Podoba mi się ta metafora z szyfrem. Bo runy też są w pewnym sensie zaszyfrowane - ich znaczenia są wielopoziomowe, każda runa to nie jeden symbol ale całe pole znaczeń. I Wieslaw wspominał, że wróżbita nie czytał ale miał wizję. To może szyfr nie jest w znakach, tylko te znaki otwierają coś w czytającym?
Ale Mojry u Greków to chyba coś pośredniego? Jedna przędzie, jedna mierzy, jedna tnie. To brzmi jak los z góry zaplanowany, nie energetyczne pole możliwości. Ktoś wie, jak Grecy rozumieli wolną wolę w tym kontekście?
To mnie zastanawia - jeśli wyrd wyznacza ramy, a aztecki tonalpoalli wyznacza energię dnia urodzenia, a Mojry mierzą nić - to w każdej tradycji jest jakiś margines. Los nie jest totalnodeterministyczny. Czy to znaczy, że wróżenie ma sens właśnie dlatego, że ten margines istnieje?
To się kłóci ze sobą, nie? Jeśli los jest zapisany i nieodwołalny, to po co wróżyć - i tak nic nie zmienisz. A jeśli można go zmienić, to co czytamy - coś, czego już nie będzie? Nie rozumiem jak te dwie rzeczy mogą działać razem.
To chyba najbardziej sensowne wyjaśnienie jakie tu padło. Zwoje nie są wyrokiem ani mapą przyszłości do odczytu jak GPS - są raczej opisem energii, z którą masz do czynienia. I interpretatora potrzebujesz, żeby zrozumieć, co z tym zrobić. Ale nadal mam jedno pytanie - czy w jakiejś tradycji naprawdę wierzono, że można dosłownie zobaczyć konkretne zdarzenia przyszłe, jak imię, datę, miejsce?
W tradycji wedyjskiej są opisy jogów, którzy przez ritambhara pragjna widzieli bardzo konkretnie - nie energię, ale zdarzenia. Podobne relacje mamy od sybillińskich wróżbitów w Rzymie, i od wyroczni delfickiej, gdzie przekazy bywały bardzo szczegółowe, choć wieloznaczne. Więc tak, były tradycje, które wierzyły w konkretny odczyt. Tylko że te odczyty zawsze miały tę wieloznaczność, o której mówił Herodot.
Albo wieloznaczność jest celowa. W tradycji run też to widzę - Elder Futhark nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Hagalaz może znaczyć zniszczenie, ale też oczyszczenie przed nowym. Może natura fata polega właśnie na tym, że los nigdy nie mówi wprost?
Ja miałam. Raz dostałam w rozkładzie bardzo konkretny obraz sytuacji, o której czytający nic nie wiedział. Żadnych ogólników, nazwisko, zawód, relacja. Nie pytał o szczegóły, po prostu powiedział. Czy to był zwój losu w działaniu? Nie wiem, ale projekcja tego nie wyjaśni.
To jest właśnie punkt, od którego powinniśmy zacząć rozróżnienie. W tradycji wedyjskiej rozróżnia się drishti - zdolność widzenia tego co jest, od bhavishya - widzenia tego co będzie. Większość praktyk wróżebnych, które dobrze działają, operuje na tej pierwszej. Zwój losu jako metafora może dotyczyć tylko tego, co już zostało utkane, nie tego co jeszcze jest nicią w powietrzu.
To zmienia całe rozumienie tematu, który zacząłem. Myślałem o zwojach przeznaczenia jako o gotowym skrypcie całego życia od początku do końca. A teraz wygląda na to, że różne tradycje mówią o czymś innym - o energii, ramach, już utkanych fragmentach. Nie jeden zwój, ale kilka warstw?
Moze wlasnie o to chodzi. Jak pergamin, na ktorym jedne linijki juz sa wypisane atramentem, a inne sa jeszcze tylko zarysowane olowkiem i mozna je zmazac. Aztec mial znak dnia twardo wypisany, ale dzien swierci juz nie. Nordyk mial wyrd utkany przez przodkow, ale co utka sam - to juz jego robota.
A co z horoskopem urodzeniowym w tej metaforze? Bo w astrologi tez mamy moment urodzenia jako cos sztywnegio - ale nie mowimy, ze cale zycie jest zdeterminowane, tylko ze sa tendencje i enegrie. Czy to jest to samo co azteckie znaki dnia?
Słucham tej dyskusji i mam takie naiwne pytanie może - czy w którychś z tych tradycji był jakiś sposób, żeby zmienić to, co zapisane? Aztekowie mogli wybrać inne imię, żeby przepisać zły znak? Wikingowie mogli coś zrobić z wyrd? Bo jeśli tak, to te zwoje nie są tak niezmienne jak myślałam.
