Temat, który chciałam poruszyć od jakiegoś czasu, bo sama przez to przeszłam. Kilka miesięcy temu miałam operację i rekonwalescencja ciągnęła się znacznie dłużej, niż się spodziewałam. Zaczęłam wtedy regularnie pracować z afirmacjami skierowanymi konkretnie na ciało, nie ogólnymi w stylu 'jestem zdrowa i szczęśliwa', tylko takimi, które odnoszą się do konkretnego procesu. Mówiłam na przykład: 'moje tkanki regenerują się z każdą godziną', 'moje ciało wie, jak się naprawić'. I coś w tym naprawdę działało, choć nie potrafię powiedzieć, czy to sama afirmacja, czy fakt, że w ogóle zaczęłam słuchać własnego ciała zamiast z nim walczyć. Czy ktoś jeszcze pracował z afirmacjami w trakcie wyzdrawiania z czegoś fizycznego? Nie chodzi mi o cuda, tylko o wspieranie procesu.
Mam podobne doświadczenia, choć u mnie to szło trochę inaczej. Po długim zapaleniu płuc próbowałem afirmacji i na początku czułem opór, bo ciało bolało, a ja miałem powtarzać, że jest silne. Dopiero jak przestawiłem się na sformułowania w czasie teraźniejszym ciągłym, czyli nie 'jestem zdrowy', tylko 'moje płuca oczyszczają się', coś się zmieniło w tym, jak to odbierałem. Mniej jak kłamstwo, bardziej jak instrukcja. Ciekawi mnie, czy ty też miałaś ten etap, kiedy afirmacja brzmi fałszywie w stosunku do tego, jak się czujesz?
Intresujący wątek. Ja myślę że tu klucz to jest to że afirmacja musi być zgodna z przekonaniem, inaczej mózg ją odrzuca. Czytałem że jak ktoś mocno nie wierzy w to co mówi, to afirmacja może wręcz zaszkodzić bo podkreśla kontrast między stanem pożądanym a rzeczywistym. Dlatego ta wersja z 'teraz się dzieje' jest mądrzejsza od 'jestem zdrowy'. Mam pytanie do tych co pracowali z tym dłużej: ile razy dziennie powtarzaliście? Bo widzę różne podejścia i nie wiem które skuteczniejsze.
Czytam to z uwagą bo sama teraz dochodzę do siebie po kilku tygodniach naprawdę złego samopoczucia, nie operacja, ale długa choroba. Próbowałam afirmacji z książek, ale nie wiedziałam, czy powtarzać na głos czy w myślach. Czy to ma znaczenie? I czy kolejność słów jest ważna? Czuję, że robię to mechanicznie i nic z tego nie czuję.
A czy ktoś łączył afirmacje z czymś konkretnym, jakimś kamieniem albo kryształem? Słyszałam, że ametyst pomaga przy chorobie, ale nie wiem, jak to połączyć w praktyce. Czy po prostu trzymać w dłoni i mówić?
nie, nie mam nic poważnego, pytam bardziej z ciekawości. Ale moja mama jest po złamaniu i zastanawiałam się, czy coś takiego mogłoby jej pomóc, żeby szybciej wróciła do formy. Ona sama nie wierzy w takie rzeczy, więc pewnie musiałabym to zrobić jakoś dyskretnie.
Afirmacje za kogoś to trochę grząski grunt. Słyszałem że można wysyłać intencję uzdrowienia do kogoś bliskiego, ale to inna praktyka niż afirmacje. Afirmacje działają głównie na własne przekonania, nie na zewnątrz. Jak mama nie wierzy i nie uczestniczy w procesie świadomie, to trudno oczekiwać że coś z tego będzie. Chyba że masz na myśli modlitwę lub wizualizacje, ale to już inna kategoria. W przypadku złamań kości polecał bym kamień amazonit, bo podobno wzmacnia struktury, ale serio: dobrze zrob żeby lekarz był na pierwszym miejscu.
A ile mniej więcej czasu zajmuje, żeby afirmacje w ogóle zaczęły coś dawać przy chorobie? Bo czytam tu, że ktoś robił to przez całą rekonwalescencję, ale to może być kilka tygodni albo kilka miesięcy. Chciałbym wiedzieć, czy jest jakaś granica, po której widać efekty.
Mam pytanie może trochę z innej strony: czy afirmacje przy chorobie nie mogą przeszkodzić w tym, żeby poważnie traktować sygnały ciała? Mam na myśli, że jak powtarzasz sobie, że wszystko idzie dobrze, to czy nie możesz przez to zbagatelizować czegoś ważnego?
bardziej teoretyczne, czytałam gdzieś o takich przypadkach, ale to dobrze, że to rozróżniasz. Ta różnica między wspieraniem a zaprzeczaniem ma sens.
Wróćmy na chwilę do tego, co mówiła Pentagramia o czasie teraźniejszym ciągłym. Sam kiedyś próbowałem afirmacji zdrowotnych i utknąłem na tym samym co Tytus, że brzmiały jak kłamstwo. Ale nie próbowałem tej wersji procesowej, tylko skałem do 'jestem w pełni zdrowy'. Mam teraz spróbować z formą 'moje ciało pracuje nad powrotem do równowagi'? Czy to jest poprawny kierunek, czy można to jakoś lepiej sformułować?
Właśnie o tym myślałam czytając ostatnie posty. Rano mi najgorzej, bo ból jest wtedy mocniejszy i od razu mam opór przed całą praktyką. Wieczorem jestem zmęczona, ale spokojniejsza. Czy to znaczy, że wieczór byłby u mnie lepszy, mimo że podobno rano to 'czysta karta'?
Tu wychodzi coś ważnego, że nie chodzi o porę samą w sobie, tylko o stan układu nerwowego w tej porze. Czytałem o tym w kontekście rytmów dobowych i kortyzolu, który rano jest wysoki. Wysoki kortyzol to wyższy stan czujności i łatwiej o krytyczne odrzucenie. Wieczorem kortyzol spada i ciało jest bardziej otwarte na sugestię. Nie mówię, że rano nie działa, bo działa, ale Gertruda może po prostu mieć taki profil, że wieczór będzie lepszy.
A czy to skupienie, o którym piszecie, to jest coś, co trzeba ćwiczyć osobno? Bo jak jestem chory albo zmęczony, to skupienie mi nie wychodzi nawet przy zwykłych rzeczach, a co dopiero przy afirmacjach. Zastanawiam się, czy nie powinienem najpierw nauczyć się medytować, a potem dopiero zacząć afirmacje?
Wracam do tematu kamieni, bo nie rozumiem jednej rzeczy. Pentagramia pisała, że trzymała kamień po stronie bliższej miejscu regeneracji. Ale jak ktoś ma problem na przykład z kręgosłupem albo narządami wewnętrznymi, to gdzie wtedy? Trzymać z tyłu? Kłaść na ciele?
Mam wrażenie, że ta rozmowa poszła trochę w kierunku kamieni, a ja dalej nie wiem jednej rzeczy z mojego wcześniejszego pytania. Whisper pisał, że nie ma granicy jak data w kalendarzu, ale czy jest jakiś minimalny czas, po którym w ogóle ma sens oceniać, czy afirmacje coś robią? Tydzień? Miesiąc? Bo jak nie widzę nic po tygodniu, to nie wiem, czy kontynuować, czy coś zmienić.
Dwa, trzy tygodnie to długo, jak się czeka na jakikolwiek efekt i czujesz się źle. Nie mówię, że to zły pomysł, ale chciałabym wiedzieć, czy jest coś, co można zrobić, żeby efekt przyszedł szybciej. Czy na przykład wizualizacja dodana do afirmacji przyspiesza cokolwiek?
a czy ta wizualizacja nie może przeszkadzać, jeśli ktoś nie potrafi jej robić dobrze? Bo słyszałam, że jak wizualizujesz coś niepoprawnie, na przykład za bardzo skupiasz się na tym, co jest chore zamiast na tym, co zdrowe, to możesz wzmacniać problem. To prawda czy mit?
Dobre pytanie. Sam miałem wątpliwość podobną, bo jak mam wizualizować zdrowy kręgosłup, skoro nie wiem dokładnie, jak zdrowy kręgosłup wygląda w środku. Czy tu chodzi o jakiś realny obraz anatomiczny, czy raczej o metaforę, na przykład ciepło albo światło w tym miejscu?
Jaroslaw75 poruszył coś ważnego. Ta kwestia z anatomią mnie też zastanawiała, bo sam próbowałem kiedyś wizualizować coś konkretnego i skończyło się tym, że zacząłem się zastanawiać, czy robię to poprawnie, zamiast po prostu być przy praktyce. Może to jest właśnie sedno problemu z wizualizacją u osób chorujących - za dużo głowy, za mało odczucia.
to mi bardzo pomogło, bo faktycznie utknąłem na tym 'jak to powinno wyglądać'. Ciepło albo lekkość są dla mnie dużo bardziej osiągalne. Mam teraz pytanie praktyczne: czy ta wizualizacja ma trwać przez całą afirmację, słowo po słowie, czy można zacząć od obrazu, a potem przejść do słów?
A wracając do tego, co mówiłam wcześniej o skupianiu się na tym, co chore zamiast na tym, co zdrowe - czy to w ogóle jest realny problem, czy raczej coś, o czym ludzie piszą w internecie i brzmi logicznie, ale w praktyce nie ma znaczenia? Bo czytałam różne rzeczy i jedni mówią, że to kluczowe, a inni że intencja i tak trafia tam, gdzie trzeba.
Okej, ale czy to znaczy, że przez cały czas muszę udawać, że mi nie boli? Bo to wydaje się trochę... niehonorowe wobec siebie samej? Jak coś mnie boli i powiem sobie 'czuję coraz większą ulgę', to wiem że to nieprawda i ta myśl mnie blokuje. Jak to pogodzić?
To, o czym pisze Whisper, ma swoje korzenie w czymś starszym niż współczesny self-help. W tradycji runicznej galdr, czyli śpiewane formuły, też nigdy nie zaprzeczały, zawsze budowały. Nie ma runy 'bez choroby', jest runa siły, przetrwania, przepływu. Forma pozytywna to nie wymysł coachingu, to zasada stara jak magia słowa.
Mam pytanie do Rydwanki.ka albo do kogokolwiek kto wie: czy jak się mówi afirmację na głos, to działa inaczej niż jak się ją tylko myśli? Bo w czasie choroby często jestem tak zmęczony, że samo myślenie jest łatwiejsze, ale zastanawiam się czy nie robię sobie w ten sposób gorzej.
Mam taką myśl do tego wątku o głosie i myśleniu: czy nie jest tak, że przy rekonwalescencji samo ciało jest już w jakimś sensie w procesie uzdrawiania, bo to robi naturalnie? Czy afirmacja to wtedy wsparcie dla tego procesu, czy można powiedzieć, że ona go inicjuje? Pytam bo zastanawiam się, czy afirmacje mają w ogóle sens przy chorobach, gdzie ciało samo się regeneruje, tylko wolniej.
Dobrze, ale to ciągle wraca do 'z czasem'. Jak długo? Tytus00 mówi o regularności, Whisper pisał wcześniej o dwóch, trzech tygodniach obserwacji. Ja jestem po kontuzji i po tygodniu pracy z afirmacjami czuję się dokładnie tak samo fizycznie. Czy to normalne? Czy w ogóle spodziewać się jakiegoś sygnału, który mówi 'idziesz w dobrym kierunku', zanim pojawi się realna poprawa?
