Właśnie, ta 'drabinka' afirmacji ma dla mnie sens. Zaczynasz od szczebla, na który możesz bezpiecznie stanąć, a nie od razu skaczysz na dach. Ale mam pytanie: czy ktoś wie, jak długo się stoi na tym pierwszym szczeblu, zanim przejdzie do następnego? Czy to jest kwestia tygodni, miesięcy?
To co piszecie o drabince bardzo do mnie trafia. Ja przez długi czas uważałam, że nie robię afirmacji 'poprawnie', bo moje są takie małe i ostrożne. A może właśnie o to chodzi, żeby były dopasowane do miejsca, w którym się jest?
Też to czułam, że moje afirmacje są za skromne. Że powinnam mówić coś bardziej z rozmachem. A potem i tak wracałam do tych skromniejszych, bo tylko te jakoś wychodziły. Dopiero tutaj zaczynam rozumieć, że może to nie był błąd.
Dobra, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówimy o tym, że afirmacja ma być w zasięgu wiary, nie w zasięgu celu? Bo to jest dość duże odwrócenie tego, czego uczy większość podejść, które mówią: mów tak jakby już było.
To co Agatka opisuje z zamianą afirmacji finansowych na afirmacje o spokoju i stabilności jest ciekawe, bo sugeruje, że niekoniecznie trzeba uderzać wprost w temat niedostatku. Czasem obejście go przez poczucie bezpieczeństwa może być skuteczniejsze. Ktoś jeszcze próbował czegoś podobnego?
Chcę dopytać o jedną rzecz, bo pojawia się tu wątek czasu. Czy w pewnym momencie te krótkoterminowe afirmacje o 'dość na dziś' same w sobie budują coś długoterminowego, czy trzeba świadomie je rozszerzać? Bo zastanawiam się czy wystarczy po prostu kontynuować, czy trzeba aktywnie 'awansować' swoją afirmację.
myślę, że to zależy od tego, jak praktykujesz. Jeśli po prostu mechanicznie powtarzasz 'mam dość na dziś' bez żadnej refleksji, to raczej nie zbudujesz długoterminowego przekonania samo z siebie. Ale jeśli to naprawdę czujesz i wchodzi głębiej, to z czasem może się rozszerzać naturalnie. Tylko nie wiem czy tak działa u każdego.
A ja zastanawiam się czy ta 'mechaniczność' nie jest czasem ochronna. Jak mam gorszy dzień i naprawdę czuję niedostatek dosłownie w żołądku, to nie dam rady nic poczuć pozytywnie. Ale mogę powiedzieć słowa. I może to jest właśnie ta rola mechanicznego powtarzania, żeby w złe dni coś po prostu powiedzieć?
Mnie to co Wozka90 napisała uderzyło. Bo ja chyba właśnie dlatego wracałam do tych skromniejszych afirmacji, że one chociaż nie wywoływały aktywnego sprzeciwu. Nawet bez wielkiego czucia. Trochę jak przestawianie się na inne tory, powoli.
ja to odróżniam tak: jeśli opór jest jak ściana z przekonaniem 'to nieprawda i nigdy nie będzie', to za daleko. Jeśli opór jest bardziej jak 'to dziwne, nie nawykłam tak myśleć', to można przy tym zostać. Ale to moje subiektywne odczucie, nie wiem czy to działa tak samo u innych.
A mam takie podstawowe pytanie, bo nie wiem czy się mylę: czy powinno się mieć jedną afirmację i przy niej trwać, czy można mieć kilka na raz? Bo czytałam różne rzeczy i jedni mówią jedna, drudzy mówią lista.
A ja wracam do czegoś, co zostało bez odpowiedzi, mianowicie do tej kwestii zmiany afirmacji. Wozka90 napisała, że wytrwałość to kontynuowanie praktyki, a nie konkretnych słów. Ale zastanawiam się, czy za szybka zmiana nie jest przypadkiem formą ucieczki od dyskomfortu, który właśnie powinniśmy przetrzymać?
To co Agatka opisuje mi coś przypomina. Ja raz zmieniłam afirmację bo była 'za trudna', a potem przez długi czas chodziłam z poczuciem, że coś zostawiłam w połowie drogi. Nie wiem czy to była intuicja czy tylko sumienie, ale to uczucie nie odpuszczało.
To co Rozyczka77 pisze pasuje do tego, co słyszałam o pracy z przekonaniami w ogóle. Pierwsza konfrontacja z trudną afirmacją robi pewne przetarcie, choć tego nie czuć od razu. Trochę jak pierwsze wejście do zimnej wody, za drugim razem ciało jest mniej zaskoczone.
samemu można, ale warto sprawdzać każde zdanie jednym pytaniem: czy moje ciało się przy tym kurczy, czy nie? To trochę prymitywna metoda, ale u mnie działa lepiej niż analizowanie słów. Jak jest skurcz, to za duży skok. Jak jest luz albo neutralność, to można z tym pracować.
A ja mam może głupie pytanie: to czy sama metoda afirmacji w ogóle ma sens przy niedostatku? Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam wrażenie, że jest tu dużo komplikowania czegoś, co albo działa albo nie. Nie chcę podważać, tylko zastanawiam się czy nie prościej zająć się czymś konkretnym zamiast dobierać słowa.
Zgadzam się z Gustlik06, chociaż rozumiem, skąd Sebek to poczucie. Ja sama przez długi czas myślałam, że to jest ezoteryczne samookłamywanie. Dopiero jak zaczęłam traktować afirmacje jako rozmowę z własnymi przekonaniami, a nie zaklęcia na życie, to coś zaczęło się zmieniać. I wciąż nie wiem do końca czy to afirmacje, czy po prostu bardziej świadome myślenie, które do nich doszło.
to zależy, co rozumiesz przez 'działać'. Jeśli oczekujesz, że w ciągu miesiąca zmienisz głębokie przekonanie z dzieciństwa, to żadna afirmacja nie zadziała, ani mocna, ani pomostowa. Ale jeśli chodzi o to, żeby stopniowo zmieniać automatyczne myślenie, to właśnie delikatniejsze sformułowania mają większą szansę, bo nie uruchamiają natychmiastowego oporu.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie, które mi się kręci w głowie. Czy ktoś z was próbował pisać te afirmacje odręcznie, zamiast tylko powtarzać je w głowie albo na głos? Bo gdzieś słyszałam, że pisanie angażuje inaczej i że przy pracy z przekonaniami robi różnicę. Nie wiem, czy to prawda.
Wracając do tego, o czym pisała Dominiczka.ka na początku - czy afirmacje pomostowe brzmią 'za miękko'. Myślę, że to jest pułapka myślenia, że siła afirmacji zależy od jej intensywności. Tymczasem zbyt intensywna afirmacja przy poczuciu niedostatku może działać jak naciskanie na skaleczenie. Nie leczy, tylko boli.
To co Gustlik06 pyta, jest sensowne. Myślę, że ten wstęp z nazywaniem nie jest konieczny na zawsze - to raczej technika na etap, kiedy napięcie jest bardzo duże i afirmacje w ogóle nie przechodzą. Jak sytuacja trochę się stabilizuje, albo jak te pomostowe zdania przestają wywoływać opór, ten wstęp staje się zbędny. Nie ma sensu robić go mechanicznie w kółko, jeśli już nie potrzebujesz.
Zaczynam się gubić, bo mam wrażenie, że każda technika tutaj ma warunek: 'działa, ale tylko jeśli nie masz za dużego oporu'. A ja mam ten opór i właśnie dlatego tu jestem. Czy jest cokolwiek, co działa nawet przy bardzo dużym oporze, czy zawsze najpierw trzeba go zmniejszyć jakimś innym sposobem?
nie ma techniki, która omijaopór całkowicie. Różnica jest taka, że jedne techniki starają się go sforsować, a inne idą inną drogą - wokół niego. Afirmacje pomostowe to to drugie. Ale jeśli opór jest naprawdę duży, to czasem zanim w ogóle zaczniesz z afirmacjami, potrzebne jest coś, co go fizycznie rozładuje - ruch, oddech, cokolwiek co działa na ciało, nie na głowę.
Wracając do pisania odręcznego, o które pytałam wcześniej - po tej dyskusji zastanawiam się, czy połączenie pisania dwukolumnowego z tymi pomostowymi zdaniami mogłoby działać razem. Tzn. kolumna jedna to afirmacja pomostowa, kolumna dwa to co przychodzi w odpowiedzi, i tak przez kilka tygodni. Czy ktoś próbował coś takiego?
