Serio pytam, bo nie chcę być tym gościem, który psuje zabawę. Ale skoro już tu jestem - co to zmienia, że pozycja ma nazwę "co blokuje ruch" zamiast "co mi się kojarzy z tym miejscem w układzie"? Kapłanka mogłaby wylądować tam losowo i każdy by znalazł w niej blokadę, bo tak jest zbudowana ta karta.
Powiem jak to u mnie wygląda, bo myślę, że to dotyczy też oryginalnego pytania, z którym zacząłem ten wątek. Nie rozróżniam tych dwóch rzeczy jako "technika" kontra "wiara". Robię rozkład, bo on zmusza mnie do sformułowania pytania w sposób, jakiego bym uniknął bez tej struktury. To, czy karta "coś znaczy" sama z siebie, jest dla mnie nieistotne w praktyce.
No ale to jest po prostu przyznanie, ze tarot to gloryfikowany dziennik. Nie mówię, że to złe - może i dziennik jest użyteczny - ale po co te karty, skoro wystarczyłoby napisać pytanie na kartce?
Wracając do tego, co Fortunat powiedział o Kapłance na pozycji oporu - mnie zastanawia coś innego. Kapłanka jako blokada transformacji to interpretacja bardzo specyficzna. Równie dobrze mogłaby znaczyć, że opór jest w tym przypadku mądry i warto go posłuchać. Jak doszedłeś do "blokady", a nie do "mądrości"?
Słyszę w tym co Fortunat mówi potwierdzenie moich obaw, które zgłaszałam wcześniej - że interpretacja idzie za tym, co już wiesz, nie za kartą. Jak odróżnisz moment, kiedy karta coś pokazuje, od momentu, kiedy po prostu potwierdzasz to, co już myślisz?
Śledziłem ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie do osób, które robią rozkłady regularnie. Czy zdarza się, że rozkład zrobi was bardziej zdezorientowanymi niż przed? Bo słyszę dużo o wglądzie i klarowności, ale zastanawia mnie odwrotna sytuacja.
To, co Agatka mówi o lepszym pytaniu, bardzo mi się pokrywa z tym co czytałam o transformacji jako procesie - czy jest jakoś ustalona kolejność, jak sie powinno układac rozkłady jak ktoś jest w środku zmiany, nie na poczatku? Bo nie wiem, czy nie robię ich za czesto.
Wracam do wątku Fortunata,bo cały czas mi gdzieś leży ten dodatkowy kontekst z początku - czy można robić rozkłady i lubić rytuał samego układania kart, jeśli nie wierzysz w żaden system za tym stojący? Bo to chyba jest sedno tego wątku, a trochę nam uciekło.
Właśnie. To było moje oryginalne pytanie i cieszę się, że Kachna do tego wraca. Bo przez ostatnie kilkadziesiąt postów rozmawialiśmy o interpretacji, o oporze, o losowości - ale nie o tym, czy w ogóle trzeba mieć jakieś przekonania, żeby ta praktyka miała sens. Moja odpowiedź po tej rozmowie jest taka sama jak na początku: nie trzeba. Ale słyszę tutaj różne głosy i chciałbym wiedzieć, czy ktos ma inne zdanie.
To mnie ciekawi, co Fortunat powiedział na końcu - że nie trzeba mieć przekonań, żeby praktyka miała sens. Bo to jest bardzo mocne stwierdzenie i chciałbym rozumieć, co za nim stoi. Jeśli nie wierzę ani w synchroniczność, ani w żaden system - co właściwie robię, kiedy układam karty? Bawię się?
To, co Fortunat opisuje, jest dla mnie jedną z bardziej uczciwie postawionych kwestii w tym wątku. ale mam pytanie praktyczne: jeśli ktoś robi rozkład transformacyjny bez żadnego systemu przekonań za sobą, to jak dobiera pozycje w rozkładzie? Skąd wie, że ta pozycja znaczy "co przeoczyłem", a nie coś innego? Jakiś fundament interpretacyjny musi być.
Mam wrażenie, że ta rozmowa kręci się wokół fałszywej alternatywy: albo wierzysz w system, albo robisz tylko projekcję. Ale jest trzecia opcja - używasz struktury jako pretekstu do spotkania z pytaniem, które inaczej byś odłożył. To nie jest ani magia, ani psychologia - to jest praktyka. I Fortunat, jeśli dobrze rozumiem, właśnie o tym mówi od początku.
hmm, Hela ma rację, że "pretekst" to za mało. Ale mam wrażenie, że pomija coś, co dla mnie jest ważne w kontekście transformacji - karta daje ci obraz, a nie tylko pytanie. I obraz działa inaczej niż słowo. Kiedy wychodzi mi Wieża na pozycji tego, co nadchodzi, to nie jest to samo, co napisanie "coś się zmieni". To jest inne wejście do tego samego miejsca.
