To co Ilonka opisuje to coś, o czym się rzadko mówi wprost przy afirmacjach - że ciało też uczestniczy i daje sygnały. Przy temacie starości to ma chyba szczególne znaczenie, bo właśnie ciało jest tym, co się zmienia i czemu najtrudniej powiedzieć 'akceptuję'. Czy ktoś pracuje z afirmacjami właśnie przez ciało - przez oddech, ruch, a nie tylko słowa?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam wrażenie, że rozmowa zrobiła się bardzo osobista i głęboka, co jest dobre. Ale wracam do czegoś co powiedziała Helenka na początku - że chodzi o 'akceptację przemijania', nie tylko ciała. Czy ktoś pracuje z afirmacjami dotyczącymi np. utraty roli społecznej? Przejścia na emeryturę, tego że się już nie jest 'aktywnym'? Bo to chyba osobny rodzaj straty.
Wracam do tego, co napisałaś na początku - że chodzi o akceptację przemijania, nie tylko ciała. Bo to mnie zastanawia. Czy można rozdzielić te dwie rzeczy? Ciało przemija bardzo konkretnie, namacalnie. A co z poczuciem, że traci się dawną siebie - energię, szybkość myślenia, rolę społeczną? Czy afirmacja może działać na coś tak nieuchwytnego?
To dobre pytanie i myślę, że te rzeczy trudno rozdzielić, ale można je adresować osobno. Ciało jest najłatwiejszym punktem wejścia, bo jest konkretne - widzisz je, czujesz każdego dnia. Ale to, o czym piszesz - rola społeczna, poczucie siebie sprzed lat - to często boli bardziej i dłużej. Afirmacja może tam dotrzeć, ale wymaga większej precyzji. 'Akceptuję przemijanie' to za szeroko. Lepiej: 'pozwalam sobie być kimś innym niż byłam' albo 'moja wartość nie zależy od tego, co robiłam'. Te zdania dotykają czegoś innego niż zdanie o ciele.
To co Helenka mówi o roli społecznej - to mnie uderzyło. Bo ja przez lata byłam mamą, potem babcią, potem 'tą, która organizuje'. I w pewnym momencie te role zaczęły się kurczyć. Nie wiedziałam, że można to przepracowywać afirmacjami, myślałam, że to raczej temat na terapię. Czy te dwa podejścia da się łączyć?
Mam inne zdanie niż Jarek. Nie każda trudna emocja przy afirmacji to sygnał do terapeuty. Czasem to po prostu to, o czym Ilonka pisała wcześniej - coś puszącza. Myślę, że za bardzo się tu medykalizuje procesy, które są po prostu ludzkie. Starość, przemijanie, zmiana roli - to jest norma, nie patologia.
To co Cosmia opisuje - że to przyszło z praktyką - to brzmi znajomo. Ja też przez długi czas nie wiedziałam. I to jest chyba uczciwe, żeby powiedzieć osobom, które zaczynają: ta umiejętność rozróżniania nie jest dana od razu. Buduje się ją powoli, przez próby i błędy. Trochę mnie ulżyło, że nie jestem jedyną, która długo tego nie widziała.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, które mi nie daje spokoju: czy afirmacje przy temacie starości są w ogóle dobrze skrojone dla kobiet i mężczyzn tak samo? Bo mam wrażenie, że starość kobiety i starość mężczyzny to inne doświadczenie społecznie - inne oczekiwania, inna niewidzialność. I afirmacja 'jestem wartościowa niezależnie od wieku' może dla kobiety znaczyć coś kompletnie innego niż dla mężczyzny.
Ja się do tego dopiszę, bo to o niewidzialności z wiekiem to jest coś, czego się nie spodziewałam. Myślałam, że to mit. Okazało się, że bardzo konkretna rzecz. I że afirmacja 'jestem widoczna' brzmi dla mnie śmiesznie, ale jednocześnie wiem, że właśnie tego potrzebuję. To jest chyba ten opór, o którym mówiliście wcześniej.
A czy to nie jest tak, że same słowa mają mniejsze znaczenie niż to, co się za nimi kryje? Pytam, bo ostatnio czytałam coś o intencji i nie wiem, czy afirmacja bez intencji w ogóle cokolwiek robi, czy to tylko mówienie do siebie.
Wracam do wątku o starości kobiet i mężczyzn, bo Hilek powiedział coś, co chcę rozwinąć. Sprawczość. To słowo dużo tłumaczy. Przy temacie przemijania afirmacja, która dotyczy sprawczości - 'decyduję jak wygląda moje życie', 'moje tempo jest właściwe' - może być trafniejsza dla konkretnej osoby niż ogólna akceptacja. Może zamiast jednej afirmacji o przemijaniu potrzeba kilku, każda do innego kawałka tego, co się zmienia?
Wracam do tego co napisała Goplana o sprawczości, bo mnie to zatrzymało. 'Moje tempo jest właściwe' - to zdanie mnie zastanawia. Bo jeśli ktoś naprawdę czuje, że jego tempo jest narzucone przez chorobę albo przez okoliczności, to czy takie zdanie nie będzie brzmiało jak zaprzeczenie temu co realnie przeżywa? Pytam szczerze, nie podważam, bo nie wiem.
To jest jedno z najtrudniejszych pytań w tym temacie i cieszę się, że Cosmia je postawiła wprost. Z mojego doświadczenia: afirmacja, która ma pomagać w akceptacji przemijania, nie powinna być używana do tłumienia. Jeśli boli - boli. Zdanie ma pomóc nie utknąć w tym bólu na zawsze, nie udawać, że go nie ma. Granica między akceptacją a wypartem jest cienka i każdy musi ją sobie wyczuć. Nie ma tu jednego przepisu.
Ja na to pytanie Teodorki odpowiem ze swojej strony, bo mnie to zajęło sporo czasu. Najprościej sprawdzałam tak: mówiłam zdanie w ciszy i czekałam co czuję w ciele. Jeśli pojawiało się coś w okolicach klatki - ulga, lekkie rozluźnienie - to wiedziałam że trafiłam. Jeśli nic albo napięcie, to szukałam dalej. To nie jest metoda naukowa, ale u mnie działa.
Dorzucę coś z własnego podwórka. Przez długi czas miałem odruch, żeby odpychać zdania o spokoju i akceptacji - bo kojarzyły mi się z rezygnacją. Jakby mówienie 'akceptuję to gdzie jestem' równało się 'już nic nie będę robił'. Zajęło mi trochę, żeby oddzielić akceptację od bierności. To nie jest to samo, ale dla mnie długo tak wyglądało.
Dziękuję za to co napisał Hilek, bo to coś ważnego. 'Punkt wyjścia' zamiast 'koniec' - to chyba jest też o tym, że starość nie musi być tylko domykaniem. Mogę z tego miejsca jeszcze czegoś chcieć, budować coś nowego, nawet jeśli inaczej niż wcześniej. Właśnie tego mi brakowało w zdaniach, które próbowałam.
Słuchajcie, ale mam pytanie do całej tej rozmowy o ciele i somatyce i zdaniach punktu wyjścia - czy ktoś z was pracował z tym tematem w grupie, nie tylko solo? Bo mam wrażenie, że przy akceptacji przemijania jest coś, co trudno zrobić samemu. Nie chodzi mi o terapię, bardziej o zwykłe bycie z innymi ludźmi, którzy też to przeżywają.
Wandka dotknęła czegoś, co jest w tym temacie niedopowiedziane. Akceptacja przemijania to nie jest tylko praca wewnętrzna. Część tego dzieje się przez kontakt - przez to, że ktoś nas widzi w tym miejscu, gdzie jesteśmy. I może właśnie dlatego afirmacje o widzialności, o których mówiłam wcześniej, mają dla wielu z nas taki ładunek. Nie chodzi tylko o to, żeby sobie powiedzieć 'jestem widoczna'. Chodzi o to, żeby to poczuć w kontakcie z kimś.
To co Helenka napisała o widzialności w kontakcie to jest bardzo trafne. I tu mi się nasuwa pytanie szersze: czy afirmacje dotyczące starości i przemijania powinny mieć jakiś inny rytm niż zwykłe afirmacje motywacyjne? Bo jednak tu nie mówimy o celu do osiągnięcia, tylko o czymś, przez co się przechodzi. Czy ktoś praktykuje je inaczej właśnie z tego powodu?
Mam pytanie do całego tego wątku o porę dnia, bo mnie zastanawia coś innego. Czy przy afirmacjach o starości i przemijaniu w ogóle chodzi o regularność, czyli codziennie o tej samej porze? Czy może lepiej robić to wtedy, kiedy faktycznie coś poczujemy, jakiś lęk, smutek, moment zatrzymania?
Wracam do tego co Goplana pytała o rytm, bo chyba nie powiedzieliśmy o jednej rzeczy. Przy akceptacji przemijania jest moment, kiedy afirmacja może być zbyt wczesna. Mam na myśli sytuację po stracie - śmierci bliskiej osoby, chorobie, końcu czegoś ważnego. Tam zdanie o akceptacji powiedziane za wcześnie to może być właśnie to znieczulenie, o którym mówiłam. Czy ktoś z was miał konkretne doświadczenie z tym, jak długo czekać zanim afirmacja ma sens?
Cosmia dotknęła czegoś, nad czym sama długo myślałam. Nie ma jednej odpowiedzi na to 'jak długo czekać', ale jest coś, czego się nauczyłam: żałoba i akceptacja to nie to samo. Żałoba jest procesem, który ma swój czas. Afirmacja skierowana na akceptację może wejść, kiedy w środku pojawia się pytanie 'co dalej' - nie jako ucieczka, ale jako przejście. Jeśli pytanie jeszcze nie ma miejsca, zdanie o akceptacji jest za wczesne.
To kryterium 'pojawienie się pytania co dalej' jest naprawdę trafne. Ale jak je odróżnić od wymuszania siebie, żeby iść do przodu za szybko? Bo znam ludzi, którzy racjonalnie wiedzą że 'czas iść dalej', a ciało jeszcze płacze.
Bardzo dziękuję Wandce za tę odpowiedź. To zdanie 'mam prawo nie wiedzieć co teraz' jest dla mnie bardzo ważne i chyba właśnie tego mi brakowało. Bo ja ciągle próbowałam zdaniami dojść do odpowiedzi, a nie miałam pozwolenia żeby ich nie mieć.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, które może być naiwne. Czy afirmacja może też być pytaniem? Tzn. czy można afirmować w formie pytania, na przykład 'co jest we mnie trwałego mimo przemijania'? Czy to już nie jest afirmacja tylko medytacja?
Słucham tej rozmowy o pytaniach i myślę o tym inaczej. Kiedy straciłam mamę, żadne pytanie ani zdanie nie działało przez długi czas. Dopiero takie małe, prawie bez sensu zdanie jak to, o którym pisałam - 'mam prawo nie wiedzieć' - dało jakiś oddech. Pytanie w rodzaju 'co jest trwałego we mnie' wtedy by mnie chyba rozłożyło, bo odpowiedź mogłaby brzmieć 'nic'. Zastanawiam się, czy te dwa podejścia - zdanie kontra pytanie - pasują do różnych etapów, nie tylko do różnych osobowości.
Słuchajcie, jestem sceptyczny wobec tej całej sekwencji. Nie dlatego, że mi to nie brzmi logicznie, bo brzmi. Ale zastanawiam się, czy to nie jest zbyt dużo myślenia o narzędziu zamiast po prostu używania go. Czy ktokolwiek z was naprawdę przechodził przez te etapy świadomie, czy to bardziej opis wsteczny, jak to wyglądało?
