Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co mnie trochę gryzie przy porównywaniu różnych tradycji. Weźmy hinduizm - tam Kali, Durga, Lakszmi, Saraswati są pełnoprawnymi bóstwami z rozbudowanymi kultami, świątyniami, własną teologią. Weźmy stare wierzenia słowiańskie - mamy Mokosz, Ładę, Marzannę. A potem popatrzmy na to, co się stało z żeńskim pierwiastkiem w tradycjach abrahamowych. Maria w katolicyzmie jest czczona, ale oficjalnie nie jest boginią - Kościół bardzo pilnuje tej granicy. W protestantyzmie kult Maryi zredukowany niemal do zera. W islamie kobiecość sakralna praktycznie nieobecna w teologii głównego nurtu. Pytanie, które mnie nurtuje: czy to jest wynik jakiegoś celowego procesu teologicznego, czy raczej efekt tego, jakie kultury i społeczeństwa budowały te religie? Bo to są dwa różne mechanizmy i mają zupełnie inne implikacje dla tego, jak te tradycje traktują kobiety w ogóle.
To jest naprawdę głębokie pytanie i myślę, że nie można wybrać jednej odpowiedzi - oba mechanizmy działały jednocześnie i wzajemnie się wzmacniały. Patriarchalne struktury społeczne produkowały teologię, a teologia legitymizowała te struktury. Ale chcę dodać coś, co często jest pomijane w takich dyskusjach: żeński pierwiastek nie zniknął z tradycji abrahamowych, on został zepchnięty do podziemia. Kult Szechiny w kabale, gnostyckie Sophia, nawet kult Maryi w ludowym katolicyzmie - to są miejsca, gdzie ta energia przetrwała. Czy ktoś z was miał kontakt z tradycjami, gdzie to jest wyraźnie widoczne? Bo mnie akurat kabalistyczna Szechina bardzo mocno przemawia.
Mam zapisane w notatach coś, co kiedyś mnie uderzyło przy lekturze o gnozie. Demiurg - zły lub ograniczony stwórca materialnego świata - jest w wielu systemach gnostyckich pojęciem wyraźnie odseparowanym od Najwyższego. I właśnie Sophia, żeński aspekt boskości, jest tą, która pada, która gubi się w materii, ale też tą, przez którą przychodzi zbawienie. To jest struktura diametralnie różna od ortodoksyjnego chrześcijaństwa. Mnie ciekawi to, co powiedziała Helenka - że żeński pierwiastek przetrwał w podziemiu. Ale czy to jest dobre słowo? Może raczej przetrwał na obrzeżach, w tradycjach ludowych, w mistyce, bo tam kontrola instytucjonalna była słabsza?
Chrystianizacja Północy to rzeczywiście świetny przykład, ale powiem szczerze - wydaje mi się, że skupiamy się na chrześcijaństwie i pomijamy inne ciekawe przypadki. Co z islamem i Allatem, Al-Uzzą i Manat - trzema 'córkami Allaha' z okresu przedislamskiego? To były lokalne boginie czczone w Arabii, a ich kult był żywotny. Są wzmiankowane nawet w Koranie, w kontrowersyjnym fragmencie. Zniknęły całkowicie przy ustanawianiu surowego monoteizmu. To jest przykład jeszcze brutalniejszy niż to, co zrobiono z Freją, bo tam przynajmniej w folklorze coś przetrwało.
To sura 53 An-Nadżm, wersety dotyczące owych trzech bogiń. W tradycji muzułmańskiej funkcjonuje to jako temat bardzo wrażliwy. Część komentatorów stosuje interpretację naskh - abrogacji, czyli zastąpienia. Inni po prostu traktują ten fragment jako opis błędnych wierzeń przedislamskich, a nie jakieś oficjalne uznanie. Historia tak zwanych 'wersów szatańskich' jest w islamskiej teologii albo całkowicie odrzucana jako apokryficzna, albo traktowana jako poważny problem do przemilczenia. Dla mnie to właśnie pokazuje, jak bardzo żeński element był groźny dla kształtującego się monoteizmu - groźny na tyle, że trzeba było z tym walczyć explicite.
Słucham tej dyskusji i coś mi nie daje spokoju. Czy na pewno 'marginalizacja' to właściwe słowo dla wszystkich tych tradycji? Bo na przykład w hinduizmie mamy coś, co mogłoby wyglądać jak uznanie, ale Kali jako bogini destrukcji jest w pewnym sensie marginalizowana inaczej - poprzez zepchnięcie jej do roli 'strasznej' i 'niebezpiecznej', podczas gdy Lakszmi, cicha, domestyczna, rozdaje bogactwo i pilnuje domu. To jest inny rodzaj ograniczenia żeńskiej boskości. Jedna bogini jest czczona, bo jest bezpieczna i domowa, a ta, która jest dziką siłą, dostaje etykietę czegoś, czego lepiej się bać. Czy to jest naprawdę lepiej niż wymazanie?
Przepraszam, że wchodzę z czymś może podstawowym, ale naprawdę chcę zrozumieć. Kiedy mówicie o 'żeńskim pierwiastku' - czy to jest to samo, co boginie jako konkretne postacie, czy chodzi o coś głębszego, jakąś zasadę? Bo słyszałam, że w kabale jest coś takiego jak żeński aspekt samego Boga, nie tylko osobna bogini. Czy to jest ta Szechina, o której pisała Helenka? To jest dla mnie trochę inne niż osobna bogini.
To, co napisała Helenka o Szechinie jako nie-samodzielnej, jest ważne, ale chcę to trochę skomplikować. W warstwach ludowego żydostwa i w niektórych nurtach mistycznych Szechina bywa traktowana niemal jak osobna, autonomiczna postać, do której można się zwracać bezpośrednio. Są modlitwy adresowane do niej, są rytuały nakierowane specyficznie na nią. To trochę jak z Marią - oficjalnie tylko pośredniczka, ale w praktyce pobożności ludowej często traktowana jak bogini de facto. Czy to jest obejście systemowe, które ludzie sami wypracowali, bo potrzeba żeńskiej boskości jest tak głęboka, że przebija nawet przez dogmat?
To, co napisał Onufry, jest według mnie bardzo trafne. Sama obserwuję to we własnej rodzinie - moja babcia modli się do Maryi w sposób, który jest... no, naprawdę bardzo bezpośredni, osobisty, traktuje ją jak kogoś, kto rozumie kobiety, bo sam jest kobietą niejako. Żaden ksiądz jej tego nie nauczył. Skąd ta potrzeba bierze się tak silnie? Czy są jakieś teorie, dlaczego akurat żeński aspekt boskości jest dla ludzi tak ważny emocjonalnie?
Przy tej 'wielkiej bogini matce' muszę zabrać głos, bo to jest temat, który w środowiskach ezoterycznych jest często idealizowany, a historycznie jest dużo bardziej skomplikowany. Marija Gimbutas i jej teoria matriarchalnej Europy neolitycznej była bardzo popularna, szczególnie w ruchach neopogańskich i Wicca. Ale archeologia poszła dalej i te teorie są teraz mocno kwestionowane. To, że znajdowano figurki żeńskie, nie oznacza automatycznie dominacji kultu żeńskiego ani matriarchatu społecznego. Mam wrażenie, że neopogaństwo i New Age trochę stworzyły własną mitologię o 'złotym wieku bogini', który może nie istniał dokładnie tak, jak go sobie wyobrażamy. To nie znaczy, że tradycje żeńskiego sacrum nie istniały - istniały. Ale skala i charakter to inna kwestia.
trochę gubię się w tym co piszecie bo to dużo nowych imion i pojęć dla mnie ale jedno mnie interesuje. piszecie o tym że boginie były spychane na margines albo zamieniane w demony. ale co z Lilith? bo gdzieś czytałam że ona była taka pierwsza żona Adama zanim Ewa i że Kościół z niej zrobił potwora. to jest ten mechanizm o którym piszecie?
Czytam ten wątek od początku i jestem pod wrażeniem tej dyskusji, tyle się nauczyłam! Chcę zapytać o coś praktycznego, bo to mi chodzi po głowie. Skoro wiele tradycji wypchnęło boginie na margines, to gdzie teraz szukać tych żeńskich bóstw jeśli ktoś chce nawiązać z nimi jakiś kontakt albo po prostu oddać im cześć? Czy te boginki słowiańskie, Mokosz, Łada, są dostępne mimo że tak mało o nich wiemy? Czy brak przekazów ich osłabia jakoś?
Strzybog, to co napisałeś o szukaniu bogiń jest bardzo pomocne, dziękuję! Ale mam pytanie praktyczne - wspomniałeś o różnych tradycjach, ale która z nich jest według ciebie najbardziej dostępna dla kogoś, kto dopiero zaczyna? Bo ja słyszałam dużo o Izydie, ale też o słowiańskich boginiach jak Mokosz. I zastanawiam się, czy te tradycje da się jakoś połączyć, czy to byłoby bez sensu?
Pelciaa, szczerze - pytanie o łączenie tradycji to jest temat na oddzielny wątek, ale krótko powiem z doświadczenia: zaczynaj od jednej, nie wszystkich naraz. Ja próbowałam na początku mieszać nordycką z egipską i to był chaos. Dopiero kiedy skupiłam się na runach i tradycji nordyckiej, cokolwiek zaczęło mi się układać. Ale wracając do sedna tego wątku - mnie bardziej ciekawi, czemu boginie jak Mokosz w ogóle przetrwały, choć w szczątkowej formie. Strzybog, masz jakiś pomysł, co sprawiło, że akurat Mokosz nie zniknęła całkowicie?
Ten paradoks, który opisał Strzybog, to jest chyba jedno z centralnych pytań całego wątku. Bo jeśli bogini 'przetrwała' jako święta chrześcijańska, to kto kogo pochłonął? Mam wrażenie, że odpowiedź zależy od perspektywy - z perspektywy instytucji religijnej nastąpiło nawrócenie kultu, a z perspektywy wyznawczyni nic się nie zmieniło, bo wciąż szła do tej samej istoty, tylko z nową etykietą. I to jest właśnie to, o czym mówiła Julitka o swojej babci - ta granica między kultem Maryi a kultem bogini bywa naprawdę cienka w praktyce ludowej.
to ja mam pytanie nawiązując do Lilith bo to mi wciąż chodzi po głowie. piszecie że boginie były albo wymazywane albo zamieniane w demony. ale Lilith chyba nigdy nie była czczona jako bogini? to znaczy czy w ogóle miała swoich wyznawców zanim stała sie tym demonem, czy od początku była tylko postacią z mitu żeby coś wyjaśnić?
Mam wrażenie, że wątek trochę ześliznął się na Lilith i historyczność źródeł, a chciałem wrócić do czegoś, o czym nikt nie wspomniał. Jeśli pytamy, dlaczego tradycje marginalizują żeńskie bóstwa, to czy rozmawialiśmy o tradycjach, gdzie ta marginalizacja się nie wydarzyła - albo przynajmniej wydarzyła w mniejszym stopniu? Tantryzm i część tradycji śaktyjskich traktuje żeński pierwiastek jako ten wyższy, a Śakti jako źródło wszelkiej mocy. Śiwa bez Śakti jest jak trup - to dosłowny cytat z filozofii śaktyjskiej. Jak to wchodzi w ten schemat?
To, co napisał Strzybog o Śakti jako 'środku', jest według mnie kluczowe dla zrozumienia całego tematu. W tradycji nordyckiej mamy Fryję - i ona jest bogini, ma własną agencję, własne miejsce, własne sanktuaria. Ale kiedy patrzę na to, jak jest opisywana w Eddach, to jednak najczęściej pojawia się w kontekście relacji do Odyna, do synów, do łez po Baldrze. Jej własna perspektywa, jej własna duchowość jako coś samoistnego - tego jest mało. Więc nawet tam, gdzie boginie nie są wymazane, ich autonomia bywa opisywana przez pryzmat relacji.
Czytam od początku i jedno mi nie daje spokoju. Mówicie o marginalizacji bogiń, ale czy to jest zawsze celowe i świadome, czy może część tego wynika po prostu ze struktury społeczeństw, które te religie tworzyły? Znaczy - jeśli społeczeństwo jest patriarchalne, to jego religia też będzie, nie dlatego, że ktoś usiadł i postanowił 'wypchajmy boginie', ale dlatego, że to był naturalny oddech tej kultury. Czy to ma znaczenie dla oceny tego zjawiska?
Chcę zapytać o coś, co mnie nurtuje od jakiegoś czasu, bo to jest wątek o religiach, ale jesteśmy też na forum ezoterycznym. Czy jest jakaś różnica w tym, jak doświadcza się bogiń w tradycjach, które ich nie marginalizowały, w porównaniu do tych, które je wypchnęły? Mam na myśli - czy kiedy ktoś np. nawiązuje kontakt z Mokosz albo z Izyda, to czy ta obecność jest inna, głębsza, niż kiedy ktoś modli się do Maryi? Czy ma ktoś takie doświadczenie, że może porównać?
Do pytania Oksanki - mam wrażenie, że to, o czym mówi Gizelka, pokazuje coś istotnego dla tematu wątku. Jeśli boginie, które nie były marginalizowane, są 'dziksze' i mniej oswojone, to znaczy, że sam kult - ta wielowiekowa warstwa ludzkich projekcji i modlitw - kształtuje to, czego doświadczamy. A to z kolei sugeruje, że marginalizacja bogiń nie tylko zubożyła tradycję, ale faktycznie zmieniła to, co jest teraz dostępne duchowo. Jakbyśmy mieli dostęp do czegoś, co zostało przez wieki zamknięte w innym pomieszczeniu.
Właśnie to mnie zastanawia w tej całej dyskusji - czy marginalizacja żeńskich bóstw to nie jest po prostu skutek uboczny procesu, który dotyczył wielu innych sfer, a nie celowa akcja? Znaczy, może patriarchat nie 'walczył z boginiami', tylko patriarchat był i boginie przy okazji znikały razem z innymi żeńskimi autorytetami?
Wracam do pytania Oksanki o doświadczenie, bo mi chodzi po głowie jedna rzecz. Gizelka mówiła, że boginie nieoswojoną przez wieki kultu są 'dziksze'. Ale czy 'dzikość' to nie jest też efekt tego, że rekonstruktor przychodzi do niej bez wyuczonego języka? Tzn. nie ma gotowych formuł, więc relacja jest bardziej bezpośrednia - ale to może być cecha rekonstruktora, nie bogini.
przepraszam że pytam tak podstawowo, ale - skoro mówimy o boginiach, które 'przetrwały' jako święte albo demonizowane postacie, to co z boginiami, które po prostu zniknęły bez śladu? Czy w ogóle możemy wiedzieć, że były? Bo może ich brak to nie jest marginalizacja, tylko ich po prostu nigdy nie było tyle ile nam się wydaje?
To, co mówi Julitka, jest ważne i dotyczy też naszego głównego tematu. Jeśli boginie codzienności - domowe, płodnościowe, związane z pracą kobiet - były raczej czczone w praktykach oralnych i domowych rytuałach niż w świątyniach i tekstach, to są dla nas prawie niewidoczne. Mokosz jest wyjątkiem, bo pojawia się w źródłach pisanych. Ale ile było innych, których nie ma nawet w tych przekleństwach?
to ja mam gluipe pytanie moze ale: czy jest jakaś tradycja gdzie zanikanie bogiń szło odwrotnie? znaczy gdzie na poczatku były bardziej w tle a potem stały sie wazniejsze? bo cały czas mówimy o kierunku 'bogini znikają', ale czy było kiedyś 'boginie wracają' w obrębie tej samej tradycji?
Czytam ostatnie posty i mam wrażenie, że dotknęliśmy czegoś kluczowego - że żeńskie bóstwa mogą być szczególnie wrażliwe na społeczne warunki, bo są powiązane z sferami, które społeczeństwo reguluje najmocniej: płodnością, domem, ciałem, emocjami. Jak społeczeństwo chce kontrolować te sfery, boginie w nich zamieszkujące są pierwszym celem. Czy to brzmi zbyt schematycznie, czy ktoś widzi w tym coś realnego?
