Praktykuję afirmacje od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że robię to "źle" - bo kiedy powtarzam np. "jestem spokojna i pewna siebie", gdzieś z tyłu głowy siedzi taki głosik, który mówi: "no nie bardzo". I zamiast tę myśl odpędzać, zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogole nie niszczy całej roboty. Czytałam różne rzeczy na ten temat i jedni mówią że sceptycyzm to koniec, inni że bez różnicy. Ktoś tu praktykuje z takim wewnętrznym oporem i ma jakies doświadczenia?
U mnie było dokładnie tak samo na początku. Ten głosik jest normalny i według mnie nie przekreśla całej praktyki. Pamiętam że przestawiłam się na afirmacje w formie pytania, np. zamiast "jestem pewna siebie" - "dlaczego coraz bardziej ufam sobie?". Podobno mózg inaczej reaguje na pytanie niż na twierdzenie, którego nie akceptuje. Nie wiem czy to sprawdzone naukowo, ale u mnie coś w tym jest.
Sceptycyzm nie rujnuje afirmacji, ale utrudnia. To nie jest zero-jedynkowe. Chodzi o to, że przy pełnym oporze większość energii idzie w walkę z własnym umysłem, a nie w budowanie nowego wzorca. Afirmacja działa na poziomie powtórzeń i stopniowego oswajania - nie potrzebujesz wiary na wejście, ale opór aktywny, czyli dosłowne "to bzdura" powtarzane w kółko, to już inna sprawa. Pytanie czy Kryska57 ma opór pasywny - po prostu brak wiary - czy aktywny, czyli aktywne zaprzeczanie.
Emocja jako klucz to mocno uproszczone ujęcie, które pochodzi głównie z literatury popularyzatorskiej. W badaniach nad autosugestią - np. w pracach nawiązujących do metody Coué - nie mówi się o emocjach jako warunku koniecznym. Mówi się o powtórzeniu i stanie obniżonej krytyczności. Emocja może ten stan pogłębić, ale nie jest bramą, bez której nic nie przejdzie. Zobojętnienie jest po prostu neutralne - nie pomaga, ale nie blokuje tak jak aktywna negacja.
Czytam tu o emocjach i muszę dodać swoje trzy grosze. Pracuję też z ciałem przy afirmacjach - tzn. staram się podczas powtarzania fizycznie poczuć stan, który opisuje afirmacja. Nie chodzi o udawanie emocji, bardziej o zakotwiczenie jej w ciele. Jak mówię coś o spokoju, to staram się przypomnieć sobie moment kiedy byłam naprawdę spokojna i wchodzę w tę cielesną pamięć. Nie wiem czy to na pewno działa inaczej niż samo powtarzanie, ale subiektywnie czuję różnicę.
Mam pytanie bo troszkę się gubię - mówicie o stanie obniżonej krytyczności i o zakotwiczeniu w ciele, ale jak to praktycznie zrobić żeby jedno i drugie połączyć? Czy to znaczy że afirmacje najlepiej robić np. tuż po medytacji albo przed snem kiedy jest się w takim półśnie? Bo słyszałam że wtedy umysł jest bardziej otwarty.
A ja mam takie pytanie, może naiwne - ale czy jeśli się nie wierzy w ogóle w afirmacje i robi się je tylko "bo powiedzieli żeby spróbować", to w ogóle ma to jakiś sens? Bo moja siostra mi powiedziała żebym zaczęła i ja próbuję, ale czuję się trochę głupio siedząc i powtarzając zdania których nie czuję.
Ale właśnie mam z tym problem z tą siłownią jako metaforą - bo na siłowni masz obiektywny efekt, który widzisz w lustrze. Przy afirmacjach skąd wiesz że to afirmacje zadziałały a nie to że np. po prostu coś się w życiu ułożyło samo? Jak odróżnić efekt od zbiegu okoliczności?
Ten zamknięty krąg to rzeczywiście pułapka i dobrze że to widzicie. Sceptycyzm podczas afirmacji jest uczciwy. Gorzej jest z bezkrytycznym entuzjazmem, który sprawia że każdy przypadkowy zbieg okoliczności staje się dowodem. Sensowna praktyka afirmacji powinna mieć zdefiniowany cel i czas obserwacji, inaczej nie jesteś w stanie ocenić nic. Poza tym - i to jest istotne - afirmacje to nie zaklęcia. Nie zastępują działania. Jeśli ktoś oczekuje że samo powtarzanie zmieni rzeczywistość bez żadnego ruchu z jego strony, to sceptycyzm jest w tym przypadku zdrowy.
Właśnie to mnie zastanawia od początku tego wątku - skoro nie wiemy ile czasu trzeba, nie wiemy jak mierzyć efekty, i nie wiemy czy sceptycyzm przeszkadza czy nie... to po czym w ogóle poznać że się idzie w dobrym kierunku? Czy jest jakiś sygnał wewnętrzny, coś co czujesz, zanim jeszcze cokolwiek się zmieni na zewnątrz?
U mnie był taki sygnał że przestało mi być głupio. To brzmi trywialnie, ale naprawdę - przez pierwsze tygodnie miałam opór żeby w ogóle zacząć powtarzać, a potem w pewnym momencie po prostu zaczęłam to robić bez wewnętrznego komentowania. Nie widziałam jeszcze żadnych efektów, ale sam opór zniknął. I to mnie zachęciło żeby kontynuować.
Przepraszam że wchodzę z innej strony, ale czy ktoś próbował afirmacje przy kamiennym wsparciu? Znaczy - medytować z kamieniem i jednocześnie powtarzać? Zastanawiam się czy to mogłoby jakoś wzmocnić skupienie, bo sama mam problem z tym rozpraszaniem się w trakcie.
Wracając do głównego wątku - bo trochę odpłynęliśmy do kamieni - zastanawia mnie co z osobami które mają nie neutralny sceptycyzm jak Kryska57, tylko aktywny sprzeciw. Tzn. powtarzają 'jestem spokojny' a głos w głowie natychmiast mówi 'ale nieprawda'. Czy ktoś miał taką sytuację i co wtedy robił?
Właśnie ta subiektywność jest i siłą i słabością tej metody jednocześnie. Ale jest jedna rzecz którą można próbować mierzyć dość konkretnie - czas zanim pojawi się wewnętrzny sprzeciw po wypowiedzeniu afirmacji. Na początku jest natychmiastowy. Z czasem, jeśli praktyka działa, ten odstęp się wydłuża. Nie jest to metoda naukowa, ale daje jakiś punkt odniesienia który jest przynajmniej powtarzalny. Czy ktoś z was próbował tego świadomie obserwować?
A czy to nie jest trochę sprzeczne z całą ideą afirmacji? Bo jeśli jednocześnie powtarzam 'jestem pewna siebie' i w tle mam 'ale nieprawda', to które przekonanie 'wygrywa'? Czytałam gdzieś że podświadomość rejestruje jedno i drugie.
Słucham tego i myślę że mój temat w sumie dotyczy dokładnie tego. Mnie nie chodzi o aktywny sprzeciw, raczej o takie beznamiętne 'nie wiem czy to działa' które mi towarzyszy przez cały czas. Nie walczę z afirmacjami, po prostu jest mi obojętne czy działają czy nie. I zastanawiam się czy ta obojętność też jest przeszkodą, czy może jest lepsza niż aktywne wątpienie.
To jest w sumie ciekawe pytanie bo obojętność może być dwóch typów. Jedna to taka znieczulica - robię mechanicznie, nic mnie nie porusza. Druga to spokojne działanie bez przywiązania do efektu, które jest de facto stanem zalecanym w wielu praktykach. Jak to u ciebie wygląda od środka - czy to jest obojętność z rezygnacji, czy bardziej spokój?
To co opisujesz brzmi jak brak punktu odniesienia, a nie brak zaangażowania. Może pomocne byłoby ustawienie sobie jakiegoś małego, konkretnego 'testu' - nie wielkiego życiowego efektu, tylko czegoś co możesz zaobserwować w ciągu tygodnia. Na przykład czy inaczej reagujesz w sytuacji która wcześniej wywoływała jakiś dyskomfort.
Wracając do tego co pisała Bylica o Sekrecie - ten film zrobił naprawdę dużo zamieszania bo wymieszał kilka różnych tradycji i spłaszczył je do jednego przekazu. Praktyki afirmacyjne mają znacznie dłuższą historię niż New Age i nie były nigdy oparte na założeniu że wątpliwość to wróg. W różnych tradycjach mądrościowych niepewność jest wręcz stanem który poprzedza realną zmianę.
Przepraszam że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale jak w ogóle powinna wyglądać afirmacja żeby nie była tym mechanicznym powtarzaniem o którym tu piszecie? Bo czytałam różne rzeczy i jedni mówią czas teraźniejszy, inni że lepiej 'staję się', jedni że na głos, inni że pisanie ręczne jest ważne. Nie wiem od czego zacząć.
Dokładnie o to mi chodzi. Ja nie mam oporu żeby go przeskakiwać. Mam pustkę. I nie wiem czy to dobry znak czy po prostu wyłączenie się.
Czy ta pustka jest zawsze, czy pojawia się tylko przy afirmacjach? Pytam bo jeśli to szerszy stan - coś w rodzaju emocjonalnego wyciszenia - to może warto to rozpatrzeć oddzielnie od samej techniki.
To co opisujesz może być związane z czakrą solarną albo sercową - kiedy jest blokada w obszarze poczucia sprawczości, każde ćwiczenie które wymaga 'poczucia' efektu będzie lądować w tej pustce. Miałam przez jakiś czas podobnie i dopiero praca z ciałem zaczęła to ruszać. Afirmacje same z siebie nie przebiją się przez blokadę energetyczną.
A wracając do tego co pisał Alchemik60 o historii afirmacji - mam wrażenie że ten cały spór o to czy sceptycyzm szkodzi wynika właśnie z pomieszania różnych tradycji. Bo w podejściu Coué autosugestia miała działać przez powtarzanie bez emocjonalnego zaangażowania. Tam właśnie chodziło o mechaniczne, spokojne powtarzanie. Więc z tej perspektywy stan Kryski57 jest idealny, nie żaden problem.
Ale jeśli mechanizm Coué działa przez powtarzanie bez emocji, to skąd w ogóle wiadomo że cokolwiek się zmienia? Jak to mierzyć? Bo bez żadnego odczucia to trochę jak wiara w ciemno.
Mam takie głupie pytanie może - czy te afirmacje trzeba mówić na głos, czy myślenie też działa? Bo ja przez większość dnia mam w głowie różne myśli i nigdy nie wiedziałam czy to już jest coś czy nic.
No właśnie, wracam do tego co napisała Salomejka.pl na końcu - czy intencja i regularność wystarczą bez towarzyszącego przekonania. I mam poczucie że to jest sedno całego tego tematu a my trochę kręcimy wokół. Bo ja robię to regularnie, z intencją, tylko bez efektu w sensie odczucia. I nie wiem czy mam to kontynuować, zmienić podejście, czy po prostu czekać.
