Siedzę od jakiegoś czasu z jednym problemem i nie mogę się z nim uporać. Zaczynam pracować z afirmacjami, staram się regularnie, ale mam z tyłu głowy wszystkie te "nie" które sam sobie przez lata mówiłem. Nie dam rady, nie jestem wystarczający, nie zasługuję na coś dobrego. I teraz mówię sobie "jestem spokojny i pewny siebie" - i gdzieś czuję, że to nie przebija tej starej warstwy. Jakby afirmacja lądowała na betonie. Czy ktoś miał podobnie i wie, jak to obejść?
To bardzo częste i myślę, że większość osób, które zaczyna pracę z afirmacjami, przez to przechodzi. Mózg ma zakodowane stare ścieżki i nowe zdanie po prostu je nie nadpisuje z dnia na dzień. Ja zaczęłam od czegoś mniejszego - zamiast "jestem pewna siebie" mówiłam sobie "coraz bardziej poznaję własną wartość". Jakby otworzyć szczelinę, a nie wyważać drzwi. Nie wiem, czy to działa u każdego, ale u mnie ta zmiana sformułowania zrobiła różnicę.
Właśnie, kluczowe jest żeby afirmacja była w czasie teraźniejszym i bez negacji - mózg podobno nie przetwarza przeczeń, więc jeśli powiesz "nie boję się", to i tak rejestruje "boję się". Dlatego afirmacje zawsze powinny być pozytywne i twierdzące. To podstawa.
Ja mam podobne pytanie, bo słyszałam, że jeśli czakra serca jest zablokowana, to afirmacje dotyczące miłości własnej po prostu przez nią nie przechodzą. Czy to ma związek z tym, o czym mówicie? Czy te stare "nie" mogą być właśnie blokiem energetycznym, a nie tylko myślowym?
tak, to jest sedno. Afirmacja bez pracy z tym, co leży pod spodem, to trochę jak malowanie ściany bez gruntowania - po jakimś czasie wszystko odchodzi. Nie mówię, że afirmacje nie działają, bo działają, ale potrzebują gruntu. Tym gruntem może być na przykład pisanie - zamiast tylko mówić afirmację, zapisujesz ją i od razu piszesz, co się w tobie podnosi jako sprzeciw. To "tak, ale..." które pojawia się automatycznie. Jak je nazwiesz, masz z czym pracować.
Próbowałem kiedyś pracować z afirmacjami przy okazji jakiegoś rytuału oczyszczającego i zauważyłem dokładnie to, co Mirek84 opisuje. Wypowiadałem pozytywne zdania, ale w środku czułem jakiś opór, prawie fizyczny. Zacząłem wtedy najpierw głośno nazywać to stare przekonanie, uznawać że istnieje, a dopiero potem wprowadzać nowe. Coś jak: "wiem, że przez lata myślałem X, i teraz wybieram myśleć Y". Czy to ma sens, czy to tylko mój sposób?
A jak to zrobić żeby było neutralne? Bo jak sobie mówię "przez lata myślałam, że nie zasługuję na miłość" to od razu mi się robi ciężko na klatce. Nie potrafię tego powiedzieć bez emocji.
Mnie też to zastanawia. Czy w ogóle da się to przepracować samemu afirmacjami, czy to jest coś, do czego potrzeba kogoś z zewnątrz - terapeuty, energetyka, kogokolwiek?
To co Kobalt napisał o pisaniu, że zapisujesz afirmację i od razu piszesz, co się w tobie podnosi jako sprzeciw - czy robisz to codziennie? Jak długo zanim zaczęło coś zmieniać? Pytam, bo próbowałem dziennika wcześniej, ale nie wiedziałem że można to połączyć z pracą nad afirmacjami w ten sposób.
Do tej rozmowy o neutralności - jest jeszcze jedno podejście, które gdzieś czytałem i próbowałem. Chodzi o to, żeby nie walczyć ze starym przekonaniem, tylko zadać mu pytanie. Na przykład: "skąd to przekonanie przyszło?", "czy nadal jest mi potrzebne?". Nie odpowiadasz głośno, tylko siedzisz z pytaniem przez chwilę. Czasem coś odpuszcza samo, zanim w ogóle zaczniesz afirmować.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie z trochę innej strony. Czy te "nie" które wypowiadaliśmy wcześniej mają jakiś ciężar poza psychologicznym? Mam na myśli - czy wypowiedziane słowa mają energię, którą trzeba jakoś neutralizować? Słyszałam coś o tym w kontekście run, że słowo wypowiedziane głośno działa inaczej niż tylko pomyślane.
Zgadzam się z Kobaltem, chcę na razie zostać przy tym co opisałem. Ale tak między nami - to co Jaroslaw75 napisał o pytaniach do starego przekonania, to brzmi dla mnie jakoś naturalniej niż samo powtarzanie. Może dlatego, że czuję, że przynajmniej coś się dzieje, zamiast mówić w powietrze. Spróbuję połączyć oba podejścia.
tak, robię to codziennie, ale nie jakoś ceremonialnie. Siadam rano z kawą, piszę afirmację, a potem po prostu czekam chwilę i zapisuję co się pojawia. Pierwsze zauważalne różnice - że sprzeciw jest mniejszy, nie znikł, ale jest jakby cichszy - poczułem może po trzech tygodniach. Ale to nie była nagła zmiana, raczej stopniowa. I szczerze, nie wiem czy to kwestia pisania jako takiego, czy po prostu tego, że zacząłem w ogóle zauważać co się we mnie dzieje przy kontakcie z tą afirmacją.
To o czym Kobalt pisze z tym pośrednim zdaniem - to jest metoda pomostów albo stopniowania afirmacji. Spotkałam się z tym w kilku miejscach i sama tego używałam. Chodzi o to, żeby nie zmuszać się do powiedzenia czegoś, w co w ogóle nie wierzysz, bo umysł od razu to odrzuca. Zamiast skakać od 'nie zasługuję' do 'jestem wartościowa', robisz małe kroki. 'Może jest możliwe, że zasługuję'. 'Uczę się widzieć swoją wartość'. To działa wolniej, ale trwalej.
Dopiszę do tego co Kobalt powiedział, bo to mi pasuje do mojego własnego doświadczenia. Miałem afirmację, którą powtarzałem od dłuższego czasu i naprawdę nie widziałem efektów. Zmiana pojawiła się, kiedy przestałem traktować ją jako coś do 'przeforsowania' przez opór, a zacząłem traktować opór jako informację. Tzn. pytanie brzmi nie 'jak pozbyć się tego oporu', tylko 'co mi ten opór mówi o tym, gdzie jestem'.
A jak rozpoznać tę jakość? Serio pytam, bo jak mam opór, to mam opór i nie umiem powiedzieć czy to 'mały' czy 'głęboki'.
Przepraszam, że wtrącę - czytam tę rozmowę i myślę sobie, że ten opór, o którym mówicie, mógłby być właśnie czymś zablokowanym w czakrze serca albo splotu słonecznego. Bo to są centra związane z wartością własną i miłością, i jeśli są zamknięte, to dosłownie nie przepuszczają. Czy ktoś próbował robić afirmacje z jednoczesną pracą na tych czakrach, np. z kamieniami? Ciekawi mnie czy to przyspiesza.
Wracam do czegoś z wcześniejszego wątku, bo nikt nie rozwinął - Kobalt powiedział żeby nie mieszać porządków przy pracy z afirmacjami, ale mnie dalej zastanawia to o energii słowa. Nie pytam o rytuały, tylko o to czy samo wielokrotne wypowiedzenie 'nie' - przez lata - zostawia jakiś ślad, który afirmacja musi pokonać. Czy to jest tylko psychologiczne, czy coś więcej?
Właśnie sobie myślę - czy te stare 'nie' mają dla kogoś jakiś konkretny kształt? Bo u mnie to jest coś w rodzaju głosu, dosłownie słyszę jak mówię do siebie te zdania. Zastanawiam się czy to zmienia coś w podejściu do pracy z nimi - tzn. czy trzeba inaczej pracować gdy to jest bardziej 'słyszane' niż 'odczuwane'?
u mnie też był głos, i to konkretny. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że to nie jest nawet mój głos - skojarzenia prowadziły do konkretnych słów zasłyszanych w przeszłości. To zmieniło trochę perspektywę, bo zrozumiałam że to nie jest moje własne przekonanie, tylko coś przejętego. Nie wiem czy to zmienia technikę pracy, ale zmieniło moje nastawienie do tego głosu - przestałam go traktować jako siebie.
Zostanę jeszcze przy tym co Wrenna napisała o głosie - bo to mi się bardzo zgadza z własnym doświadczeniem. U mnie też w pewnym momencie wyszło, że za tym oporem stały cudze słowa. I rzeczywiście, kiedy to zobaczyłem, walka z afirmacją stała się mniej intensywna. Ale mam pytanie do Wrenny albo Kobaltu - co robić jak się wie, że głos jest cudzy, ale nadal go słyszysz? Bo samo uświadomienie to jedno, a wycieszenie tego drugiego.
To co mówicie o głosie bardzo mnie uderza, bo ja właśnie jestem w tym miejscu - słyszę go, wiem skąd pochodzi, ale nadal reaguje na niego ciałem. Jakby głowa już wiedziała, a brzuch jeszcze nie. Czy to normalne, że ta zmiana idzie etapami? Tzn. najpierw świadomość, potem emocje, a dopiero na końcu reakcja fizyczna?
Tak, to jest typowe. I właśnie dlatego sama afirmacja wypowiadana na poziomie słów często nic nie zmienia - trafia do warstwy, która już 'wie', a omija warstwę, która 'reaguje'. To jest jeden z powodów, dla których powtarzanie zdania sto razy bez żadnej pracy z ciałem czy emocją daje słabe efekty. Ciało zmienia przekonania inaczej i wolniej niż intelekt.
Mam pytanie, które może być naiwne, ale chcę zrozumieć - mówicie o pracy z ciałem przy afirmacjach. Co to właściwie znaczy konkretnie? Bo mogę sobie wyobrazić oddychanie albo ruch, ale jak to połączyć z mówieniem zdania?
Dorzucę coś od siebie, bo czytam i myślę o tym napięciu w szczęce, o którym Wrenna napisała. To jest bardzo często napięcie związane z czakrą gardła, która odpowiada za wypowiadanie swojej prawdy. Jeśli latami mówiłaś sobie 'nie', to ta czakra może być po prostu zablokowana i dosłownie nie przepuszcza nowych słów. Czy ktoś z was próbował przed afirmacjami medytacji na gardło albo pracy z niebieskim kamieniem?
Chcę się cofnąć do tego, co Mirek84 napisał wcześniej o etapach - świadomość, emocje, ciało. Bo to mi coś rozjaśniło. Zastanawiam się, czy te etapy zawsze idą w tej samej kolejności, czy u każdego jest inaczej? Bo u mnie mam wrażenie, że emocje przychodzą zanim w ogóle zdążę pomyśleć.
Bardzo dobrze. Większość ludzi to przelatuje i stwierdza, że afirmacja 'nie działa'. A to że widzisz tę reakcję, to jest właśnie punkt wejścia do pracy. Nie z afirmacją - z tym, co ona odsłoniła.
