A jak długo zazwyczaj trwa zanim ta ściskanie zaczyna być mniejsze? Pytam, bo zaczęłam coś podobnego i nie wiem czy to idzie w dobrą stronę czy stoję w miejscu.
To jest trochę niewymierne, co mówicie - nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak bardzo. Czy nie ma jakiegoś sposobu żeby to sprawdzić inaczej niż tylko czekać i obserwować? Nie pytam o gwarancje, tylko o jakiś punkt odniesienia.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, które mnie gryzie - wy mówicie o pracy z oporem, o głosach, o ciele. Ale czy nie jest tak, że przy tym wszystkim gubi się sama afirmacja? Tzn. czy nie zaczyna to być bardziej terapia niż afirmacja?
To jest dobre pytanie, Novella. I nie uważam, że granica jest taka czysta. Afirmacja, którą mówisz bez żadnego kontaktu z tym, co jest pod spodem, to trochę jak tynkowanie ściany z wilgocią. Wygląda lepiej przez chwilę. Praca z oporem nie zastępuje afirmacji - ona sprawia, że afirmacja ma w co trafić. Ale rozumiem, skąd to pytanie pochodzi. Jeśli siedzisz godzinę nad jednym zdaniem i analizujesz każde drżenie w ciele, to faktycznie możesz zgubić samą praktykę. Tu jest pytanie o proporcje, nie o to, czy jedno wyklucza drugie.
To co mówisz Wrenna bardzo mi pomaga, bo właśnie tego mi brakowało - jakiegoś konkretnego znaku, że coś się zmienia. Dziękuję za to. Mam tylko pytanie - czy ten zacisk może znikać dla jednej afirmacji, a przy następnej zaczynać się od nowa? Bo mam wrażenie, że pracuję nad jedną rzeczą, a obok czeka kolejna i kolejna.
tak, dokładnie tak to działa. Każde głębiej zakorzenione 'nie' ma własną historię i własne tempo. Nie ma przejścia przez jedno i nagle spokój ze wszystkim. To raczej jak odklejanie warstw - jedna odpada, pod nią jest kolejna. Nie jest to złą wiadomością, bo każda kolejna idzie zazwyczaj łatwiej niż pierwsza.
Przepraszam, że wchodzę w środek tej wymiany, ale mam pytanie do całej tej rozmowy o czakry i afirmacje. Czy to znaczy, że żeby afirmacje działały, to TRZEBA pracować z energią ciała? Bo jak tu czytam, to odnoszę wrażenie, że sama afirmacja to za mało. A co jeśli ktoś nie czuje się dobrze z tą częścią, nie wie jak to robić?
Mam pytanie może trochę z innej beczki - my tu mówimy o walce z zaprzeczeniami które już wypowiedzieliśmy, ale co z tymi których nie byliśmy świadomi? Tzn. co jełi to nie były nasze własne słowa ale coś co któs nam powiedział w dziecinstwie i my to przyjęliśmy bez pytania? To chyba trudniejszy przypadek?
Niekoniecznie trzeba wiedzieć skąd, żeby zacząć. Czasem ta wiedza przychodzi w trakcie pracy, a nie przed nią. Jeśli czujesz opór wobec konkretnej afirmacji, to jest wystarczający punkt wejścia. Źródło oporu można eksplorować równolegle, ale blokowanie się na tym pytaniu 'ale skąd to pochodzi' może stać się wymówką, żeby nie zaczynać.
To co Kobalt napisał o wymówce jakoś mnie dotknęło. Czy to znaczy, że część z nas nie zaczyna, bo szuka najpierw idealnego zrozumienia? Bo ja trochę tak mam - czytam, pytam, porównuję, a faktycznie ćwiczę mało.
Muszę powiedzieć, że ta rozmowa idzie w miejsce, którego się nie spodziewałem kiedy zakładałem temat. Myślałem bardziej o technicznych aspektach - jak sformułować afirmację, żeby nie wchodziła w konflikt z wcześniejszym 'nie'. A tu okazuje się, że formulacja to może najmniejszy problem. Dzięki wam za to.
Mirek84 ale może warto jednak do tego technicznego pytania wrócić? Bo nie wiem czy dostałeś odpowiedź - jak konkretnie sformułować afirmację, żeby nie walczyć z tym co wcześniej powiedziałeś? Słyszałam coś o stopniowaniu zdań, że zaczyna się od czegoś mniej ambitnego. Czy to jest ta metoda o której tu była mowa?
Novella dobrze to wyciąga. Stopniowanie to jeden ze sposobów, ale nie jedyny. Chodzi o to, żeby afirmacja nie wywoływała natychmiastowego wewnętrznego 'kłamstwo'. Jeśli przez lata mówiłeś sobie 'jestem do niczego', to zdanie 'jestem wspaniały i pełen wartości' trafi w ścianę. Ale 'jestem gotowy zobaczyć w sobie coś wartościowego' - to już mózg może przepuścić. Nie twierdzenie, tylko kierunek. To jest konkretna różnica techniczna.
'zaproszenie' to dobre słowo. Ja to czułam podobnie - jakby pytanie otwierało drzwi, a twierdzenie je zatrzaskiwało. Zaczęłam zamieniac 'jestem' na 'uczę się być' i to zrobiło różnicę. Nie od razu wielką, ale coś się poluzowało.
Dorzucę tu coś praktycznego. Pracowałem przez jakiś czas z formą pytającą zamiast twierdzącą - 'dlaczego tak łatwo mi przychodzi spokój?' albo 'skąd bierze się we mnie ta siła?'. Mózg traktuje pytanie jako zadanie do rozwiązania i zaczyna szukać odpowiedzi potwierdzających założenie w pytaniu. To nie moje odkrycie, ale sprawdziłem na sobie i przy oporze działa lepiej niż standardowe twierdzenie.
Mam pytanie do całej tej rozmowy o formy zdań. Czy to wszystko nie wymaga jakiegoś podstawowego stanu - tzn. czy nie trzeba najpierw być w miarę spokojnym żeby te metody w ogóle działały? Bo jak jestem bardzo w środku czegoś trudnego, to nie potrafię nawet usiąść i świadomie formułować zdań. Wszystko wtedy brzmi pusto.
Czytam to i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Tu dużo mówicie o odpowiednim momencie, odpowiednim sformułowaniu, odpowiednim stanie - czy w tym wszystkim nie ma pułapki, że człowiek nigdy nie zaczyna, bo zawsze jest jakiś powód żeby poczekać? Bo ja też tak mam.
Chce zapytać o jedną rzecz która mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Czy jak człowiek odkrywa takie stare zdania które ktoś mu wbudował - i to nie były jego słowa tylko cudze - to czy afirmacja może je nadpisać? Czy to w ogóle ta sama mechanika co przy własnych zaprzeczeniach?
Słuchajcie, dziękuję za tę całą rozmowę, naprawdę. Zaczęło się od mojego pytania technicznego o sformułowania, a skończyliśmy na tym skąd w ogóle biorą się te nasze zaprzeczenia. I chyba właśnie o to chodziło, bo bez tego kontekstu technika to tylko technika. Mam teraz konkretne rzeczy do wypróbowania - formę z 'wybieram', formę pytającą, kwestię progu wejścia. Zobaczymy jak to pójdzie. Jeśli wróci mi opór przy nowej afirmacji, to teraz wiem że to nie porażka tylko sygnał do eksploracji.
Czytam całą tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, które mi chodzi po głowie. Mówicie o nadpisywaniu starych przekonań afirmacjami - ale skąd wiecie, że dane przekonanie w ogóle zostało nadpisane? Czy jest jakiś sygnał, coś co czujecie, że 'to już nie działa tak jak wcześniej'? Bo ja nie wiem jak to rozpoznać.
Wracam do tego co Mirek napisał na końcu - że zaczęło się od techniki, a skończyło na kontekście. Ja mam podobne odczucie po tej rozmowie. Ale jest jedna rzecz, którą chciałbym jeszcze ruszyć. Mówimy dużo o zaprzeczeniach wypowiadanych wobec siebie, ale prawie nic o tych, które wypowiadaliśmy głośno wobec innych. Czy 'nie jestem zdolny do...' powiedziane komuś bliskiemu działa tak samo jak powiedziane tylko sobie?
Słucham tej rozmowy o relacjach i nagle mi przyszło do głowy coś innego. Czy afirmacje można stosować w odniesieniu do relacji - tzn. nie 'jestem wartościowa' ogólnie, ale coś w stylu 'ta relacja mi służy' albo 'zasługuję na dobrą relację'? I czy to nie wchodzi w konflikt z tym co wcześniej mówiłam sobie o tej konkretnej osobie?
Zaprząta mnie jedna rzecz od kilku postów. Mówicie o zaprzeczeniach jako o zdaniach - słowach. Ale ja mam takie przekonanie które w ogóle nie ma formy słownej, to bardziej... coś co czuję zanim jeszcze cokolwiek pomyślę. Coś w stylu 'nie ma sensu próbować' ale to nie jest myśl, to jakaś warstwa wcześniejsza. Czy afirmacje w ogóle sięgają do czegoś tak głębokiego?
Czytam to z dużym zainteresowaniem bo właśnie od tych głośno wypowiedzianych zaczynałem. I faktycznie, początkowo szło mi łatwiej - bo wiedziałem z czym walczę. Ale potem trafiłem na coś głębiej i nie wiedziałem już co robić. Więc może to jest jakiś etap - najpierw te nazwane, a potem docierasz do warstwy którą dopiero trzeba odkryć?
To co Mirek opisuje pasuje do mojego doświadczenia jeden do jednego. Te głośno wypowiedziane to jakby wierzchnia warstwa - łatwiej je zobaczyć, łatwiej nad nimi pracować. A potem zaczynasz się pytać czemu w ogóle je wypowiedziałeś i trafiasz na to co leży głębiej. Nie wiem czy to jest regułą dla wszystkich, ale u mnie tak działało.
Śledziłem ten wątek od dawna i mam pytanie może trochę z boku. Wy mówicie o zaprzeczeniach werbalnych - słowach które się wypowiedziało. Ale ja zauważyłem u siebie że moje najtrwalsze ograniczenia były zakodowane nie w słowach tylko w nawykach. Tzn. powtarzałem pewien schemat zachowania bez żadnego zdania na myśli. Czy afirmacje w ogóle docierają do takiej warstwy czy to zupełnie inne sposób pracy?
A czy jest jakaś zasada co do tego żeby afirmacja była krótka? Bo czytałam gdzieś że ma się mieścić w jednym zdaniu, ale nie rozumiem dlaczego to miałoby mieć znaczenie.
