Zastanawiam się czy to co Melanijka opisała, ten moment kiedy zaczęła słyszeć siebie inaczej, to jest właśnie to o co w tym wszystkim chodzi. Nie o zmianę partnera, nie o decyzję o odejściu, tylko o odzyskanie jakiegoś wewnętrznego głosu. Czy to nie jest właściwie cel sam w sobie niezależnie od tego co potem?
To co Melanijka mówi o ciele które pamięta jest dla mnie kluczowe w tym całym temacie. Afirmacje działają przez powtarzanie, ale to powtarzanie w końcu zaczyna się zderzać z tym co wiemy głębiej, nie na poziomie słów. I może właśnie to zderzenie jest tym momentem przebudzenia o które pytała Felicja wcześniej.
Ale czy to nie zakłada że ciało zawsze wie lepiej? Znam osoby które miały silne cielesne reakcje na relację i mimo to interpretowały je zupełnie odwrotnie, np. lęk przed odejściem traktowały jako dowód miłości.
Jeszcze wrócę do tego co mówiłem wcześniej bo nie dostałem odpowiedzi na swoje. Jak ktoś nie wie że jest w toksycznej relacji i zaczyna z afirmacjami o miłości do siebie, to czy jest jakaś szansa że te afirmacje coś zmienią zanim ktoś z zewnątrz mu powie jak jest?
Właściwie to co Betalia teraz powiedziała to chyba najważniejsze zdanie w całym wątku. Bo myślę że dużo nieporozumień w tej dyskusji wynika z tego że jedni mówią o afirmacjach jako jedynym środku, a drudzy o nich jako jednym z wielu. To są dwie różne rozmowy.
Mam pytanie może trochę z boku, ale zastanawia mnie jedno. Czy są jakieś afirmacje które szczególnie działają w kontekście toksycznych relacji, czy to jest bardziej kwestia indywidualna i nie ma jednego zestawu?
To ciekawe zestawienie. Afirmacje o miłości do siebie mogą być abstrakcyjne kiedy ktoś jest w środku czegoś trudnego. A te o konkretnym prawie do odczuwania są bardziej zakorzenione w codzienności. Chociaż wydaje mi się że każda osoba musiałaby sama dojść do swojego zestawu, nie da się tego przeszczepić.
To pytanie mnie też interesuje. Bo jeśli każda osoba musi sama dojść do swoich afirmacji, to skąd w ogóle zacząć? Czy jest coś co większość ludzi może bezpiecznie użyć na początku, zanim wypracują własne?
To co Melanijka opisuje z tym odrzuceniem jest bardzo spójne z tym co znam z pracy z numerologią i cyklami. Są okresy kiedy człowiek jest dosłownie zamknięty na pewne przekazy i próbowanie wtedy siłą czegoś przeforsować może wzmocnić opór. Natomiast mam pytanie do Melanijki, czy to poczucie odrzucenia zmieniło się samo z czasem, czy wymagało jakiegoś dodatkowego działania?
To co Melanijka mówi o notowaniu mnie uderza. Bo ja też przez długi czas traktowałam afirmacje jako coś odizolowanego od reszty. Mówiłam je rano i szłam w swój dzień. A dopiero kiedy zaczęłam zatrzymywać się i sprawdzać co po nich zostaje, zobaczyłam że coś się naprawdę przesuwa. Albo nie przesuwa i to też jest informacja.
To ciekawe ale jak to praktycznie wygląda? Mówisz afirmację i od razu piszesz co czujesz? Ile tego czasu zajmuje bo chyba chodzi o regularność a nie o jednorazowe ćwiczenie?
Wracam do tego co Betalia mówiła o emocjonalnym stanie podczas wypowiadania afirmacji. Czy jest jakaś metoda żeby ten stan trochę 'ustawić' przed ich mówieniem? Pytam bo rozumiem teorię, ale nie wiem jak to zrobić w praktyce kiedy wstaje się rano i jest się już na starcie w złym miejscu emocjonalnie.
Ta łazienka którą Eteria wspomniała to serio coś w czym się odnajduję. Ale mam pytanie do Melanijki - mówiłaś że krótkie afirmacje działają lepiej w trudnych momentach. Czy to znaczy że te dłuższe mają sens tylko kiedy jest spokój i przestrzeń? Bo zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle pracuję z nimi o właściwych porach.
Słucham tej rozmowy od początku i zastanawiam się nad czymś innym. Czy afirmacje mogą pomóc zobaczyć prawdę o relacji, jak mówi tytuł wątku, czy raczej pomagają zbudować siebie na tyle żeby tę prawdę móc znieść kiedy już ją widzisz? Bo to są dwie różne rzeczy.
Klimcia_S dotknęła czegoś ważnego. U mnie to było właśnie to drugie. Nie afirmacja otwierała mi oczy, tylko dawała na tyle stabilności, że kiedy prawda pukała, nie uciekałam od niej. Wcześniej widziałam pewne rzeczy, ale natychmiast je przykrywałam bo nie miałam gdzie z nimi stanąć.
Zastanawiam się czy to rozmontowywanie o którym mówi Melanijka jest zawsze bezpieczne. Znaczy czy nie ma momentu kiedy ktoś powinien to robić z kimś, terapeutą albo choćby dobrą osobą w pobliżu, a nie samodzielnie z karteczką i afirmacją w łazience?
Wracam do tego co Kinia05 mówiła wcześniej o stabilności jako warunku żeby móc zobaczyć prawdę. Mam pytanie ogólne do całej dyskusji, bo to mnie nurtuje, czy ktoś miał sytuację że afirmacje pomogły mu zobaczyć konkretnie co jest nie tak w relacji, dosłownie jakiś moment aha, a nie tylko że poczuł się silniejszy ogólnie?
Ta metafora z rozdzielczością jest bardzo trafna. Numerologia też mówi o cyklach w których pewne rzeczy stają się widoczne dopiero kiedy wewnętrzna częstotliwość jest inna. Niekoniecznie że zmieniła się sytuacja zewnętrzna, zmienił się odbiór.
Słucham i mam pytanie bardziej praktyczne. Czy ktoś pracował z afirmacjami w relacji gdzie nie było jednoznacznej toksyczności, tylko takie powolne rozmywanie granic? Bo przy wyraźnej przemocy chyba łatwiej zobaczyć co jest nie tak. A przy takim stopniowym procesie gdzie sama nie wiesz już co jest normalne?
To co mówi Melanijka o reakcji partnera na zgłaszanie potrzeb jest dla mnie kluczowe w tym wątku. Czyli afirmacja nie zmienia relacji, ale zmienia co jesteś w stanie zarejestrować i uznać za ważne. I to jest właśnie ta odpowiedź na pytanie z tytułu, nie chodzi o zobaczenie prawdy jako gotowego obrazu, tylko o to że zaczynasz inaczej przetwarzać to co się dzieje.
