a próbowałaś wtedy zmienić afirmację na coś mniejszego? Nie 'mam wszystkiego pod dostatkiem', tylko coś w stylu 'jestem w stanie zrobić jeden krok dziś'. Coś, na co twój umysł nie krzyczy od razu, że to nieprawda?
Właśnie się zastanawiam nad tym, co piszecie o małych krokach. Czy to znaczy, że im bardziej ktoś jest w dołku finansowym, tym bardziej musi zaczynać od mikro-afirmacji? Bo jeśli tak, to może właśnie dlatego osoby z głębokim poczuciem braku nie widzą efektów, bo próbują zacząć od razu z wielkimi stwierdzeniami.
Słucham tej rozmowy od chwili i mam wrażenie, że trochę krążymy wokół jednej kwestii. Czy afirmacja ma zmieniać coś w środku, czy ma przyciągać coś z zewnątrz? Bo jeśli to pierwsze, to mamy inne oczekiwania, inne metody, inny czas. Jeśli to drugie, to jakiś mechanizm musi istnieć. I chyba nie mamy zgody w tym wątku, o którą z tych rzeczy właściwie pytamy.
To pytanie skierowane chyba trochę do całego wątku. Sama bardzo chciałabym usłyszeć, że tak, bo moje kilka tygodni to za mało, żeby wyciągać wnioski. Ale chciałabym wiedzieć, czy ktoś miał naprawdę konkretny efekt, nie subiektywny, nie nastrój, tylko coś, co można sprawdzić.
Próbowałam odpowiedzieć na to pytanie uczciwie i nie potrafię powiedzieć, że widzę bezpośredni związek przyczynowy między afirmacjami a konkretnymi zdarzeniami. Widzę, że po pewnym czasie decyduję się na rzeczy, których wcześniej bym nie zrobiła. Ale czy to afirmacja, czy po prostu upływ czasu i zmęczenie staniem w miejscu, naprawdę nie wiem.
Mam inne pytanie, może trochę z boku, ale mi to nie daje spokoju: czy te afirmacje robione z poczucia kompletnego braku mogą coś pogorszyć? Boję się, że skupianie się bardzo intensywnie na temacie pieniędzy, nawet pozytywnie sformułowane, może tylko bardziej przykuwać uwagę do problemu.
Wozka90 pytasz, czy skupianie się na pieniądzach pogarsza sprawę... szczerze nie wiem. Ale mam wrażenie, że kiedy robię afirmacje z poczucia paniki, to jest inaczej niż kiedy robię je z jakiegoś spokojniejszego miejsca. Problem w tym, że to spokojniejsze miejsce bardzo trudno znaleźć, gdy naprawdę brakuje.
i tu właśnie jest ten paradoks, o którym chyba mało kto mówi wprost. Afirmacje mają działać najlepiej, gdy jesteś w dobrym stanie, ale sięgasz po nie właśnie wtedy, gdy w złym. To trochę jak z ćwiczeniami, które pomagają na depresję, ale depresja sprawia, że nie masz siły ćwiczyć.
A czy ktoś próbował robić afirmacje nie rano, tylko wieczorem, przed snem? Czytałam gdzieś, że umysł jest bardziej otwarty na sugestię właśnie wtedy. Ale nie wiem, czy to ma znaczenie przy takim głębokim poczuciu braku.
Wracając do tego, co powiedziała Dominiczka.ka na początku, że czuje małą zmianę wewnątrz, ale zewnętrznie nic. Zastanawiam się, czy ta zmiana wewnętrzna jest w ogóle mierzalna dla samej osoby, czy to złudzenie spokoju, które daje samo robienie czegokolwiek.
to jest uczciwa odpowiedź. I chyba właśnie dlatego tak trudno cokolwiek powiedzieć o skuteczności. Czy ta mniejsza panika w rozmowach o pieniądzach zmieniła cokolwiek w twoich decyzjach albo działaniach?
ale to jest właśnie ten mechanizm, o którym mówiłem. Zmiana w środku, potem inna decyzja. Nie magiczne pojawienie się pieniędzy, tylko inne zachowanie. Szkoda tylko, że to tak trudno zobaczyć od środka.
To co napisała Niezapominajka_68 trafia w coś prawdziwego. Chyba właśnie dlatego moje afirmacje były takie ogólne. Nie chciałam być konkretna, bo bałam się, że i tak nie wyjdzie. Tylko że w ten sposób nie wiadomo, czy wychodzi, czy nie.
ale to trochę błędne koło, nie? Boisz się konkretności, bo się boisz porażki, ale bez konkretności nie możesz stwierdzić, czy cokolwiek działa. Zastanawiam się, czy jest jakiś sposób na wyjście z tego.
Mam pytanie, które nie daje mi spokoju od jakiegoś czasu. Jeśli afirmacja jest weryfikowana i odrzucana przez mózg, to czy nie lepiej zacząć od bardzo małych kroków, na przykład od potwierdzania rzeczy, które już są prawdą? Zamiast 'jestem bogata', to 'zapłaciłam dziś rachunek'.
ale to 'trochę stabilniej stoję' to jest właśnie ten moment, o którym pisał Wozka90. Mam wrażenie, że tu mamy odpowiedź na pytanie Lunaki z kilku postów wyżej. Może afirmacje przy niedostatku są skuteczne dopiero po osiągnięciu jakiegoś minimum stabilności, a nie od samego dna?
A może ten krok naprzód niekoniecznie musi być słowny? Zastanawiam się, czy samo wykonanie jakiejś małej, konkretnej czynności nie działa na przekonania lepiej niż zdanie, które sobie powtarzamy. Takie działanie jako afirmacja.
To co pisze Salomejka.pl o uldze zamiast ironii, to chyba jest konkretne kryterium, którego mi brakowało. Do tej pory myślałam, że powinnam 'chcieć' wierzyć w afirmację. Ale ulga to coś innego, bardziej fizycznego.
Właśnie, ulga jest reakcją ciała. I to jest sygnał, że coś naprawdę przeszło, a nie tylko zostało myślowo zaakceptowane. Ciekawe czy ktoś świadomie z tego kryterium korzystał podczas układania afirmacji.
a jak to jest u ciebie z tym automatyzmem? Znaczy, pytam, bo mam podobnie, że afirmacje robiłam przy okazji innych czynności i zastanawiam się, czy to jest kwestia nawyku czy po prostu trudno się skupić, kiedy jest się w tym stanie niedostatku.
To co opisuje Dominiczka.ka z tym robieniem afirmacji 'przy rachunkach' to chyba bardzo powszechne. Sama tak miałam długo. Problemem nie jest automatyzm jako taki, tylko że wtedy afirmacja trafia na tło pełne dokładnie tych myśli, które chcemy przepisać. Efekt jest odwrotny do zamierzonego.
Tak, oddech naprawdę robi różnicę i dziękuję że to piszecie, bo sama o tym nie myślałam. Ja kiedyś zaczęłam od spaceru przed afirmacją, żeby fizycznie zmienić otoczenie. Nie wiem czy to był przypadek, ale tego dnia afirmacje pierwszy raz nie brzmiały kpiarsko.
Zaraz, zaraz. Robimy z afirmacji coraz bardziej złożony protokół: najpierw spacer, potem oddech, potem właściwa afirmacja. Na jakim etapie to przestaje być afirmacja, a zaczyna być coś innego? Bo mam wrażenie, że gubimy oryginalny temat.
Właściwie właśnie to miałam na myśli zakładając ten temat. Wszystko co czytałam o afirmacjach było napisane jakby z pozycji kogoś, kto już ma jako taką stabilność i chce poprawić nastawienie. A jak się jest w dołku, to te same instrukcje nie przystają.
To ciekawe co mówisz, bo miałam podobne odczucie czytając różne poradniki. Jakby zakładały, że czytelnik jest w stanie słuchać. A kiedy jesteś naprawdę w niedostatku, to nie słuchasz, tylko przetrwujesz.
Mam pytanie do tych, które dłużej z tym pracowały: czy w pewnym momencie afirmacje zaczęły przychodzić naturalnie, bez całego tego przygotowania? Czy zawsze potrzebujecie jakiegoś rytuału przed?
A czy ktoś próbował pisać afirmacje zamiast mówić? Czytałam gdzieś, że zapisywanie ma inny efekt niż wymawianie na głos. Zastanawiam się, czy przy silnym poczuciu niedostatku jedno działa lepiej niż drugie.
