To co Rasphul opisuje - czekanie na ciszę zamiast wypełniania - to jest chyba coś, czego bym się nie nauczyła bez tego wątku. Dziękuję, że to napisałeś, bo nigdy bym nie pomyślała, że właśnie ta umiejętność jest tu kluczowa. Mam pytanie do osób z doświadczeniem: czy jest jakaś karta, przy której ta cisza pojawia się wyjątkowo często?
Myślę, że to kwestia intencji przed sesją. Jeśli wchodzę z myślą 'chcę żeby ta osoba uwierzyła w karty' - to już jestem na przegranej pozycji. Jeśli wchodzę z myślą 'chcę zobaczyć, co karty mają do powiedzenia tej konkretnej osobie w tej konkretnej chwili' - to jest zupełnie inny punkt wyjścia. Łatwiej to powiedzieć niż zrobić, ale chyba od tej intencji trzeba zaczynać.
Wracając do tego, co Rasphul napisał na końcu - że intencja przed sesją decyduje o wszystkim. Mam z tym problem bo to brzmi trochę jak: jak wejdziesz z właściwa głową, to wszystko się ułoży. Ale co z sesjami, gdzie masz właściwą intencje, a i tak nic nie trafia? Albo gorzej - trafiasz ale sceptyk interpretuje to jako przypadek?
To 'chodzenie karty za człowiekiem' to według mnie jeden z bardziej wymownych sygnałów, że coś dotknęło właściwego miejsca. Sceptyk może racjonalizować na poziomie intelektualnym ale jeśli obraz wraca - to już działa coś innego. Nie musimy tego nazywać 'wiarą'.
Myślę, że nie chodzi o wybór karty, tylko o to, jak długo się przy niej siedzi. Jak za szybko lecisz do następnej pozycji, to nic nie zdąży się zakorzenic. Sceptyk szczególnie potrzebuje czasu - bo jego głowa pracuje inaczej, potrzebuje chwili, żeby wogóle zaczął patrzeć na kartę, a nie od razu ja analizować.
Eh, to co opisuje Kometka to ciekawy mechanizm - przejście z interpretacji na opis. Sceptyk nie może kwestionować tego, ze postać na karcie trzyma miecz. Może kwestionowac co to znaczy. I ta kolejność - najpierw co widzisz potem co to może znaczyć - chyba rzeczywiście obniża opór.
Wiesz, bardzo przepraszam, że wchodzę w ten wątek, ale to co Vladi napisał wydaje mi się kluczowe dla całego tematu. Jesli dobrze rozumiem - chodzi o to, żeby pytający sam stworzył połączenie, a nie żebyśmy mu je dawali gotowe? Czy to nie sprawia, że rola czytającego się zmienia - z interpretatora na coś w rodzaju przewodnika?
Tak właśnie to widzę od jakiegoś czasu. Szczególnie przy sceptykach - nie możesz im 'dostarczyć' interpretacji, bo to aktywuje tryb krytyczny. Ale jeśli sam dojdzie do czegoś przez obraz, to jest to jego myśl, nie twoja. I nagle karta ma sens - bo go sam znalazł.
Ale to trochę zmienia sens czytania nie? Jeśli to pytający interpretuje - to po co w ogóle czytający? Mógłby siedzieć sam i gapic się na losowe karty.
Mam wrazenie, ze wchodzimy tu w cos waznego. Czy praca ze sceptykiem nie jest po prostu innym stylem czytania - i moze warto sie zastanowic czy ten styl nie byłby lepszy dla wszystkich? Nie tylko dla tych, ktorzy nie wierza?
I właśnie tu chyba wracamy do punktu wyjścia całej tej dyskusji - że nie ma jednego sposobu na sceptyka, bo sam sceptyk nie jest jednorodny. Jeden chce debaty, drugi potrzebuje ciszy, trzeci czeka na konkrety. I może najważniejszą umiejętnością jest rozpoznanie, który typ siedzi naprzeciwko, zanim w ogóle dotkniesz kart.
Ale jak niby masz rozpoznać że za sceptycyzmem jest lęk, a nie po prostu brak wiary w karty? Bo to brzmi jak psychologizowanie na siłę. Nie każdy sceptyk jest przestraszony - niektórzy po prostu nie wierzą i tyle.
To jest ważne rozróżnienie, bo sesja z kimś, kto chce udowodnić że to bzdury, jest z definicji skazana na trudności. Ale zastanawiam się - czy nie ma sensu w takiej sytuacji po prostu zapytać wprost: 'czego oczekujesz od tego spotkania?' Nie konfrontacyjnie, ale jako punkt wyjścia.
Próbowałem tego. Czasem działa świetnie bo ktoś nagle mowi coś w stylu 'nie wiem, znajoma mnie namówiła' i od razu wiesz z czym masz do czynienia. Ale czasem pytanie o oczekiwania u sceptyka uruchamia tryb: 'no właśnie żadnych bo to nie ma sensu' i wtedy jesteś w punkcie wyjścia zanim jeszcze wyciągnąłeś karty. 😛
To pięknie powiedziane, ale czy to nie jest trochę rozmijanie się z tym, po co ktoś przyszedł? Mam na myśli - jeśli ktoś zapłacił za sesję i wychodzi bez wniosku, to czy jest zadowolony? Albo inaczej: czy wogóle wraca?
Mam pytanie do calej dyskusji bo troche zgubilem watek. Mowimy caly czas o tym, jak prowadzic sesje ze sceptykiem ale skad w ogole wiemy kiedy sesja dla sceptyka 'zadzialala'? Bo jeśli on sam nie powie, ze cos poczul, to my chyba nie mamy jak tego zmierzyc?
To mnie trochę niepokoi jako podejście, bo jak wtedy uczysz się na własnych sesjach? Jeśli nie masz żadnego sygnału zwrotnego, to nie wiesz co robiłaś dobrze, a co źle. Szczególnie z sceptykami, gdzie każda sesja jest chyba inna.
To jest bardzo dobry punkt. Ja staram się notować po sesji co zaobserwowałem podczas - nie co ktoś powiedział, ale jak reagował. Gdzie zwolnił, gdzie przyspieszył, gdzie coś zmieniło się w tonie głosu. To jest mój sygnał zwrotny, nawet jeśli ktoś nic nie powie wprost.
Czyli właściwie notujesz obserwacje behawioralne. To brzmi już bardziej jak terapia niż czytanie kart. Nie mowię że to złe - tylko zastanawiam się, gdzie tu jeszcze jest tarot, a gdzie już coś zupełnie innego. 😀
Dobra ale wróćmy do tego co mnie od początku nurtuje w tym temacie. Mówiliście duzo o tym, jak prowadzić sesję. Ale co z pierwszą minutą, kiedy sceptyk siada i ma na twarzy wypisane że jest tu tylko z grzecznosci? Jak w ogóle zaczynasz?
Na pytanie Oskara o pierwszą minutę - moim zdaniem to właśnie ona decyduje o całej sesji. Ja zazwyczaj nie zaczynam od kart. Najpierw coś powiem o tym, jak wogóle rozumiem czytanie - nie jako przepowiednię, ale jako rozmowę z własnymi pytaniami. I obserwuję, czy to coś zmienia w postawie. Jeśli ktoś siedzi z rękami skrzyżowanymi i patrzy gdzieś w bok, to mówię mniej, nie więcej. Ciszą zbudujesz więcej niż tłumaczeniem.
Ale słuchajcie czy nie idziemy za bardzo w kierunku psychologii? mam wrażenie, że od kilkudziesięciu postów rozmawiamy o obserwacji behawioralnej, o kalibracji, o sygnałach zwrotnych - a gdzie w tym jest wlaściwie tarot? Mówię serio bo zagubiłem w tym gdzieś karty.
Mam takie pytanie bo moze troche naiwne ale - czy kiedykolwiek sama karta 'zrobila robote' za was? Znaczy czy byl moment gdzie sceptyk usiadl, wyciagnal karte i cos na jej obrazie go zatrzymalo, zanim cokolwiek powiedzieliscie?
To co opisuje Vladi to brzmi pięknie, ale zastanawiam się - jak często to się zdarza? Bo mam wrażenie, że mówimy o idealnym przypadku sceptyka, który w głębi chce żeby cos zadzialało. A co z kimś, kto naprawdę przyszedł tylko po to, żeby powiedzieć znajomej 'byłam, nic nie działa'?
Mnie bardziej zastanawia inna rzecz. Mówicie o tym, żeby nie tłumaczyć za dużo, nie przekonywać, dawać przestrzeń. Ale czy to nie jest trochę sprzeczne z tym, o co Rasphul pytał na początku - jak budować wiarę w trafność czytania? Bo jeśli milczysz i czekasz, to sceptyk może wyjść z przekonaniem, że nic mu nie powiedziano.
Nokturnia trafia w coś ważnego. I chyba tu jest napięcie, które przez całą rozmowę chodzi nam po głowie. Budowanie wiary w trafność to nie to samo co przekonywanie. Przekonywanie jest aktywne i często odpycha. Trafność buduje się przez to, że coś się wydarza - a nie przez to, że ktoś ci tłumaczy dlaczego powinno się wydarzyć.
Ale jak to wygląda kiedy ktoś siedzi i na prawdę nic go nie zatrzymuje przy żadnej karcie? Czy to możliwe, że po prostu nie każda osoba będzie podatna na ten rodzaj kontaktu z obrazem?
