Chciałem otworzyć temat, który mnie od jakiegoś czasu nie daje spokoju, bo właściwie rzadko się o tym mówi wprost. Kiedy czytam o sporach wczesnochrześcijańskich, to uderza mnie jedna rzecz: cały czas chodzi o to, co tak naprawdę zmartwychwstało. Ciało? Dusza? Coś pomiędzy? I to nie jest tylko akademickie pytanie, bo odpowiedź na nie decyduje o tym, jak rozumiesz całe zbawienie. Pawłowe listy mówią o 'ciele duchowym' - i to jest pojęcie, które różne tradycje chrześcijańskie rozumiały kompletnie odmiennie. Czy Chrystus wstał fizycznie, czy jest to metafora przemiany? I dlaczego właśnie ten spór omal nie rozsadził chrześcijaństwa od środka już w pierwszych wiekach?
To jest jeden z najbardziej fundamentalnych podziałów, jakie w ogóle w tej tradycji istnieją. Pawłowe 'ciało duchowe' z Pierwszego Listu do Koryntian to coś, co egzegeci kłócą się o do dziś. Z jednej strony masz tradycję, która podkreśla cielesność zmartwychwstania - grób był pusty, rany były realne, Tomasz dotykał. Z drugiej strony już Orygenes mówił, że ciało fizyczne jest tylko powłoką, a zmartwychwstanie dotyczy czegoś głębszego. I właśnie ten Orygenes potem został potępiony, co dużo mówi o tym, jak bardzo ta kwestia była politycznie i teologicznie nabita.
I tu właśnie wchodzi ten spór, który prawie podzielił wszystko. Bo gnostycy mówili wprost: materia jest zła, ciało jest więzieniem, zbawienie to ucieczka od tego. Kościół odpowiedział kontrą - stworzenie jest dobre, ciało zostanie zbawione. Ale paradoks jest taki, że właśnie to stanowisko wymagało bardzo konkretnej odpowiedzi na pytanie: jak ciało może być zbawione skoro gnije? I odpowiedzi na to pytanie różniły się między sobą nawet wewnątrz tego, co dziś nazywamy 'ortodoksją'.
Przepraszam, może głupie pytanie, ale zawsze myślałam, że to jest proste - Jezus zmartwychwstał, koniec, dogmat. A wy teraz mówicie, że to jest sporne nawet w samym chrześcijaństwie? Jak to możliwe skoro mają jedną Biblię?
Ja to widzę trochę z innej strony. Pracując z kartami i symboliką, dużo czytałam o różnych tradycjach i mam wrażenie, że ten spór o ciało kontra dusza w chrześcijaństwie odzwierciedla coś, co pojawia się w wielu religiach. W hinduizmie masz podobne napięcie między atmanem a ciałem fizycznym, w różnych szkołach. Czy chrześcijaństwo jest w tym wyjątkowe, czy po prostu wyraziło tę samą ludzką trudność w innym języku?
Czytam to i trochę głupia jestem z tym doketyzmem. Czy możecie wyjaśnić prościej - to jest w ogóle herezja? I co to miało za konsekwencje praktyczne dla ludzi wierzących, nie tylko dla teologów?
Warto też zwrócić uwagę na to, że ten spór miał bardzo konkretne przełożenie na eucharystię. Jeśli Chrystus miał prawdziwe ciało, to 'to jest ciało moje' ma realne znaczenie. Jeśli miał tylko pozorne ciało, to eucharystia staje się symbolem symbolu. I dlatego Sobór Nicejski w 325 roku nie jest tylko sporem o Trójcę - to jest też spór o materialność zbawienia. Ariusz kwestionował boskość Chrystusa, ale pośrednio kwestionował też realność wcielenia.
Słucham tego i mam pytanie, może bardziej z perspektywy porównawczej. Czy te wczesnochrześcijańskie spory o ciało i duszę miały jakiś związek z judaizmem? Bo Jezus był Żydem, apostołowie byli Żydami, a judaizm też ma jakąś koncepcję zmartwychwstania, prawda?
Czytam tę dyskusję i coraz bardziej mam wrażenie, że ten spór do dziś nie jest zamknięty, tylko przestał być głośny. Współczesne chrześcijaństwo, szczególnie protestanckie, bardzo mocno przesuwa akcent na 'duszę nieśmiertelną', co jest bardziej platońskie niż biblijne. A z drugiej strony teolodzy tacy jak N.T. Wright od lat krzyczą, że to jest właśnie zapomnienie biblijnego przesłania - że zmartwychwstanie to miało być fizyczne, cielesne, kosmiczne wydarzenie, nie tylko 'duszyczki w niebie'. I on to mówi jako pastor anglikański, nie jako jakiś heretyk.
Myślę, że to stało się stopniowo przez liturgię pogrzebową i praktykę modlitwy za dusze. Kiedy zaczęto się modlić za 'dusze czyśćcowe', akcent przeniósł się na duszę jako coś, co wędruje i jest oceniane, a ciało zostało z tyłu jako coś, co 'wróci' kiedyś, ale właściwie nie jest centrum historii. I to jest ten paradoks - dogmat głosi zmartwychwstanie ciała, ale praktyka pobożna skupiała się na duszy. Ciekawi mnie, czy ktoś z was napotkał w jakiejś tradycji chrześcijańskiej odpowiedź, która to napięcie naprawdę rozwiązuje?
Mnie tu bardziej uderza co innego. Mówimy cały czas o teologii akademickiej, a jak to wyglądało w praktyce wierzących ludzi przez wieki? Bo mam wrażenie, że kult relikwii - kości świętych, ciał nienaruszonych - to jest właśnie ludowe, bardzo fizyczne rozumienie zmartwychwstania. Ciało świętego jest święte już teraz, nie dopiero po sądzie ostatecznym.
Ten wątek z Orygenesem jest dla mnie kluczowy w tej całej dyskusji. Człowiek, który miał chyba najgłębszą syntezę teologiczną w całej historii wczesnego chrześcijaństwa, został potępiony pośmiertnie. I jedno z głównych oskarżeń dotyczyło właśnie zmartwychwstania - że rozumiał je zbyt 'duchowo'. Czy ktoś wie, kiedy dokładnie nastąpiło to formalne potępienie i co to znaczyło dla dalszego rozwoju teologii ciała?
I tu wychodzi ta podstawowa niejednoznaczność całej tradycji. Orygenesowi odcięli głowę doktrynalnie, ale jego uczniowie w różnych przebraniach przeżyli i weszli w główny nurt. To trochę jak z gnostycyzmem - oficjalnie zwalczany, ale ile z niego weszło bocznymi drzwiami przez neoplaatonizm, przez mistyków, przez samą teologię negatywną? Mam wrażenie, że ten spór o ciało i duszę to nigdy nie był spór wygrany przez jedną stronę.
Czyli to nie jest tak, że wierni mają jedną odpowiedź, tylko kilka sprzecznych obrazów i jakoś żyją z tym jednocześnie? Pytam bo to mnie trochę uspokaja - myślałam, że to ja czegoś nie rozumiem, a tymczasem to po prostu tak jest skonstruowane.
Wróćmy do tego Chalcedonu, bo Freja_R zadała bardzo konkretne pytanie o rytuały i mi się wydaje, że tu kryje się coś ważniejszego niż tylko kwestia doktrynalna. Jeśli Kościół koptyjski odrzucił formułę chalcedońską i twierdzi, że Chrystus ma jedną naturę, to czy to znaczy, że jego ciało po zmartwychwstaniu jest rozumiane inaczej? Bo jeśli nie ma rozróżnienia na boską i ludzką naturę, to co właściwie zmartwychwstało? To pytanie nie jest retoryczne, naprawdę chciałbym żeby ktoś to rozwinął.
To jest właśnie to napięcie. Koptowie są miafizytami, czyli twierdzą, że Chrystus ma jedną naturę, ale złożoną z boskiej i ludzkiej. Nie mieszają ich tak, żeby ludzka znikła, ale też nie rozdzielają jak Chalcedon. I konsekwencja dla zmartwychwstania jest taka, że to ciało, które wstało, jest od razu i w pełni przebóstwione, nie ma etapów. Nie ma tej drogi, którą prawosławie czy katolicyzm widzą jako stopniowe. Ale czy to faktycznie przekłada się na inne rytuały pogrzebowe? To mnie samą ciekawi.
Zatrzymuję się przy tym, co Arnold napisał o szybkim pochówku i jego powiązaniu z tradycją żydowską. Bo to mnie prowadzi do pytania, które siedzi gdzieś z tyłu tej całej dyskusji. Mamy spór o ciało versus duszę w zmartwychwstaniu, ale chrześcijaństwo zaczęło się w kulturze żydowskiej, która miała bardzo konkretne wyobrażenia o tym, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Szeol, koncepcja całego człowieka jako jedności, bez dychotomii dusza-ciało. I kiedy potem weszła filozofia grecka z nieśmiertelną duszą oddzieloną od ciała, to czy to nie jest ten moment, w którym zaczął się cały ten bałagan?
I właśnie to rozminięcie jest, moim zdaniem, źródłem wszystkich późniejszych sporów. Grecy słyszeli 'ciało' i myśleli: więzienie duszy, coś gorszego, coś do porzucenia. Żyd słyszał 'ciało' i myślał: ja cały, osoba, podmiot. Paweł pisał drugie, ale wielu rozumiało pierwsze. I potem każde pokolenie teologów próbowało jakoś pogodzić te dwa słowniki, i każde z tych pogodzeń stawało się osobną szkołą myśli.
Przepraszam, może to banalne pytanie, ale czy to znaczy, że Biblia w tłumaczeniu mówi co innego niż oryginał w kwestii zmartwychwstania? Bo jeśli tak, to mam wrażenie, że całe wieki ludzi wierzyły w coś, co było po prostu błędem przekładu. To jest trochę przytłaczające.
Słucham i myślę o tym, jak podobny problem mamy w runach. Każda runa ma swoje pierwotne znaczenie w proto-germańskim, potem warstwy interpretacji w różnych tradycjach, i współczesne odczytania, które czasem są dalekie od oryginału. I nikt nie 'ma racji' w sensie absolutnym, bo każda epoka dodaje swoją warstwę. Czy z teologią chrześcijańską jest podobnie? Czy te późniejsze warstwy są błędami, czy może rozwinięciami?
I tu wracamy do tytułowego pytania o spór, który prawie podzielił chrześcijaństwo na zawsze. Bo te rozłamy - nestoriański, monofizytyzmowy, potem wielka schizma, potem reformacja - każdy z nich jest w gruncie rzeczy odpowiedzią na pytanie: kto ma prawo decydować, która warstwa interpretacji jest wiążąca? Kto ma autorytet, żeby powiedzieć 'to jest prawdziwe zmartwychwstanie, a tamto herezja'?
I właśnie w tym jest coś, czego mi w tej dyskusji brakuje: pytanie o władzę. Bo wszystkie te spory teologiczne były też sporami politycznymi. Efez w 431, Chalcedon w 451 - to były synody, gdzie cesarze wywierali presję, gdzie delegaci się przepychali, gdzie ktoś wygrywał nie dlatego, że miał rację teologicznie, ale dlatego, że miał po swojej stronie biskupa z większą diecezją. Jak oddzielić teologię od polityki w tych sporach?
To jest mocna konstatacja, że spór był nieuchronny, ale jego rozstrzygnięcie już nie. I dla mnie to tłumaczy, czemu te Kościoły, które odeszły po Chalcedonie, nie czują się jak sekty czy herezje. Koptowie, Etiopczycy, Ormianie - oni mają pełną ciągłość tradycji, własne patriarchaty, własne linie sukcesji apostolskiej. To nie są odłamy, to są alternatywne rozwinięcia tego samego pnia. I każde z nich ma swoją odpowiedź na pytanie o zmartwychwstanie ciała.
Słuchajcie, przez całą tę dyskusję wraca mi jedno pytanie, które może jest z boku, ale nie daje mi spokoju. Mówimy o różnych teologiach zmartwychwstania ciała, różnych tradycjach, sporach soborowych. Ale czy ktoś z was, osobiście, czuje, że któreś z tych rozumień jest bliższe temu, czego sami doświadczacie albo intuicyjnie się spodziewacie? Nie pytam o dogmat, pytam o coś wewnętrznego.
Pytam, bo to nie jest dla mnie abstrakcja. Kiedy robię rozkłady tarota dla siebie albo dla kogoś, kto pyta o śmierć i co po niej, to muszę gdzieś stać. I ja osobiście czuję, że ta tradycja wschodnia - zmartwychwstanie jako coś już trwającego, przebóstwienie jako proces - jest mi bliższa niż zachodnie czekanie na sąd ostateczny i fizyczne wstanie z grobu. Ale zastanawiam się, czy to nie jest tak, że wybieram to, co mi wygodne, a nie to, co jest bliżej prawdy.
Wróćmy jednak do tego, co Wrozbitka postawiła, bo to jest ważne. Pytanie o osobiste odczucie to jedno, ale ja chcę wrócić do sedna - dlaczego te spory, o których tutaj mówimy, prawie rozsadziły chrześcijaństwo? Bo Chalcedon to nie był tylko spór filozoficzny o słowa. To był moment, w którym konkretne Kościoły poczuły, że coś im zabrano. I Koptowie, i Ormianie, i Syryjczycy do dziś żyją z tym, że ich teologia została nazwana herezją przez synod, który uważają za polityczny.
To jest coś, o czym rzadko się mówi - że dialog ekumeniczny między Kościołem katolickim a koptyjskim w XX wieku doprowadził właśnie do wniosku, że Cyryl i chalcedończycy mówili o tym samym różnymi słowami. Wspólna deklaracja z 1988 roku. Więc te szesnaście wieków podziału wynikało z czego - z błędu tłumaczenia, z polityki, z wzajemnej nieufności? I co to mówi nam o naturze dogmatu?
