Mam może troche nie na temat, ale czytam to co Sabineczka napisała o 'stabilnym punkcie' i myślę - czy kamień może być takim punktem? Mam na myśli fizyczny obiekt, który trzyma sie w ręku podczas afirmowania. Coś konkretnego, żeby sie nie odpłynąć za bardzo.
Słucham od dłuższego czasu i mam wrażenie, że ten wątek kręci się wokół pytania, które nikt nie zadał wprost: czy przy afirmacjach tożsamości ważniejszy jest efekt wewnętrzny - poczucie, coś w środku - czy zewnętrzny, to jak zaczynamy działać w życiu? Bo w praktyce te dwie rzeczy mogą się rozjeżdżać i to jest chyba sedno wielu trudności opisywanych w tym wątku.
Przepraszam że się wtrącam ale mam pytanie do Sabineczki - jak rozpoznać, że to 'niepokój informacyjny' a nie po prostu strach przed zmianą? Bo dla mnie oba wyglądają podobnie i za każdym razem kiedy coś jest trudne, nie wiem czy sie zatrzymać czy iść dalej.
Wchodzę w to co Sabineczka pisze, ale mam wątpliwość. To rozróżnienie między 'nie rób' a 'zrób inaczej' brzmi elegancko, ale zakłada pewien poziom samoświadomości, który nie u wszystkich jest tak samo rozwinięty. Co z osobami, które jeszcze nie mają dobrego kontaktu z tym, co czują? Dla nich obie wiadomości mogą brzmieć tak samo.
To co Edmund opisuje jako zaproszenie kontra żądanie - to jest dokładnie coś, co sama czułam, ale nie umiałam tego nazwać. Zaczęłam od tych 'mocnych' zdań i przez długi czas miałam wrażenie, że walczę sama ze sobą zamiast z czymś rozmawiać. Zmiana na łagodniejsze sformułowania coś przesunęła, choć nie od razu.
I jak długo trwało, zanim poczułaś, że to łagodniejsze sformułowanie działa? Bo mam podobne odczucie z mocnymi zdaniami - jakiś opór - ale boję się, że jeśli zacznę od czegoś za miękkiego, to w ogóle nic się nie wydarzy.
A czy ktoś próbował łączyć afirmacje tożsamości z czymś zewnętrznym - jak właśnie ten kamień, o którym Zaneta wspominała, albo z jakimś konkretnym miejscem? Zastanawiam się, czy środowisko ma znaczenie, bo ja afirmuję zazwyczaj w łazience przy lustrze i nie wiem, czy to dobry wybór.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie, które chyba nikt jeszcze nie zadał wprost: czy jest jakaś granica między afirmacją tożsamości a... zwykłym okłamywaniem siebie? Nie mówię o cichych zdaniach, bo tamte są blisko tego, co już jest. Ale te mocne - 'jestem tą osobą, którą chcę być' - kiedy to jest praca, a kiedy to jest ucieczka od tego, co trudne?
Wracam do tego, co pisała Cytrynka08 - bo u mnie właśnie ta granica była przez długi czas rozmyta. Próbowałam przez afirmacje 'zrobić się' kimś, kogo uważałam za dobry cel, zamiast sprawdzać, czy ten cel jest naprawdę mój. Dopiero jak zaczęłam dodawać do afirmacji pytanie - nie po niej, ale wbudowane w zdanie - cokolwiek zaczęło się zmieniać. Coś w stylu 'co we mnie już wie, jak to wygląda'. Nie wiem czy to klasyczna afirmacja, ale dla mnie działało inaczej niż sam komunikat.
Pytanie wbudowane w zdanie - to ciekawe. Jak to wyglądało konkretnie? Mam na myśli: czy mówiłaś to głośno, czy pisałaś, czy to było bardziej w myślach? Bo wyobrażam sobie, że forma może zmieniać odczucie.
Tak, właśnie o to mi chodziło - zatrzymanie po zdaniu, żeby coś mogło się pojawić. Przy pisaniu masz tę pauzę naturalnie. Przy mówieniu trzeba ją celowo zostawić, bo inaczej zdanie zamienia się w recytację. Mnie osobiście pomaga wydech przed każdym zdaniem, ale to już zależy bardzo od tego, jak kto pracuje z ciałem.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie, bo trochę się pogubiłam: czy mówicie o afirmacjach wypowiadanych raz i obserwowaniu, co się dzieje, czy o regularnym powtarzaniu przez tygodnie? Bo odnoszę wrażenie, że część z was mówi o jednej sesji, część o długim procesie i to brzmi jakby to były dwie różne praktyki.
Dokładnie to opisywałam wcześniej w odniesieniu do pytań wbudowanych w zdanie. Kiedy po afirmacji pojawia się głos, który mówi 'ale czy to naprawdę prawda', to jest właśnie materiał do pracy. U mnie to trwało tygodniami zanim zaczęłam traktować ten głos nie jako przeszkodę, tylko jako część procesu. Teraz jak on milczy po zdaniu, to czasem jest lepszy znak niż kiedy zdanie brzmi gładko.
To mnie zaciekawiło - mówisz, że cisza po zdaniu to dobry znak. Ale wcześniej pisałaś o pytaniach wbudowanych, które otwierały przestrzeń. Jak odróżniasz ciszę 'dobrego rodzaju' od tej, kiedy po prostu zdanie przeszło bez echa i nic się nie wydarzyło?
A jak długo musiałaś to robić, zanim to zaczęło być wyraźniejsze? Bo rozumiem co mówisz, ta pełna i pusta cisza, ale u mnie to wszystko brzmi podobnie i nie wiem czy w ogóle dotrę do momentu, że będę czuła różnicę.
