić podejście?
Chciałam zapytac - czy to znaczy że afirmacje lepiej dziłąją jak się je mówi po ciszy, nie od razu z rana po przebudzeniu? Czytałam gdzieś że o świcie mózg jest najbardziej otwarty ale może to nieprawda?
Ja zaczęłam robić to, co opisywał Pranava z ręką na klatce piersiowej, ale u mnie pojawia się wtedy dużo emocji i nie wiem, czy powinnam z nimi siedzieć, czy jednak kontynuować afirmację. Czuję się trochę jak między dwoma praktykami naraz i żadnej nie kończę do końca.
To co Pranava napisał o unikaniu - chyba warto się przy tym zatrzymać. Rezedo, masz poczucie, że któreś ze zdań, które stosujesz, pełni u ciebie taką funkcję ucieczkową? Że mówisz je nie dlatego, że w to pracujesz, tylko żeby nie myśleć o czymś trudniejszym?
Właśnie próbowałam to rozróżnić u siebie i chyba wiem, które zdanie to ta ucieczka. Brzmi mniej więcej tak: 'jestem w porządku taka, jaka jestem' - i powtarzam je za każdym razem, kiedy zaczynam się kręcić wokół trudniejszych pytań o siebie. Jakby to zdanie służyło do zatrzymania myśli, a nie do jej rozwinięcia. Nie wiem, czy to źle, czy to jakiś etap.
To, co opisujesz, to mechanizm całkiem dobrze znany - afirmacja jako zatyczka zamiast jako praca. Problem w tym, że zatyczka i etap wyglądają z zewnątrz identycznie. Różnica jest tylko w tym, co dzieje się po. Czy po tym zdaniu czujesz się spokojniejsza i możesz iść dalej, czy czujesz ulgę, ale zaraz wraca napięcie z innej strony?
