No niech ci będzie, to ciekawe że w tej rozmowie coraz wyraźniej wychodzi napięcie między tym co jest do opisania a tym co jest do przeżycia. jakby szamanizm był jednocześnie systemem, praktyką i stanem - i żadna z tych warstw nie zastępuje pozostałych. ciało jako wektor to nie metafora, to dosłowne, bez ciała w konkretnym miejscu, z konkretnym rytmem, ta podróż po prostu nie ma gdzie się zaczepić. czy ktoś wie jak to wygląda u szamanów którzy praktykują w izolacji, bez wspólnoty i bez ucznia? bo cały czas mówimy o kontekście grupowym, rytuale, ceremonii
pytanie Sydki o izolację jest dobre. bo w sumie przez całą tę dyskusję zakładamy że szaman działa w społeczności, jest dla kogoś, wraca do kogoś. ale przecież są tradycje pustelnicze, eremickie. i w szamanizmie też chyba coś takiego się zdarza? znam z literatury przypadki szamanów mongolskich którzy przez lata praktykowali zupełnie sami po rozpadzie swojej wspólnoty, i to jakby nie niszczyło praktyki, a w pewnym sensie ją pogłębiało. chociaż może ich definicja "powrotu" po prostu się zmieniła - wracali do siebie zamiast do grupy
