Ostatnio czytałem o azteckich kapłanach, którzy podobno mieli specjalne zwoje z zapisanymi losami ludzi - coś w rodzaju kalendarza przeznaczenia. Ale nie tylko Aztekowie mieli takie wyobrażenie. U Normanów były Norny tkające nici losu, w Grecji Mojry, w Rzymie Parki. Ciekawi mnie, czy to tylko metafora, czy te kultury naprawdę wierzyły, że istnieje coś fizycznego - jakiś zapis, zwój, tkanina, w której zawarty jest czyjś los? I czy można było ten los odczytać, zmienić, przerwać? Czy ktoś wie, jak to wyglądało w praktyce, bo znalazłem sprzeczne informacje. Jedne źródła piszą, że los był niezmienny, inne że rytuały mogły go modyfikować.
U Normanów to nie była tylko metafora, spokojnie. Norny przy studni Urðr dosłownie wycinały runy w drewnie i tkały płótno. To miało być coś absolutnie konkretnego w ich wyobraźni religijnej. Ale żeby to zrozumieć, trzeba rozróżnić wydr, skuld i werdandi - przeszłość, teraźniejszość i to co się staje. Jedna z interpretacji jest taka, że los nie był zamkniętym skryptem, tylko aktywnym procesem. Runy jako wróżba nie były odczytaniem gotowego scenariusza, tylko próbą wglądu w ten żywy splot. Pytanie do ciebie - te azteckie zwoje, o których piszesz, jak się nazywały? Bo Tonalamatl kojarzy mi się z czymś innym niż dosłowny los jednostki.
Dobre pytanie, Helenka. Część źródeł z okresu kolonialnego - głównie Sahagún - sugeruje, że tonalpouhqui to był wyspecjalizowany rzemieślnik losu, że tak to ujmę. Uczył się latami interpretacji splotów kalendarzy, nie tyle wpadał w trans co rozumiał skomplikowany system korelacji. Natomiast przy samym obrzędzie narodzin - rozkładał zwój na ziemi, wymieniał imiona dni, i to był akt bardzo rytualny, z kadzidłem, z wypowiadanymi formułami. Więc coś pomiędzy tymi dwoma skrajnościami. Mnie bardziej zastanawia to, o czym Bronek wspomniał - zmienność losu. Czy Aztekowie wierzyli, że zły znak można 'poprawić' rytuałem?
Bronek, to akurat jest miarodajne. Przesunięcie ceremonii imiennictwa to potwierdzony mechanizm. Ale idąc dalej - podobny schemat masz w Indiach wedyjskich, gdzie jyotish, czyli astrologia wedyjska, do dziś przewiduje niekorzystne chwile i oferuje upayi, czyli środki zaradcze. Korekta losu przez obrzęd. To nie jest specyficznie azteckie myślenie, to jest coś znacznie głębszego - założenie, że los jest zapisany, ale nie ostateczny, dopóki nie zostanie aktywowany odpowiednim momentem. Zastanawia mnie, czy to jest wspólne dziedzictwo archaicznej magii, czy podobne rozwiązanie tego samego problemu egzystencjalnego, wypracowane niezależnie.
Przepraszam, że wchodzę z głupim pytaniem, ale chcę dobrze zrozumieć. Czy te nordyckie runy jako wróżba to jest to samo, co karty tarota? Że odczytujesz stan rzeczy, a nie wyrok? Bo nigdy nie byłam pewna tej różnicy.
A ja mam inne pytanie - te greckie Mojry, te co przędły i odcinały nić życia - to była tylko alegoria czy Grecy naprawdę odprawiali jakieś obrzędy z nimi związane? Bo słyszałam, że składano im ofiary, ale nie wiem, co to miało oznaczać. Czy można było prosić Mojry o zmianę losu?
Ten wątek o Zeusie i Sarpedonie jest dla mnie bardzo wymowny. Czytałam Iliadę na studiach i ten moment zawsze robił na mnie wrażenie. Los stoi ponad bogami, przynajmniej u Homera. Ale potem jest Pindar i Ajschylos i to się trochę komplikuje. Mam wrażenie, że Grecy w różnych epokach inaczej rozumieli granicę między przeznaczeniem a wolą bogów. Nie wiem, czy można mówić o jednym 'greckim' podejściu do losu.
A ja mam takie pytanie może trochę z boku - skoro we wszystkich tych tradycjach los daje się przynajmniej częściowo odczytać, to jak te systemy tłumaczyły błędy wróżbiarzy? Bo przecież nikt nie trafiał zawsze. Jeśli los jest zapisany i odczytywalny, to dlaczego wróżbici się mylili? Tonalpouhqui chyba nie zawsze miał rację?
Bardzo dobre pytanie i muszę przyznać, że nie znam odpowiedzi do końca. W systemach greckich była reputacja - wyrocznia, która chybiała zbyt często, traciła pielgrzymów. Ale Delfy słynęły też z odpowiedzi celowo wieloznacznych, co było wbudowanym zabezpieczeniem. Mam wrażenie, że Aztekowie mieli podobny mechanizm - tonalpouhqui działał w konkretnej wspólnocie i jego reputacja była jego kapitałem społecznym. Ale czy Bronek albo ktoś inny ma dane o tym, jak to faktycznie weryfikowano?
A właściwie to mam takie pytanie do całego wątku - my cały czas mówimy o odczytywaniu losu, ale czy w którymś z tych systemów było coś w rodzaju przepisywania losu? Nie korygowania drobnych szczegółów jak te azteckie przesunięcia imienin, ale naprawdę zmiany toku przeznaczenia? Bo to chyba inna liga.
Przepraszam, że znowu pytam o podstawy, ale - kiedy mówicie 'nordyckie źródła są niespójne', to znaczy że ludzie którzy to pisali sami w to różnie wierzyli, czy że po prostu mamy za mało tekstów?
To mnie uderza, że prawie wszystkie te systemy mają ten sam problem - dotarły do nas przez ludzi, którzy już w to nie wierzyli albo wierzyli inaczej. Czy to nie stawia nas w sytuacji, gdzie właściwie nigdy nie wiemy, czy rozmawiamy o oryginalnej tradycji czy o jej późnej interpretacji?
A wracając do tych Mojr, bo trochę ten wątek zaginął - Arat mówił, że nie można było ich prosić o zmianę losu, można tylko prosić żeby był lekki. Ale czytałam gdzieś o rytuale, w którym kobiety przynosiły dary Mojrom przy porodzie. Czy to nie jest właśnie prośba o konkretny los? Czy to coś innego?
A czy te dary i ofiary dla Mojr to były kobiety składające, czy kapłanki? Bo zastanawiam się, czy to było coś prywatnego, domowego, czy wymagało pośrednika. Bo w Biblii modlitwa jest bezpośrednia, nie potrzebujesz kapłana do każdej rozmowy z Bogiem. A tu jak to wyglądało?
Jak słucham tej dyskusji to zastanawiam się - czy we wszystkich tych tradycjach był jakiś odpowiednik tego azteckiego przesuwania daty? Tzn. jakis rytuał albo gest ktory mówił 'to co zapisane przekierowujemy formalnie'? Bo Aztekowie mieli to bardzo dosłownie. A u Normanow albo Greko czy bylo cos takiego konkretnego?
Ale to trochę brzmi jakby różnica była tylko techniczna, nie filozoficzna. Aztec mówi: zmieniam datę ceremonii. Normanin pisze runę. Grek składa ofiarę. Wszyscy robią coś, żeby los był inny albo lepszy. Czy to nie znaczy, że każda z tych tradycji wierzyła w głębi, że los jednak nie jest w stu procentach zamknięty?
Wiesław to świetnie ujął. I właśnie dlatego pytanie Bronka z początku wątku o fizyczne istnienie zwojów jest ważniejsze niż się wydaje. Jeśli zwój jest metaforą splotu przyczynowości, to każde twoje działanie go współtworzy. Jeśli jest dosłownym zapisem - masz paradoks Edypa. Te tradycje niekoniecznie rozstrzygały ten dylemat, żyły w nim.
To co napisał Krysztal na końcu poprzedniej strony - że pytanie o fizyczne istnienie zwojów jest ważniejsze niż się wydaje - to właśnie ja miałem na myśli zaczynając ten temat. Czy ktoś może mi powiedzieć wprost: w którymkolwiek z tych systemów mówiono dosłownie, że gdzieś istnieje zapisany tekst z twoim życiem? Nie metafora, nie splot przyczynowości, ale właśnie zwój, księga, coś konkretnego?
Wracając do pytania Bronka - myślę że jedyną tradycją, gdzie zwój jest naprawdę dosłowny i osobisty, jest akasha w hinduskiej i teozoficznej myśli. Kroniki Akaszy to dosłownie zapis każdej myśli, słowa i czynu każdej istoty, przechowywany w subtelnym wymiarze. I co ważne - można je odczytać. Różne szkoły mówią, że przez głęboką medytację lub pracę z jasnowidzącym. To jest najbliżej tego, co Bronek opisał jako 'fizyczny zwój'.
A czy ktoś może mi powiedzieć - jak to się ma do tego, co Mojry tkają? Bo Norny tkają, Mojry przędą - to jest bardzo podobny obraz. Czy to znaczy że Grecy i Nordycy mieli podobną koncepcję, tylko różne boginie?
Ale z drugiej strony, jeśli ta metafora pojawia się niezależnie w kulturach, które nie miały ze sobą kontaktu, to chyba coś w niej musi być. Nie mówię, że musi być dosłowna, ale może wskazuje na coś realnego - że los naprawdę ma jakąś strukturę, którą człowiek intuicyjnie wyczuwa i opisuje przez to, co zna. Tkanina to dobra metafora splotu przyczynowości, bo splot jest właśnie wielokierunkowy.
Ja bym wrucił do tego azteckiego systemu, bo tam mnie coś nurtuje. Mowili ze tonalpouhqui odczytywal znaki z daty urodzenia - ale czy on cos robil z tym zwojami fizycznie, czy to bylo tylko w jego głowie? Bo jezeli mial fizyczne mapy, kalendarze - to to jest dosłowny zwoj, mozna go zobaczyc, doknac. Czy te kodeksy, co ocalaly, to wlasnie takie zwoje?
To coś nowego - czyli Aztekowie mieli dosłowne fizyczne zwoje z mapą losów, tylko że nie 'Bronek ma dostać pracę', ale raczej 'ten dzień ma taką energię i kto się w nim rodzi, ten ma takie cechy'. To trochę jak astrologia, nie?
Ale jeśli zwój jest pusty bez interpretatora, to skąd bierze się trafność? Jeśli to tylko interpretacja, to dlaczego czasem jest tak precyzyjna? Tego nigdy nie rozumiem w tych dyskusjach - albo jest jakaś informacja w systemie, albo cały efekt jest przypadkowy. Czy jest trzecia opcja?
To jest sedno całego pytania o zwoje i fata, jeśli dobrze rozumiem. Czy informacja jest w nośniku - zwoju, kartach, gwiazdach - czy w człowieku, który to czyta? Bo jeśli w człowieku, to zwoje są tylko pretekstem. A jeśli w nośniku, to skąd się tam wzięła?
A może to nie chodzi o wiedzę techniczną, tylko o rodzaj wrażliwości? Znam kilka osób, które nauczyły się tarotowych znaczeń na pamięć i nadal nic nie czytają trafnie. I znam kogoś, kto dopiero zaczyna i już coś w tym widzi. Skąd ta różnica?
Wychodzi na to, że w każdej tradycji mamy dwa elementy - sam zapis losu i kogoś, kto potrafi go odczytać. To trochę jak pismo klinowe - jest, ale bez tłumacza nic z niego nie wychodzi. Czy to znaczy, że los jest zaszyfrowany?
