Mam pytanie, które od dłuższego czasu nie daje mi spokoju. Robię rozkłady losowe, czyli bez z góry ustalonego układu kart na konkretne pozycje, i zawsze zastanawiam się czy pierwsza wyciągnięta karta jest jakoś ważniejsza od ostatniej. Czytałem różne rzeczy i nie mogę trafić na spójną odpowiedź. Jedni mówią, że kolejność jest przypadkowa i wszystkie karty są równoważne, inni że pierwsza karta to "ton" całego rozkładu. Jak wy do tego podchodzicie?
To zależy od tego, jak rozumiesz "rozkład losowy". Bo jeśli tasując i ciągnąc karty nie masz żadnego schematu pozycji, to skąd w ogóle wiesz, gdzie zaczyna sie a gdzie kończy twój rozkład? Sama kolejność ciągnienia to jedno, ale bez przypisania znaczenia pozycjom to wszystko sprowadza się do interpretowania każdej karty z osobna. Czy masz na myśli dosłownie losowe ciągnięcie bez żadnej struktury, czy jednak jakiś luźny schemat?
Sama się nad tym zastanawiałam przy rozkładach 5-kartowych robionych bez klucza pozyjci. Mam wrażenie, że pierwsza karta rzeczywiście często wyznacza "nastrój" całego czytania, ale nie jestem pewna czy to nie jest po prostu efekt tego, że naturalnie skupiam na niej uwagę jako na pierwszej. Może to kwestia psychologii interpretatora, nie samej karty?
A moze to zalezy kto tasuje? Bo ja np. zawsze czuje ze ktoras karta "chce" sie wyciagnac i zazwyczaj lece instynktem. Czy w takim razie kolejnosc nie jest wogole przypadkowa, tylko podswiadoma? 🙂
A tu mam inne pytanie do całej dyskusji: czy ktokolwiek z was prowadzi notatki z takich losowych rozkładów i potem weryfikuje, czy karty wyciągnięte wcześniej rzeczywiście częściej się "potwierdzają"? Bo bez jakiegoś porównania to wszystko zostaje w sferze wrażeń.
Wtrącę się, bo ta dyskusja zmierza w kilku kierunkach naraz. W literaturze tarota, np. u Rachael Pollack czy w klasycznych szkołach Golden Dawn, pojęcie "rozkładu losowego" w ogóle się nie pojawia jako odrębna metoda. Każdy rozkład tradycyjnie ma przypisane pozycje i ich hierarchię narzuca schemat, nie kolejność ciągnienia. Pytanie Alembika jest więc trochę pytaniem o metodę, której tradycyjny tarot nie definiuje wprost.
Czytam tę dyskusję i nasuwa mi się pytanie: czy w modelu "strumienia narracyjnego" o którym pisze Jasnoslyszka.ka, nie jest po prostu tak, że karty budują zdanie, gdzie pierwsza jest podmiotem a ostatnia orzeczeniem? Nie mam tu teorii, tylko takie luźne skojarzenie.
Przepraszam że wchodzę, ale chciałam zapytać czy to nie zależy też od pytania? Jeśli pytasz o coś konkretnego np. "jak się potoczy ta sytuacja", to może pierwsza karta to stan obecny, a ostatnia wynik? Czy przy losowym rozkładzie w ogóle zakłada się konkretne pytanie?
Moim zdaniem to, co piszesz Alembiku, to jest właśnie pułapka rozkładów bez schematu. Bez ustalonej siatki pozycji ląduje się w sytuacji, gdzie interpretację buduje się post hoc i to interpretator decyduje, co jest ważniejsze, a nie metoda. To nie jest złe samo w sobie, ale trzeba mieć świadomość, że to ty nadajesz hierarchię, nie karty.
Ale czy to jest naprawdę "pułapka", czy może elastyczność? Bo Glozka, jak to ująłaś, trochę sugeruje, że rozkłady bez schematu są mniej wiarygodne. Tymczasem może właśnie brak sztywnej siatki pozwala na odczytanie czegoś, co by się w tejsiatce nie zmieściło?
Według mnie to sprawa prosta: pierwsza wyciągnięta karta zawsze niesie główny przekaz, reszta to uzupełnienie. Tak działają karty, bo energetycznie to, co przychodzi pierwsze, jest najsilniejsze. Kolejne karty tylko potwierdzają albo modyfikują.
Wróćmy na chwilę do tego, o czym mówiłam, że prowadze notatki. Sprawdziłam po poprzednim poście i mam 23 rozkłady pięciokartowe bez schematu. W 14 z nich karta pierwsza była tą, którą sama potem opisałam jako "kluczową" przy weryfikacji. To dużo, ale sama nie wiem, czy to nie jest efekt tego, że po prostu patrzyłam na nią pierwszą i już ją "zakotwiczyłam". Ktoś ma pomysł jak to odróżnić?
Czytam tę wymianę z Malachitką i Obserwatorką i mam pytanie do całego wątku: czy w ogóle da się to zbadać bez wpływu osoby interpretującej? Bo tarot z założenia jest subiektywny. Może próba "obiektywizacji" kolejności kart jest trochę sprzeczna z samą naturą tej metody?
Wracając do tego, co Glozka napisała o mechanice tasowania - to akurat brzmi sensownie, ale z odwrotnym wnioskiem niż zazwyczaj słyszę. Jeśli karty na górze stosu były ostatnio częściej dotykane, to może właśnie środek talii jest bardziej "neutralny" i przez to czystszy interpretacyjnie? Ktoś kiedyś tak myślał przy swoich rozkładach?
No właśnie, tasowanie właśnie po to jest. Żeby wyrównać energię. Więc po potasowaniu wszystkie karty są na równi i to, która wyjdzie pierwsza, jest po prostu odpowiedzią na pytanie zadane w danej chwili. Pierwsza wychodzi, bo jest gotowa wyjść.
Czytam tę dyskusję i przychodzi mi do głowy analogia z runami. Przy losowym ciągnięciu run z woreczka pierwsza wyciągnięta też nie jest "ważniejsza" sama w sobie, chyba że z góry ustalę, że tak bede to interpretować. Mam wrażenie, że w obu przypadkach hierarchia jest decyzją metodyczną a nie właściwością samego systemu. Czy ktoś z was kiedyś pracował i z runami, i z kartami w ten sposób?
Rozumiem to rozczarowanie, ale spróbuj spojrzeć na to inaczej. Jeśli hierarchia pochodzi od ciebie, to znaczy, że to ty tworzysz strukturę czytania świadomie. To nie jest słabość metody, to jest jej rdzeń. Przy runach nauczyłam się, że im bardziej świadomie buduję ramę interpretacyjną przed wyciągnięciem, tym bardziej spójne mam odczyty. Może to samo dotyczy twojego pytania o karty?
ehh, przepraszam że się wtrącam w ten wątek, ale chciałam zapytać Sugilitki czy przy runach też zdarza ci się, że jedna runa "wyróżnia się" mimo braku ustalonej hierarchii? Bo mnie przy kartach zdarza się, że jedna po prostu bardziej na mnie "działa" niezależnie od kolejności i nie wiem, co z tym zrobić.
Czytam tę dyskusję od początku i mam jedno pytanie: czy ktoś z was próbował robić ten sam rozkład dwa razy z tym samym pytaniem i sprawdzał, czy karty "kluczowe" wychodziły ponownie? Nie chodzi mi o powtórzenie całego układu, tylko o to, która karta się powtarza.
Właśnie ta kwestia z powtarzającą się kartą jest dla mnie nowa i bardzo mi pasuje do tego, o co pytałem na początku. Jeśli ta sama karta w różnych pozycjach daje różne odczyty, to może pozycja jednak ma znaczenie - tylko że nie wynikające z kolejności ciągnienia, ale z jakiegoś innego porządku, który sami nieświadomie nakładamy?
To, co napisał Alembik o pozycji jako osobnym czynniku od kolejności ciągnięcia, jest dla mnie kluczowe i chyba niedostatecznie wybrzmiało wcześniej w tym wątku. Bo de facto przez cały czas mieszamy dwie rzeczy: kolejność wyciągania kart i przypisane im miejsca w rozkładzie. W klasycznym keltyckim krzyżu pozycja trzecia to "podstawa", niezależnie czy wyciągnęłaś tę kartę jako trzecią czy jako pierwszą przypadkowo odwróciłaś. Pytanie Alembika dotyczyło tej pierwszej kwestii, a dyskusja głównie dotyczy drugiej.
Czekajcie, bo chyba przez cały czas zakładaliśmy że "rozkład losowy" oznacza jedno i to samo. Co dokładnie przez to rozumiesz, Alembiku? Że ciągniesz ile kart chcesz i kladziesz je w rzędzie? Że nie masz wstępnie ustalonych pozycji? Bo to dosc rzadkie podejście i może nie wszyscy rozumiemy je tak samo.
Tak, właśnie tak to robię. Ciągam kilka kart bez ustalonych z góry pozycji i potem zastanawiam się nad całością. Nie używam keltyjskiego krzyża ani żadnych stałych rozkładów, bo jeszcze nie bardzo się w nich orientuję. I dlatego właśnie zaczął mnie zastanawiać ten problem - skoro nie mam narzuconych pozycji z zewnątrz, to jedyne co mam, to kolejność wyciągnięcia. I pytałem, czy ta kolejność w ogóle coś znaczy sama w sobie.
A ile zazwyczaj kart ciągniesz w takim rozkładzie? Bo mam wrażenie, że przy trzech kartach w rzędzie to zupełnie inna sprawa niż przy sześciu czy siedmiu bez ustalonej struktury. Przy trzech jakoś naturalnie czytamy to jako "przeszłość, teraźniejszość, przyszłość" nawet jeśli nie mieliśmy takiego zamiaru. Przy większej liczbie już nie wiadomo jak to czytać bez jakiegoś klucza.
To, co Alembik opisuje, jest moim zdaniem bardzo powszechne i chyba warto się przy tym zatrzymać. Ten automatyczny schemat przeszłość-teraźniejszość-przyszłość jest tak głęboko zakorzeniony, że ludzie nakładają go na każde trzy karty niemal odruchowo. Ale skoro to się dzieje bez świadomej decyzji, to czy rozkład jest naprawdę "wolny od pozycji"? Czy może pozycje po prostu nie zostały nazwane wprost?
Wracając do tego, co pisałem wczesniej o powtarzających się kartach - Malachitka wspomniała o karcie, która wyszła raz jako trzecia, raz jako pierwsza. Ale nie odpowiedziała jeszcze na pytanie Obserwatorki, czy sens był podobny czy inny. Bardzo chciałbym to wiedzieć, bo to jest chyba najkonkretniejszy przykład z całej dyskusji.
Ta kwestia z Księżniczką Pięciokątów jest ciekawa, ale mnie bardziej interesuje coś innego. Malachitka powiedziała, że przy pierwszym rozkładzie przypisała tej karcie rolę "efektu końcowego" bo była trzecia. Ale w klasycznych ujęciach talia dworska - i Księżniczki szczególnie - odnosi się do etapu nauki, nie do efektów. Czy pozycja trzecia "wygrała" z symboliką karty, czy uzupełniła ją? To jest dla mnie sedno tego, jak pozycja działa na interpretację.
