Wracam jeszcze do wątku meteorytów, bo Rysiek pytał wcześniej konkretnie i chcę do tego dodać coś od strony historycznej. Meteoryty były uważane za święte w wielu kulturach - Kaaba w Mekce, żelazo meteorytyczne w Egipcie zwane 'metalem nieba' - i zawsze towarzyszyło im przekonanie, że przyniosły ze sobą coś spoza porządku świata. To jest chyba archetypowy przykład doświadczenia empirycznego, które tworzy dogmat: 'ten kamień przyszedł z nieba, więc jest święty'. Obserwacja jako punkt wyjścia sacrum.
Słucham tej rozmowy o meteorytach i myślę o jednej rzeczy - jak to możliwe, że tak bardzo różne kultury, oddzielone od siebie, dochodziły do podobnych wniosków o świętości tego, co spada z nieba? To nie może być przypadek i nie może być tylko dogmat, bo te kultury nie miały jak sobie przekazać tego dogmatu. Czy to nie jest właśnie ten argument za tym, że jakieś doświadczenie empiryczne musiało być wspólne?
To, o czym Onyksowa mówi - te momenty niedopasowania - mnie bardzo uderza w kontekście słowiańskim. Bo wołchwowie, o których już wspominałem, nie mieli spisanego kanonu do porównania. Pracowali z przyrodą, ze znakami, z losem w sensie dosłownym - łosoś pływający pod prąd, kierunek lotu kruka. I kiedy znaki były sprzeczne, co wtedy? Zastanawiam się, czy nie właśnie wtedy dochodziło do czegoś naprawdę twórczego - nowej interpretacji, nowego dogmatu w zalążku.
Radomir podciągnął wątek, który mnie bardzo interesuje. Te sprzeczne znaki w tradycjach wróżbiarskich to nie jest wyjątek, to jest reguła. W augurach rzymskich był nawet cały protokół na wypadek sprzecznych auspicjów - i co ciekawe, rozstrzygał to autorytet, nie logika. Starszy augur miał prawo przeważyć interpretację. To znowu wraca do tego, co Czarnobog mówił o dogmacie jako skrystalizowanym doświadczeniu zbiorowym - wspólnota rozstrzyga, kiedy jednostkowe doświadczenie jest 'prawdziwe'.
Myślę sobie, że to co Pelagiusza opisuje z wygnaniem babilońskim to jest właśnie to, o czym myślałam przy meteorytach - że pewne doświadczenia są tak mocno skupione, tak niemożliwe do zignorowania, że tradycja po prostu musi je wchłonąć albo pęknąć. I może właśnie to jest kryterium, którego szukamy? Nie każde doświadczenie weryfikuje dogmat, tylko takie, które jest zbyt wielkie, żeby je odrzucić.
Chcę tu dorzucić coś do tego, co Czarnobog powiedział, bo myślę, że jest jedna rzecz, która przynajmniej zbliża różne tradycje do wspólnego kryterium. To jest transformacja podmiotu. Doświadczenie, które naprawdę weryfikuje - niezależnie czy mówimy o wróżbiarzu syberyjskim, o sufi, o kabaliście - zmienia tego, kto go doświadcza. Nie chodzi o 'dowód', chodzi o to, że po tym człowiek jest inny. I to jest powtarzalne i obserwowalne przez wspólnotę.
Właściwie to pytanie Jarosława jest jednym z najstarszych w tradycji tantrycznej - jak rozróżnić prawdziwe przebudzenie od zwykłego emocjonalnego wstrząsu? Tam odpowiedź jest taka, że prawdziwa transformacja ma kierunek - prowadzi ku większej jasności i mniejszemu przywiązaniu do ego. Ale przyznajmy, że to też jest kryterium wewnętrzne, które zakłada już określoną wizję tego, dokąd prowadzi duchowy rozwój.
Słucham tej dyskusji o kryterium transformacji i muszę zapytać coś praktycznego, bo trochę gubię wątek. Czy wy uważacie, że wróżbici w starożytności - augurowie, wołchwowie, astrolodzy - sami przechodzili przez taką transformację kiedy wróżyli? Czy to był raczej zawód, rzemiosło, które wykonywali niezależnie od własnych przeżyć?
Słucham tego i myślę, że Onyksowa trafia w coś ważnego dla całego tematu. Ten paradoks - system jako droga, ale wyjście poza system jako dotknięcie tego, co realne - to jest może właśnie odpowiedź na pytanie tytułowe. Doświadczenie numinicznego nie potwierdza dogmatu, ono raczej ujawnia, gdzie dogmat jest za ciasny. Ale żeby to zobaczyć, musisz najpierw dogmat mieć.
Wracam do sedna pytania, które sam postawiłem na początku, bo myślę, że rozmowa dotarła do punktu, w którym można je inaczej sformułować. Zaczynałem od tego, czy doświadczenie numinicznego potwierdza dogmaty. Teraz po tym wszystkim myślę, że właściwsze pytanie brzmi: czy doświadczenie i dogmat w ogóle działają na tej samej osi. Wołchw czytający znaki na wodzie nie był sprawdzaczem teorii - był uczestnikiem dialogu z tym, co niewidoczne. I może właśnie to jest odpowiedź - doświadczenie nie potwierdza dogmatu, bo jest od dogmatu wcześniejsze.
Radomir to bardzo ładnie ujął i od strony tradycji żydowskiej mogę dodać, że właśnie ta sekwencja - najpierw doświadczenie, potem doktryna - jest widoczna w historii proroctwa. Prorocy nie wychodzili od teologii, żeby potem mieć wizje. Mieli wizje, które potem wymuszały przeformułowanie teologii. Problem z dogmatem polega na tym, że jest zapisaną pamięcią o cudzym doświadczeniu. Czy moje doświadczenie może zweryfikować cudze - to jest naprawdę otwarte pytanie.
Przepraszam, że wchodzę z takim prostym pytaniem po tej całej dyskusji, ale właśnie próbuję to ogarnąć od zera. Czy wy mówicie, że doświadczenie numinicznego zawsze jest jakoś potem 'tłumaczone' przez tradycję, w której się jest? Bo jak tak, to co z ludźmi, którzy mają takie przeżycia całkowicie poza jakąkolwiek tradycją - np. w przyrodzie, bez żadnego religijnego kontekstu?
