Zaczęłam używać afirmacji mniej więcej wtedy, kiedy mój związek był już naprawdę toksyczny, ale jeszcze tego nie widziałam. Powtarzałam sobie: 'jestem wystarczająca', 'zasługuję na miłość', 'moje granice są szanowane'. I coś dziwnego zaczęło się dziać. Im bardziej wkładałam w to szczerość, tym bardziej pewne rzeczy zaczęły mi zgrzytać. Jakby afirmacje nie tyle poprawiały mi nastrój, co podnosiły poprzeczkę dla tego, co akceptowałam. Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze miał podobnie. Czy afirmacje mogą działać jak taki wewnętrzny kontrast, który pokazuje, jak bardzo rzeczywistość odbiega od tego, czego potrzebujesz?
To co opisujesz brzmi całkiem logicznie. Jeśli codziennie mówisz sobie, że zasługujesz na szacunek, a partner właśnie tego dnia powie coś uwłaczającego, to dysonans jest bardziej odczuwalny niż wcześniej. Tylko pytanie, czy to jest afirmacja jako taka, czy po prostu efekt skupienia uwagi na temacie. Bo jak zaczniemy intensywnie myśleć o czymkolwiek, zaczynamy to dostrzegać wszędzie.
Właśnie, to jest mechanizm RAS, czyli siatkówkowy układ aktywujący. Afirmacje ustawiają go na konkretne wzorce i nagle mózg zaczyna filtrować rzeczywistość pod tym kątem. W toksycznym związku to może być pierwszy sygnał, że coś jest nie tak. Afirmacje dotyczące własnej wartości powodują, że zaczynasz rejestrować wszystko, co tej wartości zaprzecza. To trochę jak nastawić się na odbiór konkretnej fali.
Ale chwila, to znaczy że afirmacje mogą zadziałać wbrew intencji? Czyli ktoś robi afirmacje żeby być szczęśliwszy w związku, a one mu pokazują że ten związek jest do niczego? Czy dobrze rozumiem?
Znam kilka osób, które przez praktyki afirmacyjne dosłownie zaczęły wychodzić z bardzo trudnych relacji. Ale chcę tu coś zaznaczyć, bo myślę że to ważne: afirmacje nie 'pokazują prawdy' same z siebie. One wzmacniają to, co już w sobie wiesz i co jest stłumione przez lęk, przez nawyk, przez przekonanie że na więcej nie zasługujesz. Więc kiedy zaczniesz codziennie powtarzać sobie, że jesteś wartościowa, ten głos staje się głośniejszy od głosu, który mówi 'daj spokój, i tak nie będzie lepiej'. I wtedy zaczynasz słuchać pierwszego.
Trochę sceptycznie do tego podchodzę, bo mam wrażenie, że można sobie powtarzać wszystko bez końca i nic się nie zmieni, jeśli nadal siedzisz w tym samym miejscu. Co z tego, że ktoś mówi 'jestem wartościowa', jeśli wieczorem wraca do kogoś, kto tę wartość podważa? Czy nie jest tak, że afirmacje bez działania są trochę jak plastr na złamaną nogę?
Chciałam zapytać, bo nigdy nie próbowałam afirmacji w trudnym związku. Jak długo trzeba je robić, żeby w ogóle cokolwiek poczuć? Mam na myśli, czy to kwestia dni, tygodni? I czy robi się je o konkretnej porze dnia, czy kiedy tylko jest chwila?
Ja miałam inne doświadczenie i chcę je tu wrzucić, bo myślę, że warto o tym mówić. Afirmacje przez jakiś czas dawały mi złudne poczucie, że sytuacja jest lepsza niż była. Powtarzałam sobie 'mój związek się rozwija', 'między nami jest głęboka więź' i to mnie usypiało na bardzo długo. Dopiero kiedy zaczęłam robić afirmacje skupione na sobie, nie na związku, coś się zmieniło. To jest chyba ważna różnica.
A czy afirmacje da się w ogóle połączyć z innymi praktykami? Bo czytałem że np z medytacją działa lepiej, ale nie wiem czy nie przeszkadzają sobie nawzajem. Mam na myśli, że medytacja to raczej wyciszenie a afirmacja to aktywne mówienie, nie wiem czy da się to pogodzić
Dokładnie tak to wyglądało u mnie. Kiedy zaczęłam mówić sobie 'mam prawo do szacunku', to najpierw poczułam, że nie wierzę w to słowo w słowo. Ale po jakimś czasie zaczęłam zauważać każdą sytuację, w której ten szacunek nie był obecny. I to nie było miłe odkrycie. Ale potrzebne.
A jak wy w ogóle formułowałyście te afirmacje? Bo słucham tej rozmowy i myślę sobie, że chciałabym spróbować, ale nie wiem od czego zacząć. Czy to są gotowe zestawy, które gdzieś można znaleźć, czy każdy pisze własne?
Dobra, ale mam pytanie z zupełnie innej strony. Czy ktoś próbował afirmacji na etapie, kiedy jeszcze nie wiedział, że jest w toksycznej relacji? Bo z tego co tu czytam, to jakby zakładacie, że ta osoba ma już jakieś podejrzenia. A co jeśli po prostu myśli, że to ona jest problemem?
Czyli te afirmacje jakby odkryły coś, czego sama nie widziałaś? Że to nie ty jesteś problemem? To brzmi trochę jak efekt uboczny, nie zamierzony efekt, prawda? Bo chyba nie szłaś do tego z myślą 'sprawdzę, czy to moja wina'.
Czytam ten wątek od początku i zastanawiam się, czy to nie działa trochę jak terapia. Mam na myśli, że terapeuta też czasem zadaje pytania, które sprawiają że widzisz rzeczy inaczej. Tylko tu robisz to sam, przez te powtarzające się zdania. Czy to nie jest trochę ryzykowne bez wsparcia z zewnątrz?
A to, co mówicie o ciele i napięciu, mnie zastanawia z innej strony. Czy te afirmacje działają inaczej na mężczyzn? Bo jakoś tak wyszło, że tu głównie piszą kobiety o swoich doświadczeniach. Mam wrażenie, że mężczyźni mogą mieć inaczej z tym całym rozpoznawaniem własnych emocji.
To co mówi Betalia bardzo mi pasuje, przepraszam, chciałam powiedzieć, bardzo mi pasuje do tego, przez co sama przechodziłam. Przez długi czas myślałam, że moje zdanie jest szanowane, bo partner niby słuchał. Dopiero kiedy zaczęłam sprawdzać, co się faktycznie dzieje po tym słuchaniu, zobaczyłam wzorzec. Słuchał, ale nigdy nic się przez to nie zmieniało.
Chcę tu dodać coś do tego, o czym pisze Melanijka. U mnie to lustro przestało pokazywać 'jak bardzo jestem niewystarczająca', a zaczęło pokazywać 'jak bardzo długo pozwalałam na pewne rzeczy'. I to jest ten moment, kiedy afirmacje zaczynają być nie tyle budujące, co rozliczające. Nie z drugą osobą, z samą sobą.
Ale czy to rozliczanie nie było bolesne? Bo brzmi jakbyś mówiła, że odkryłaś w sobie coś trudnego. Jak sobie z tym poradziłaś, żeby to nie stało się kolejnym powodem do obwiniania siebie?
Cały czas staram się za tym nadążyć i mam wrażenie, że to co tu opisujecie to jest naprawdę długi proces. Miesiące? Czy da się zobaczyć jakiś efekt szybciej na początku? Pytam bo sama jestem w takiej sytuacji, gdzie nie wiem jeszcze czy to jest toksyczne, czy ja za dużo wymagam.
I tu wracamy do meritum tematu tego wątku. Czy afirmacje pomagają to zobaczyć? Myślę, że tak, ale nie przez to że 'naprawiają' przekonania, tylko przez to że ustawiają wewnętrzny punkt odniesienia. Kiedy regularnie mówisz sobie 'moje granice mają znaczenie', to w momencie gdy ktoś je przekracza, coraz trudniej jest ci to zbagatelizować. I to właśnie jest ta zmiana.
Ale jak to jest z tą korektą, o której pisze Betalia? Bo z jednej strony rozumiem, że ktoś kto był w bardzo złej relacji może potrzebować "przekalibrowania", ale z drugiej strony zastanawiam się, czy nie ma tu ryzyka że przez chwilę po wyjściu wszystko będzie wyglądało podejrzanie? Jak długo trwa ten etap?
To co Konradek mówi o konkretności jest dla mnie kluczowe. Przez długi czas powtarzałam ogólne rzeczy i nie czułam żadnej różnicy. Dopiero kiedy zaczęłam budować zdania wokół sytuacji, które naprawdę przeżywałam, coś drgnęło. Nie wiem czy to kwestia neurologii czy po prostu tego, że konkretne zdanie jest bardziej 'prawdziwe' dla umysłu.
A czy ktoś tu próbował pisać afirmacje zamiast je mówić? Bo czytałam gdzieś że pisanie ręczne angażuje inaczej mózg i może mieć inny efekt. Ciekawi mnie czy ktoś z własnego doświadczenia to sprawdził w kontekście toksycznych relacji konkretnie.
Pisałam przez jakiś czas w dzienniku i to faktycznie robiło różnicę, ale nie ze względu na metodę jako taką. Bardziej dlatego, że pisanie zmuszało mnie do zwolnienia i sformułowania myśli. Nie mogłam przebiec przez zdanie tak jak można je wymamrotać do lustra. Ale nie wiem czy to jest zaleta pisania czy po prostu efekt spowolnienia.
To bardzo ciekawe rozróżnienie. Czyli twierdzisz że liczy się bardziej tempo i uwaga, którą wkładamy, niż forma sama w sobie? Czy jednak coś w tym pisaniu ręcznie było inne niż samo mówienie na głos?
Czyli rozumiem że ten dziennik stawał się czymś w rodzaju dokumentacji? To brzmi mniej ezoteryczne a bardziej... terapeutyczne chyba? Pytam bez zarzutu, po prostu zastanawiam się gdzie leży granica między afirmacją a terapią własną.
Ale jak to ocenić kiedy potrzeba specjalisty a kiedy wystarczą afirmacje? Bo to brzmi jakby to wymagało już sporo samowiedzy, żeby wiedzieć że przekroczylismy tą granicę.
