to pytanie o bęben mi zostało w głowie. bo jeśli to nie jest tylko rekwizyt to co sprawia... że ten konkretny bęben jest "szamański"? to jak jest zrobiony, z czego, czy sam szaman go zrobił, czy intencja... co to właściwie czyni go sposóbm do podróży a nie zwykłym instrumentem perkusyjnym?
Zgoda, to jest bardzo mocne pytanie i myślę że odpowiedź leży gdzieś w kilku warstwach naraz. po pierwsze materiał - w wielu tradycjach bęben jest robiony ze skóry konkretnego zwierzęcia, które ma swoją moc i swój duch, koń, renifer, niedźwiedź. to nie jest obojętne. po drugie proces robienia - to jest rytuał sam w sobie, z pieśniami, ofiarami, wyborem drewna. i po trzecie właśnie ta intencja i relacja szamana z bębnem. słyszałam że w jakuckiej tradycji bęben jest dosłownie uważany za żywą istotę, za partnera szamana, nie za przedmiot
hej a co to znaczy ze bebn jets "zywa istota"? to znaczy ze ma dusze czy cos? bo troche dziwnie to brzmi, beben z drewna i skory...
Załóżmy, ale czy ten bęben naprawdę "robi coś" jak szaman gra, czy to jest bardziej psychologiczny efekt rytmu na mózg? bo wiem że rytm ok 4-7 uderzeń na sekundę wpływa na fale theta i to jest udokumentowane neurologicznie. może to tylko to, nie żaden duch bębna
dokładnie to samo można powiedzieć o głodzeniu, hiperwentylacji, wirujących derwiszach - to wszystko ma podłoże fizjologiczne i jednocześnie jest częścią praktyki duchowej. te dwie rzeczy nie są sprzeczne. mnie bardziej intryguje pytanie co szaman robi z tym stanem kiedy już go osiągnie bo sam stan theta to jeszcze nie podróż
no i tak, właśnie, bo można wejść w trans i siedzieć. a szaman ma cel, ma mapę, wie dokąd idzie i po co. to chyba jest klucz - nie sam instrument ani nawet nie sam stan, ale to wyćwiczone "wiedzieć co robić" kiedy już jesteś po drugiej stronie. jak ta mapa wygląda i skąd szaman ją zna?
tę mapę przekazuje mistrz, najczęściej drogą bezpośrednią, nie przez teksty. w tradycji jest cały korpus wiedzy o tym jak wygląda niższy świat, środkowy, górny, kto tam mieszka, jak się poruszać, czego unikać. to nie jest improwizacja. 🙂 i to właśnie odróżnia szamana który przeszedł inicjację od kogoś kto po prostu leży i słucha bębna
no i tu wracamy do tematu tych weekendowych kursów który wcześniej urwał nam się w połowie. bo jak ta wiedza jest przekazywana przez mistrza przez lata i jest konkretna i strukturalna, to czego właściwie uczą na tych warsztatach? bo jak w dwa dni można komuś dać tę mapę?
i tu mam inne pytanie - czy w takim razie ten ktoś po weekendowym warsztacie może sobie zaszkodzić? bo skoro prawdziwa podróż szamańska wymaga lat przygotowania i jest ryzykowna, to co się dzieje jak ktoś bez tej wiedzy zacznie na własną rękę próbować naprawde zejść głębiej?!
to mnie też niepokoi i trochę wraca do tego co rozmawialiśmy o mojej osobie z rodziny. bo ta osoba nigdy nie była na żadnym kursie, nic z tego, a mimo to coś przeżyła co wygląda na spontaniczne... no, wejście w ten stan. 😀 i teraz nie wiem czy to jest cos naturalnego co sie zdarzało zawsze i medycyna to po prostu inaczej klasyfikuje, czy to jest faktycznie coś niepokojącego
a czy jest jakis sposob zeby pomoc komus kto przeszedl cos takiego sie "zakorzenić"? bo czytałam ze w tradycjach szamanskich jest dużo rytuałów związanych z ziemia, z ciałem, z powrotem do siebie. czy to ma sens jako praktyka dla kogoś po takim doswiadczeniu
tak, jest cała praca z zakorzenem, fizyczność, kontakt z naturą, jedzenie, dotyk, zmysły. to sie stosuje tez w terapii somatycznej. ale jak ktoś przezywa wyrazny kryzys to naprawdę najpierw specjalista który rozumie oba języki, i medyczny i duchowy, zanim sie robi samemu jakies rytualy. nie chce straczyc ale to wazne
mam pytanie które trochę zmienia kierunek ale mnie siedzi od jakiegoś czasu w tej dyskusji - rozmawiamy o szamanie który wędruje żeby pomóc innym. ale co on z tej wędrówki czerpie dla siebie? czy to jest czysto służebna rola czy jest też coś co on dostaje, jakiś własny rozwój, własna transformacja?
Porządne pytanie, bo z tego co czytałem to inicjacja szamańska jest dosłownie śmiercią i narodzinami na nowo. szaman nie jest już tym samym człowiekiem po przejściu przez chorobę inicjacyjną. więc chyba ta transformacja jest wbudowana w samą rolę, nie jest dodatkiem. pytanie czy potem każda podróż też coś mu daje czy to już jest bardziej praca
i to jest bardzo spójne z tym co etnografowie opisują - szaman w wielu społecznościach syberyjskich żyje na obrzeżach dosłownie i symbolicznie. jego chata jest na skraju wsi. on ma dostęp do obu światów wlasnie dlatego że nie jest w pełni ani tu ani tam. to jego siła i jego przekleństwo jednocześnie
to ciekawe co Feliks napisał o tej chacie na skraju wsi, bo ta metafora "ani tu ani tam" pojawia się naprawdę w bardzo różnych tradycjach. medium w spirytyzmie, widzący w kulturach afrykańskich, nawet wieszcz w słowiańszczyźnie. wszyscy jakoś na granicy. ale czy to jest cena którą trzeba zapłacić, czy raczej efekt uboczny? bo chyba różnica jest istotna
ale chwila, bo to brzmi jakby bycie szamanem było skazane na jakąś egzystencjalną samotność z automatu. a czy są tradycje gdzie jest inaczej? gdzie szaman jest bardziej... zintegrowany ze wspólnotą, nie wypchnięty za jej granicę?
Właśnie... Eliade dostaje tu i ówdzie po uszach w nowszej etnologii że za mocno zbudował jeden model na bazie głównie materiału syberyjskiego i centralnoazjatyckiego i potem przykładał go wszędzie. co nie znaczy że się mylił we wszystkim ale ta figura marginalności może być jego interpretacją bardziej niż faktem
A propos, tego co Pelagiusza pisała o funkcjonowaniu, bo to mi nie daje spokoju w kontekście tej osoby z mojej rodziny. ona funkcjonuje, tak, ale jest jakby z jedną nogą gdzie indziej cały czas. i pytanie które mi się nasuwa: czy w tych tradycjach gdzie szaman jest bardziej zintegrowany, jest jakaś konkretna praktyka która go "trzyma" po obu stronach jednocześnie? coś co robi regularnie żeby nie odleciał?
a czy te codzienne rytuały kotwiczące można praktykować bez całego kontekstu inicjacyjnego? bo czytałam o praktykach uziemiania w szamanizmie rdzennych Amerykanów i chciałam spróbować czegoś podobnego ale nie wiem czy to ma sens bez tego całego tła
Niech będzie, ale skoro wyszło na to niebezpieczeństwo niekontrolowanego wchodzenia w stany odmienne, to chcę zapytać konkretnie: co się może złego stać? bo rozmawiamy o tym dość abstrakcyjnie, ale jakie są realne ryzykowne scenariusze? bo może jestem naiwny ale trochę mi to brzmi jakby straszono bez konkretu
to co Pelagiusza pisze o granicach to jest chyba kluczowe słowo w całym szamanizmie w ogóle. cała ta tradycja jest o przekraczaniu i utrzymywaniu granic jednocześnie. szaman wchodzi, ale wraca. podróżuje ale wie skąd jest. i może wlaśnie dlatego inicjacja jest tak długa, bo to jest uczenie się tej granicy od środka, nie z opisu
kurcze to co Willowa powiedziała o wchodzeniu i wracaniu, to mi przypomina jedną historię którą słyszałam od kobiety która spędziła dwa lata ucząc się u szamanki w Tuwie. mówiła ze przez pierwszych kilka miesięcy mistrzyni w ogóle jej nie pozwalała na żadne podróże. tylko sprzątanie, gotowanie, zbieranie ziół, słuchanie. i że to było frustrujące ale ze potem rozumiała po co. bo najpierw musisz wiedzieć dokąd wracasz, żeby w ogóle gdzieś iść
hej, trochę z boku ale chciałem zapytać o coś praktycznego w kontekście tej rozmowy. wszyscy mówicie o szamanie jako o kimś kto podróżuje dla innych żeby komuś cos przynieść, kogoś uzdrowić. ale jak wygląda ta podróż w sensie dosłownym? szaman leży, siedzi, tańczy? bo różnie to widziałem na filmach i filmach dokumentalnych i nie wiem co jest czym
Spoko i to jest ciekawe ze ciało jest środkiem, bo w większości mistycznych tradycji ciało jest albo przeszkodą do pokonania albo czymś do zdyscyplinowania. a tu jest jakby partnerem, wektorem. bez ciała ta podróż po prostu nie może się odbyć. to trochę zmienia perspektywę na to co w ogóle rozumiemy przez "duchowość poza ciałem"
właściwie to mnie zastanawia jedno, może głupie pytanie, ale czy jest coś co szaman po powrocie fizycznie odczuwa? czy jest zmęczony, czy ma jakieś doznania cielesne? bo skoro ciało jest tym wektorem jak Sydka pisze, to powinno też coś z tej podróży zapamiętać
ojoj, ale to wyczerpanie i bóle można tłumaczyć samym stanem transowym, intensywnym oddechem, napięciem mięśni. nie trzeba od razu odwoływać się do czegoś metafizycznego. to że ciało reaguje na intensywny stan psychofizyczny to akurat w pełni zrozumiałe bez żadnej nadprzyrodzoności
