Deklaracja była wspólnym stwierdzeniem wiary, nie formalnym cofnięciem anatemy. To jest różnica i to duża. Kościół instytucjonalny bardzo rzadko mówi wprost 'pomyliliśmy się'. Raczej mówi 'teraz lepiej rozumiemy' albo 'kontekst historyczny był inny'. Co nie zmienia faktu, że Koptowie przez wieki byli prześladowani jako heretycy na podstawie sporu, który może był sporem o terminologię.
Słucham tej rozmowy i myślę o tym, jak ogromny jest ciężar słów, które ktoś kiedyś zapisał jako obowiązujące. W tradycji runicznej mamy coś podobnego - galdr, czyli śpiewane zaklęcia, które ktoś kiedyś ustalił, i ich zmiana przez kolejne pokolenia zawsze budzi pytanie o autentyczność. Ale tam nikt nie ogłasza anatemy. I zastanawiam się, czy ten mechanizm wykluczenia przez dogmat to jest cecha chrześcijaństwa specyficznie, czy każda religia z tekstem centralnym go wytwarza.
Ale wróćcie do tego, co Arnold pisał wcześniej o formule chalcedońskiej. Dwie natury, jedna osoba, bez zmieszania i bez rozdziału. Mnie to brzmi jak filozofia, nie jak wiara. Czy zwykły wierny w V wieku rozumiał, o co w ogóle chodzi? I czy ta formuła coś mu dawała w codziennym życiu duchowym?
I tu mamy połączenie z tytułem wątku, bo zmartwychwstanie ciała to nie tylko doktryna - to coś, co zmienia praktykę wobec ciała. Jeśli ciało zmartwychwstanie, to jak traktujesz szczątki, relikwie, groby, pochówek. Jeśli zmartwychwstanie jest 'duchowe', to całe to obsługiwanie fizycznych śladów po śmierci nabiera innego sensu albo go traci. Koptowie ze swoim szybkim pochówkiem i teologią przebóstwienia mają inną intuicję niż katolicka relikwia w złotej monstrancji.
Wrócę do swojego pytania, bo nikt tak naprawdę na nie nie odpowiedział wprost. Czy ktoś z piszących tu ma jakieś osobiste odczucie co do tego, która teologia jest bliżej tego, co naprawdę się dzieje po śmierci? Nie pytam o to, kto ma rację historycznie. Pytam o coś intymniejszego.
Słuchajcie, czytam to od dłuższego czasu i mam jedno konkretne pytanie, bo mnie to teologicznie kręci: czy ktorykolwiek z tych Kościołów - koptyjski, ormiański, syryjski - ma inną teologię zmartwychwstania ciała niż Rzym, czy tylko inną chrystologię? Bo to są dwa różne poziomy i przez całą tę dyskusję mi się mieszają. Można wierzyć w zmartwychwstanie ciała i jednocześnie być monofizytą?
I właśnie tutaj jest ten moment, w którym doktryna staje się sposobem - przepraszam, staje się instrumentem - wyłączania, a nie opisywania rzeczywistości. Kiedy pytamy o zmartwychwstanie ciała, naprawdę pytamy: czyje ciało jest warte zbawienia? I w kontekście historycznym Kościołów orientalnych, które były fizycznie prześladowane, to nie jest pytanie abstrakcyjne.
I to tłumaczy też, dlaczego spory chrystologiczne były tak emocjonalne. Jeśli Chrystus miał tylko naturę boską, to jego cierpienie było pozorne - doketyzm. Jeśli cierpienie Boga jest niemożliwe, to cierpienie ludzi staje się jakoś oddzielone od sfery boskiej. A dla wspólnot, które były fizycznie niszczone, to była różnica między sensem a bezsensem ich historii.
Wróćmy do wątku, który zaczął Nekromanta, bo jest ważny. Jeśli chrystologia i eschatologia to nie to samo, to gdzie leży naprawdę punkt rozdzielenia? Bo mam wrażenie, że my przez całą tę rozmowę zakładamy, że spór chalcedoński pociągnął za sobą teologię zmartwychwstania, a może to jest założenie, które warto zakwestionować.
Słuchając tego myślę o czymś, co może być dygresją, ale chyba nie jest - w tradycjach runicznych mamy Ragnarok, który jest końcem świata i jednocześnie nowym początkiem. I też jest pytanie: co przetrwa? Ciała bogów giną, ale nowy świat wyrasta. Nigdy nie myślałam o tym jako o analogii do sporu o zmartwychwstanie ciała, ale chyba coś tu jest wspólnego - pytanie o to, co z nas zostaje.
Właśnie ta rozmowa pokazuje coś, o czym rzadko się mówi wprost: że doktryna to nie tylko zdanie teologiczne, ale też sposób - przepraszam, sposób - budowania oporu wobec zewnętrznej siły. Koptowie trzymali się swojej chrystologii przez szesnaście wieków nie dlatego, że byli uparci, ale dlatego, że była to chrystologia, która mówiła: nasze cierpienie ma znaczenie. I to jest siła, której nie da się zredukować do filozoficznej pomyłki.
I to jest odpowiedź na pytanie z tytułu - dlaczego spory chrystologiczne prawie podzieliły chrześcijaństwo na zawsze. Bo nie chodziło tylko o filozofię. Chodziło o to, czy wasza krew ma metafizyczny sens. A na to pytanie nie ma kompromisowej odpowiedzi - albo ma, albo nie ma. I żadna deklaracja ekumeniczna, nawet ta z 1988 roku, nie cofa tamtego rozdzielenia do końca.
