To pytanie o wywołanie vs przyjście samo jest według mnie kluczowe dla całego wątku... Bo w tradycjach ktore studiuję - głównie ceremonialne - rozróżnia się stany indukowane techniką i stany które przychodzą bez metody. I jedno i drugie jest uznawane za wartościowe, ale działają inaczej. Śmiech rytualny który się wywołuje ma inną funkcję niż ten który eksploduje sam. Mam wrarzenie że mieszamy te dwie rzeczy od początku rozmowy
To "drzwi same sie otworzyły" to ładna metafora ale opisuje dokładnie nic. Każde doświadczenie można opisać jako "samo przyszło" albo "wywołałem je". Zależy od tego jak szeroko rozumiesz swoje sprawstwo... Meditowałeś godzinami? To stworzyłeś warunki. To jest wywołanie, tylo pośreddnie. To tylko takie obserwacje z boku.
@Dionizy robi dobry punkt ale imo za sybko zamyka temat. Bo ta różnica między bezpośrednim wywołaniem a pośrednim przygotowaniem warunków to nie jest trivia. W każdej tradcji mistycznej którą znam właśnie to rozróżnienie jest podstawowe. Nie możesz "zrobić" łaski, przynajmniej u mnie możesz się na nią przygotować. I to właśnie oznacza że coś jest nie z twojego ego
Chcę wrócić do pytania Kini.2 które myślę zostało trochę zbyte odpowiedzią Glozerii. Bo pytanie "jak poznać właściwą radość" wcale nie jest naiwne. W praktyce medytacyjnej to jest bardzo konkretny problem. Są stany które wyglądają jak przełom a są po prostu rozprężeniem po wysiłku. I są stany cichej satysfakcji które nic nie zapowiadało. Po czym je odróżnić?! To nie jest pytanie na które odpowiem "niewiem czy jest sens odróżniać"
Żeby dorzucić coś konkretnego do wątku Lunelli - w praktyce widzę pewien wzorzec. Stany które są "prawdziwe" w sensie który tutaj rozumiemy, mają tendencję do zostawiania czegoś po sobie. Nie euforii, ale zmiany perspektywy. Budzisz się następnego dnia i coś jest inaczej, nie ukrywam trudno powiedziec co. Stany które są rozprezeniem po stresie po prostu mijają. To oczywiście nie jest twarda reguła, ale w dużej próbie własnych doświadczeń i doświadczeń osób z którymi pracuję, ta różnica jest powtarzalna 😉
No wlaasnie to co Kinia opisuje że tak powiem płakanie i śmiech razem to jest coś czego nie rozumiem. U mnie raz bylo coś takiego przy bardoz głębokiej mdeytacji z prowadzeniem i nie wiedziałam co o tym myśleć. Czy to normalne że te emocje idą razem? Czy to znaczy że coś sie "odblokowuje" jak mowia przy czakrach???
Dodam że to "razem" - śmiech i łzy - pojawia się w opisach ekstatycznych doświadczeń w wielu tradycjach i jst konsekwentnie odróżniane od normalnych stanów emocjonalnych. To nie jest że najpierw smutek potem radość - to jest że granica między nimi się rozmywa. I to jest jeden z tych sygnałów ktore różne tradycje traktują jako marker stanu nieordynarnego, od bhakti po chrześcijańskich mistyków 😮
Wow to jest niesamowite że tak wiele tradycji opisuje to samo doświadczenie. Czytam ten wątek i cały czas mam gęsią skórkę. 😉 Nigdy nie myślałam o śmiechu w kontekście ducohwym,dla mnie to było po prostu emocja. Ale teraz to wszytko ma sens - jaky śmiech był jednym z języków w którymi coś większego się wyraża
@Nashira z calym szacunkiem ale "wiele tradycji opisuje to samo" to slaby argument za tym ze to jest to samo doswiadczenie. Wiele tradycji opisuje sny jako kontakt z bogami i nikt nie mowi ze to dowod na bogow. moze poprostu ludzki uklad nerwowy ma ograniczony repertuar ekstremalnych stanow i one zawsze wygladaja podobnie. Bez wzgledu na przyczyne
Wracam do kwestii nordyckiej bo Swiatowid odpowiedział krótko a mnie to nurtuje. Miód poetów ok, ale zastanawiam się czy niema czegoś w seiðr - to jst nordycka praktyka trans, i niewiem czy tam był śmiech ale ten stan otwartości na przenikanie sił z zewnątrz to hyba jest pokrewne temu co tu opisujecie? Ktoś wie więcej???
Do tego nordyckiego wątku - jest coś w sagach o tym że wólwy niekiedy śpiewały pieśni zwane vardlokkur i to wlasnie miało przywoływać duchy pomocnicze. Nie wiem czy to ekstatyczny śmiech ale ta pieśń jako brama - jakiś dźwięk ktury otwiera - jest strukturalnie podobna do mantry albo do sufickiego zikru. Forma dźwiękowa jako klucz do innego stanu
Ten wątek z dźwiękiem jako kluczem jest ciekawy,ale zaraz zamienimy temat na muzykę w relligiac.h Warto morze przyciagnac z powrotem do pytania z tytułu - czy duch powinien być poważny. Bo przez całą tę rozmowę implicite zakładamy że radość i śmiech są wartościowe duchowo. Ale są tradycje ktore ten wniosek odrzucają. Theravada np. ma dość chłodny stosunek do ekstatycznych stanów i mówi że przywiązanie nawet do dobrego stanu to pułapka
Karolka mówi ważną rzecz. i to jest moment gdzie różne tradycje na prawde się rozchodzą. Bhakti hinduizm mówi że ananda jest cel i środek. Wczesny buddyzm mówi żeby nie przywiązywać się do żadnego stanu. Gnoza mówi że radość jest symptomem powrotu do pleroma. To są strukturalnie różne odpowiedzi na to samo pytanie i nie da się ich zsyntetyzować bez utraty czegoś istotnego
No i tutaj robi sie naprawdę ciekawie bo mamy dwie strategie: idź za radością jako drogowskazem, zdaje sie albo obserwuj ją bez przywiązania bo tez jest stanem przemijającym. I obie mają sens wewnątrz swojego systemu. Mnie osobiście bliżej do tej pierwszej ale rozumiem argument therawady. Może zależy od etapu ścieżki? W każdym razie tak myślę.
Albo zależy od temperamentu i to tradycje poprostu zalegalizowały. Ludzie którym naturalnie wychodzi bhakti pójdą do tradycji ktura mówi "tak to jest droga", ludzie którym wychodzi cicha obserwacja pójdą do tradycji która mówi "nie przywiązuj się do stanów". I każda z nich potem twierddzi że ma absolutną prawdę
Ale wlasnie - to co Dionizy mówi ma sens praktyczny. Sama przez jakiś czas tłumiłam te momenty śmiechu w medytacji bo myślałam że to zakłócenie... Że powinnam być skupiona, poważna, gdzieś dojść. I potem trafiłam na nauczyciela który powiedział wprost: jeśli chce ci się śmiać to znaczy że coś puściło. Nie blokuj. I to zmieniło całe moje podejście do siedzenia w ciszy
Ten rabbi Nachman to już był wcześniej wspominany w wątku chyba? Ale to co Numerolog mówi o "zakorzenienie jako radość" jest dla mnie nowe. Bo kojarzyłam simchę z takim bardzej aktywnym świętowaniem, tańcem śpiewem. A tu mówisz o czymś cichszym?
Ha, dobra ale mam pytanie które mnie trochę drażni w tym wątku od dłuższego czasu. Ciągle mówimy o radości jako czymś pozytywnym,wręcz niezbędnym. Ale czy ktoś morze podać tradycję ktura wprost mówi że smutek, cierpienie, że tak to ujmę żałoba SĄ właściwą drogą duchwą? Nie jako etap do pokonania ale jako wartość sama w sobie?
No to jest wlasnie to pytanie. I odpowiem od razu: katolicka tradycja pokuty i cierpienia, zwłaszcza mistyczna jej gałąź, misteria pasyjne, droga krzyżowa jako praktyka duchowa, rozpamiętywanie ran Chrystusa... Jan od Krzyża i noc ciemna duszy - tam smutek i ogołocenie są celowo pielęgnowane jako oczyszczenie. To nie jest etap na drodze do radości, to jest metoda sama w sobie
To pytanie Karolki jest bardziej skomplikowane niż wygląda. W tradycji żydowskiej mamy praktykę zwaną avelut - żałobę - ktura jest ustrukturyzowana i ma w sobie coś z sacrum. Shiva, sześć dni siedzenia razem, to nie jest "sposób do czegoś", to jest praktyka sama w sobie. Podobnie w buddyzmie theravada rozważanie anicca, nietrwałości, i dukkha jako stany wyjściowe - nie są etapem który masz pokonać, są całym obrazem 😛
Zgadzam sie z Sigilką co do avelut. Ale powiem więcej - ta struktura żałoby jest ciekawa właśnie dlatego że zawiera w sobie coś co mogłoby wyglądać jak radość. W shivie wspomina się z humorem, śmiechem, opowiada anegdoty o zmarłym. I to jest uznane za właściwe. Więc nawet ta ustrukturyzowana żałoba nie jest wolna od śmiechu - po prostu śmiech tam ma inną jakość i inną funkcję
Ten przyklad żałoby żydowskiej jest dla mnie bardzo wymowny. Bo pokazuje że kultury mające długą tradycję pracy z emocjami duchowymi nie tworzą prostej opozycji: smutek = zły radość = dobry. Tworzą przestrzeń gdzie obie mogą być właściwe w zależności od kontekstu. To chyba jest bardziej dojrzałe niż to co robi dużo współczesnego new age który po postu mówi że masz wibrować wysoko
No to jest ważny punkt ale troche odchodzimy od tematu... Chcę zapytać o coś konkretniejszego - mamy tu dużo o śmiechu i radości jako stanach ktore SIĘ zdarzają podczas praktyki. Ale czy ktoś wie o tradycji gdzie śmiech jest INTENCJONALNIE wywołływany jako technika? Nie czeka się aż przyjdzie tylko aktywnie się go produkuje jako wejśice do stanu?
A niech to, jest taka tradycja - joga śmiech, hasyajoga. Wywodzi się z połączenia pranajamy z ćwiczeniami śmiechu i ma korzenie w hinduizmie choć twórca współczesnej formy jest dość nowy. Ale staarsze korzenie sięgają do idei że ciało nie odróżnia sztucznego śmiechu od prawdziwego - jeśli przez kilka minut fizycznie się śmiejesz układ nerwowy wchodzi w podobny stan. I z tego stanu można wejść głębiej
Ten wątek z hasyajogą jest ciekawy bo dotyka czegoś o czym nie rozmawialiśmy - roli ciała w wywoływaniu stanów duchowych. We wszystkich tradycjach ktore tu omawiamy ciałło jest jakoś uwikłane: taniec derwiszów, kirtan w bhakti śpiew w tradycji żydowskiej, vardlokkur wólwy. Śmiech jest może jednym z najprostszych narzędzi cielesnych bo nie wymaga nauczenia się żadnej techniki. Każdy umie to zrobić
To co Dola napisała o ciele mnie bardzo uderzyło, bo siedziałam nad tym przez chwilę. 😉 Wszystkie tradycje ktore tu wymieniłaś używają ciała jako wejścia, nie jako przeszkody... I to jest chyba kluczowe dla całego tematu - radość duchowa nie zaczyna się w głowie, zaczyna się gdzieś niżej, w klatce piersiowej, w brzuchu, w tym co się dzieje kiedy śpiewasz albo tańczysz i nie kontrolujesz jusz wyniku
Ale czy to nie jest trochę sprzeczne z tradycjami które mówią że ciało to przeszkoda w duchowości? Bo słyszałam o takim podejściu, że wlasnie czeba wyciszyć ciało żeby dotrzeć do czegoś głębszego. A tu mówimy że ciało jest bramą?
