Czyli paradoksalnie im silniejsza reakcja na afirmację, tym bardziej ona dotknęła czegoś ważnego? Trochę odwrotnie niż bym myślała. Myślałam że jak coś boli, to znaczy że robimy coś źle.
Zastanawiam się czy to 'cofanie się do łagodniejszej wersji' nie jest po prostu unikaniem. Jak odróżnić jedno od drugiego? Pytam serio, bo sama mam tendencję do tego żeby przy pierwszym dyskomforcie szukać czegoś wygodniejszego.
Myślę że właśnie o to chodzi i to nie jest żaden problem. Przynajmniej ja tak to rozumiem po swoich doswiadczeniach. Jeśli zdanie jest na tyle bliskie prawdy że ciało je przyjmuje, to zaczyna działać jak mały punkt oparcia. Z czasem ten punkt można przenosić trochę dalej. To nie jest teleportacja do innego przekonania, tylko marsz małymi krokami.
Ale czy w toksycznych relacjach konkretnie ten marsz nie jest niebezpieczny? Bo czytam tę rozmowę i myślę sobie: skoro afirmacje pomagają nam czuć się lepiej, to czy nie mogą też sprawić że zostajemy w czymś co nam szkodzi, bo zaczyna 'boleć trochę mniej'?
Wracając do pytania Danusi o toksyczne relacje, bo rzeczywiście to jest serce tego tematu: mam wrażenie że afirmacje budujące poczucie własnej wartości działają jak pewnego rodzaju kontrast. Im bardziej zaczynasz wierzyć że masz prawo do szacunku, tym wyraźniej widzisz gdzie tego szacunku nie ma. I to może być bardzo bolesne odkrycie w trakcie bycia jeszcze w środku takiej relacji.
Czyli afirmacje nie powiedziały ci że masz odejść, ale sprawiły że sama to zobaczyłaś? To chyba ważna różnica, bo brzmi jakby to był twój własny wniosek a nie zewnętrzna sugestia.
Myślę że trafnie to ująłeś. Kiedy ktoś z zewnątrz mówi ci że coś jest nie tak, mózg automatycznie szuka kontrargumentów, bo to naruszenie jakiegoś wewnętrznego obrazu siebie. Kiedy sama do siebie mówię coś o swoich prawach i wartościach, nie ma tej bariery obronnej. Jakby przekaz szedł przez inne drzwi.
To co mówisz o 'innych drzwiach' - to mi się kojarzy z tym jak działa autosugestia w ogóle. Ale mam pytanie: czy w momencie gdy byłaś w tej relacji, zdawałaś sobie sprawę z tego co robisz afirmacjami, czy to zadziałało jakby mimochodem?
Ale czy to nie jest trochę niepokojące że ten mechanizm działa tak nieświadomie? Mówicie że zaczęłyście od czegoś neutralnego i nagle zmienił się wasz sposób patrzenia na relację. A co gdyby ktoś celowo zaprojektował dla was afirmacje właśnie po to żeby zmienić wasze myślenie o czymś ważnym? Gdzie jest granica między pomocą a manipulacją?
Mam wrażenie że gdzieś nam umknął wątek z pytania Danusi sprzed kilku postów. Ona pytała czy afirmacje mogą sprawić że zostajemy w czymś szkodliwym bo 'boli mniej'. I myślę że to zależy właśnie od tego co Betalia mówi o treści. Jak ktoś powtarza sobie 'jestem cierpliwa, dam radę', to może rzeczywiście zostać za długo. Jak powtarza 'zasługuję na szacunek', to prędzej czy później ta myśl zacznie kolidować z tym co dostaje.
Wracając do tego co mówiła Kinia o rozbieżności między tym co rano mówiła a tym co wieczorem przyjmowała jako normę - czy ktoś ma jakieś doświadczenie z tym jak długo trwa zanim ta rozbieżność staje się wyraźna? Pytam bo mam wrażenie że to nie jest coś co dzieje się po tygodniu.
Dokładnie to samo. I chyba dopiero kiedy zaczął się kolejny trudny moment i moje reakcje były inne niż wcześniej, to zobaczyłam że coś się naprawdę zmieniło. Nie w nim, we mnie. Nie wybuchłam, nie zaczęłam przepraszać z automatu, po prostu usiadłam z tym i poczułam, że nie zamierzam tego tłumaczyć.
Mnie ciekawi jeszcze coś innego, może trochę z boku. Czy ktoś miał tak że afirmacje robiły tę pracę, ale dopiero po wyjściu z relacji? Że w środku nic nie docierało, ale kiedy człowiek już był poza, to nagle te słowa które powtarzał miesiącami zaczęły coś znaczyć?
Wracam do tego co Betalia mówiła o treści afirmacji. Bo mam wrażenie, że my cały czas mówimy o afirmacjach jako o czymś ogólnym. Ale czy ma znaczenie czy mówisz 'jestem warta miłości' vs 'moje granice są ważne'? To są bardzo różne stwierdzenia i intuicyjnie czuję, że prowadzą w różne miejsca.
Mam wrażenie, że to co Betalia opisuje pasuje do tego jak działa uwaga selektywna w ogóle. Kiedy kupujesz czerwony samochód, nagle widzisz go wszędzie. Afirmacja o granicach sprawia, że zaczynasz rejestrować momenty gdzie są przekraczane, których wcześniej nie nazywałeś. Niekoniecznie jest ich więcej, po prostu wchodzą w pole świadomości.
Czytam od dłuższego czasu i zastanawiam się nad czymś. Czy ktoś próbował celowo dobierać afirmacje do konkretnej sytuacji w relacji, a nie ogólnie? Na przykład nie 'jestem silna' tylko coś bardziej skierowanego na to co akurat się dzieje. Ciekawi mnie czy to daje inne efekty.
A jak długo po wyjściu z relacji? Bo zastanawiam się czy to jest kwestia tygodni czy raczej miesięcy. I czy to przyszło samo, czy coś konkretnego je wyzwoliło?
Zatrzymuję się przy tym co Konradek pisał wcześniej o uwadze selektywnej. Jeśli afirmacja o granicach kieruje uwagę na momenty ich przekraczania, to czy to nie działa inaczej na kogoś kto ma historię prawdziwej przemocy w relacji, a inaczej na kogoś kto miał po prostu trudne, ale nie przemocowe związki? Bo wydaje mi się że to nie jest jeden mechanizm dla wszystkich.
Mam inne pytanie do całej dyskusji. Mówimy dużo o tym co afirmacje robią w środku, ale czy ktoś zauważył zmianę w tym jak reaguje na zachowanie partnera na zewnątrz, w czasie rzeczywistym? Nie retrospektywnie, ale w trakcie rozmowy, kłótni, codziennych sytuacji?
Wróćmy na chwilę do tego co Kinia05 pisała o rodzaju dyskomfortu. Mnie to mocno uderzyło, bo sama długo myślałam że opór wobec jakiejś afirmacji znaczy że jest zła albo źle dobrana. A może jest dokładnie odwrotnie i najtrudniejsze są właśnie te które dotykają czegoś prawdziwego?
A czy te dwa cele mogą być sprzeczne? Bo mi się wydaje że zobaczyć sytuację wyraźniej to czasem znaczy nie uciszyć wątpliwości, tylko je głośno usłyszeć.
Trochę się gubię w tym wątku. Czy ktoś mógłby powiedzieć wprost: czy afirmacje w toksycznej relacji pomagają wyjść, czy zostać? Bo mam wrażenie że można je używać w obie strony i nie wiem która jest gorsza.
Czytam i mam pytanie może naiwne, ale jak w ogóle wygląda to 'zobaczyć prawdę' o którym piszecie? Czy chodzi o jakiś moment olśnienia, czy o coś co przychodzi powoli?
A co jeśli ktoś w ogóle nie wie że jest w toksycznej relacji? Bo z tego co czytam to zakładacie że osoba wie albo przynajmniej podejrzewa. A co jeśli naprawdę nie widzi?
To co Betalia pisze o zewnętrznym lustrze mnie uderzyło. Bo to trochę przeczy temu co często słyszę o afirmacjach, że są pracą wyłącznie wewnętrzną i samodzielną. A tu wychodzi że bez kogoś z zewnątrz może nie wystarczyć?
To co Melanijka mówi o niemożności rozdzielenia to chyba ważniejsze niż brzmi. Bo często szukamy dowodu że afirmacje działają albo nie działają, a tymczasem działają w splocie z innymi rzeczami. I może właśnie to jest ich rola, nie samodzielne przepracowanie, tylko jeden z kilku elementów które razem coś zmieniają.
No ale jak to wtedy ocenić czy warto w ogóle z nimi zaczynać, skoro i tak trzeba tyle innych rzeczy?
