Chciałem poruszyć coś, co mnie od jakiegoś czasu chodzi po głowie i nie daję rady znaleźć dobrego opracowania po polsku. Chodzi o to, co szamani różnych tradycji rozumieją pod pojęciem "wędrówki duszy" - i nie mówię tu o śmierci, tylko o tych transowych podróżach między światami które szaman robi za życia, często w rytuale. Syberyjczycy mają swoje schematy, Tuvańczycy, Mongołowie, ale też Amazończycy z tym swoim ayahuaska - i to co mnie uderza, to że struktura tej podróży jest zaskakująco podobna. Góra, środek, dół. Drzewo albo oś. Przewodnik. Przeszkody w drodze. Ktoś tu jest z tym bardziej obeznany?
No właśnie to jest ta rzecz, która mnie zawsze elektryzuje w szamanizmie. Ta pionowa oś - Axis Mundi - to nie jest metafora, to dla szamana dosłowna mapa przestrzeni. Mircea Eliade opisał to bardzo dokładnie w "Szamanizmie i archaicznych technikach ekstazy" i zanim ktoś powie że to sucha akademia, to mówię z własnego doświadczenia - kiedy wchodzisz w głębszą medytację bębnem, ta struktura sama się wyłania. Trzy poziomy świata to nie przypadek w tak wielu kulturach. Może zapytam inaczej: czy wy czujecie różnicę między podróżą do górnego i dolnego świata? Bo to nie jest ta sama jakość energetyczna wcale.
Zaraz zaraz, bo mam wrażenie że trochę mieszamy ze sobą dwie różne rzeczy. Bo "wędrówka duszy szamana" to jedno, ale czy to znaczy że dusza dosłownie opuszcza ciało, czy to jest bardziej stan świadomości, wizja? Bo już czytałam różne wersje i jedne źródła mówią że szaman naprawdę podróżuje astralnie, inne że to tylko metafora dla głębokiego transu. Jak wy to rozumiecie?
Miałam kiedyś sesję z bębnem, prowadziła ją kobieta, która uczyła się u jednego z tuwańskich szamanów, i ona właśnie kładła duży nacisk na to co opisuje Pelagiusza - że to nie jest "tylko" trans. Mówiła, ze szaman musi dosłownie wiedzieć gdzie jest w każdej chwili podróży. Nie dryfuje, on nawiguje. I to mnie jakoś bardzo głęboko trafiło wtedy. Sama czułam podczas tej sesji, że schodzę w dół, wyraźnie, jakby grawitacja zamieniła kierunek. Nie wiem jak to wytłumaczyć inaczej niż że było to bardzo realne.
Nie chcę psuć dyskusji, ale to mnie zawsze zastanawia: skąd wiadomo, że ten "dolny świat" szamana z Syberii i ten z Amazonii to to samo miejsce? Może to zupełnie inne doświadczenia, a nam się tylko wydaje, że są podobne bo obie kultury używają metafory góry i dołu? To dosyć naturalne dla każdego człowieka, bo i tak żyjemy między niebem a ziemią.
Mnie bardziej chodzi o ten aspekt energetyczny bo to co Feliks opisuje - tę spójność między tradycjami - ja łącze z tym że szaman porusza się po tych samych kanałach energetycznych co istnieją niezależnie od kultury. To troche jak meridany w akupunkturze, nikt ich nie wymyslil, one sa. Pytanie do Pelagiuszy - mowisz o jakości energetycznej górnego i dolnego świata. Jak to opisać tym którzy nie mieli takiego doświadczenia?
Czytam ten wątek i mam pytanie może trochę z boku ale wydaje mi sie powiązane - te podróże szamana to on robi sam czy zawsze z przewodnikiem-duchem? Bo gdzies czytalem ze bez swojego duchy opiekuńczego szaman w ogole nie może wędrować bo to niebezpieczne, albo jakos gubi drogę. Czy to jest zasada we wszystkich tradycjach?!
o matko to jest super ciekawy temat!! mam pytanie - czy te "zwierzęta mocy" które szaman spotyka w podróży to to samo co totemiczne zwierzęta o których czytałam gdzie indziej? Czy to inna kategoria?
To nie jest do końca to samo, Mistralia. Totem jest bardziej zbiorowy, przynależy do klanu czy rodu, a nie do konkretnej osoby. Zwierzę mocy szamana jest osobiste i jest nabyte w doświadczeniu inicjacyjnym albo w czasie choroby inicjacyjnej. Ale owszem, granica jest płynna i różne kultury to różnie rozumieją więc nie ma jednej odpowiedzi.
Tak jest, ta "choroba inicjacyjna" to bardzo ciekawy wątek. bo w tradycji syberyjskiej szamanem nie zostajesz przez wybór, tylko przez chorobę albo kryzys psychiczny, który w kulturze zachodniej pewnie skończyłby się psychiatrykiem. I dopiero gdy uczysz się te doświadczenia oswajać i nimi "zarządzać" - stajesz się szamanem. Ciekawe jak bardzo to różni się od modelu, gdzie ktoś po prostu decyduje "będę szamanem" i chodzi na kursy.
To co mówisz, Oliwierka, to jest jeden z najważniejszych motywów inicjacyjnych - "rozbiórka i złożenie". Mircea Eliade znowu, ale też późniejsi badacze jak Harner. W wielu tradycjach szaman dosłownie widzi jak duchy rozbierają go na kości, oczyszczają i budują na nowo z innych materiałów. Kości mają wyjątkowe znaczenie bo to co trwałe po śmierci. I ten przyszły szaman wychodzi z tego doświadczenia jako ktoś kto "zna drogę" bo ją już przeszedł przez własne umieranie symboliczne. Stąd ta moc do prowadzenia innych.
Zaraz, to znaczy że takie doświadczenia mogą się zdarzać spontanicznie bez żadnego rytuału? Bo to co opisuje Pelagiusza brzmi jak coś, co zdarza się ludziom w bardzo ciężkich kryzysach psychicznych albo nawet podczas NDE. Myślisz że jest jakiś związek?
Tylko że to jest trochę ryzykowna teza, bo zaraz się robi z każdego kryzysu mistyczna inicjacja szamańska, a to nie jest takie proste. Nie każdy kto miał NDE albo załamanie nerwowe staje się szamanem ani nie zyskuje żadnej "mocy". Większość po prostu wraca do zwykłego życia albo wychodzi z tego z traumą. Więc co by odróżniało prawdziwą inicjację od przypadkowego wejścia w alter ego stanu świadomości?
Wracając do początku dyskusji - mnie bardzo zajmuje ta temat energetyczna która Chiromantka poruszyła. Jeśli szaman porusza się między światami, to co w tym czasie dzieje się z jego ciałem fizycznym? Słyszałam że w niektórych tradycjach ciało jest "pilnowane" przez pomocników, że nie może być zostawione bez opieki, bo inny duch mógłby je zająć. czy ktoś wie jak to wygląda w konkretnych tradycjach, na przykład tunguzańskiej albo jakuckiej?
Sydka, to bardzo dobre pytanie i mało kto o tym mówi wprost. W tradycji tunguzyjskiej jest coś co można przetłumaczyć mniej więcej jako "ochroniarz ciała" - to duch, który zostaje przy ciele kiedy szaman wyrusza. Bez tego ciało jest podatne, jakby otwarte. Ale w jakuckich relacjach, które czytałam, jest też opis że sama bębniarze wokół szamana tworzą taką energetyczną barierę - dźwięk bębna to nie tylko pojazd dla podróżującego, to też ochrona dla tego co zostaje.
hej, bo nie rozumiem jednej rzeczy - jak to jets ze szaman wyjeżdża duszą ale zostaje ciałem, to co dokładnie wyjeżdża? Bo dusza to jedno słowo, ale przeciez w róznych tradycjach mówia ze czlowiek ma kilka dusz albo kilka części, nie? to która z tych czesci wędruje a która siedzi
dobra ale ta koncepcja kilku dusz to jest specyfika syberyjska czy jest gdzie indziej też? bo mi sie wydaje ze w Europie zawsze mówiono o jednej duszy, no, no i tyle
Nieprawda, Swietowit. Starożytni Egipcjanie mieli Ka i Ba, Grecy mieli psyche i pneumę, Hebrajczycy nefesz i ruach, to są rozne aspekty duszy. Nawet w chrześcijaństwie masz duszę i ducha osobno, trylogię ciało-dusza-duch. Koncepcja jednej niepodzielnej duszy to raczej efekt długiego procesu teologicznego ujednolicania, nie punkt wyjścia.
własnie to! i jak sie nad tym zastanowic to ta "wolna dusza" o ktorej mowi Nekromantka ma chyba odpowiednik w tym co my nazywamy ciałem astralnym albo sobowtórem eterycznym. ta czesc ktora potrafi sie odlaczyc i poruszac niezależnie. szaman ma po prostu wytrenowana te zdolnosc do swiadomego wychodzenia, nie robi tego przypadkowo jak przy snach
Właśnie o tym mówiła mi ta kobieta z Tuwy, o której wspominałam wcześniej. Że różnica między szamanem a zwykłym człowiekiem nie polega na tym, że szaman ma jakąś specjalną duszę, tylko ze wie co robi kiedyy wędruje. Porównywała to do chodzenia po lesie w nocy - każdy moze wyjść, ale jak nie znasz drogi to się zgubisz albo coś cię zaatakuje. Szaman zna drogę, ma latarkę i wie kogo się bać.
Dionizy ma rację w kwestii praktycznej, ale warto też dodać, że sami badacze jak Stanislav Grof całe życie pracowali nad tym żeby rozróżniać kryzysy duchowe od patologii. On nazywał to "kryzys duchowy" i twierdził, że część tego co diagnozujemy jako psychozę to są nieudane inicjacje szamańskie w ludziach bez żadnej kulturowej mapy. Sam fakt że nie masz tradycji i mentora nie znaczy że doświadczenie nie jest realne.
no ale wracając do samych podróży - mnie ciekawi ten aspekt który Sydka poruszyła z tym ciałem które "zostaje". słyszałam że w niektórych tradycjach jak szaman siedzi w transie to jego ciało robi pewne automatyczne rzeczy - wydaje dźwięki, porusza się, jakby samo oddychało w innym rytmie. to znaczy że ciało też jakoś uczestniczy w podróży, nie jest tylko bezwładną powloką?
właśnie to miałam na myśli. bo jeśli ciało jest aktywne w czasie podróży - śpiewa, bębni, reaguje - to może ta granica między "tu" a "tam" nie jest taka ostra jak myślimy. może szaman jest jednocześnie w obu miejscach, a nie dosłownie "wychodzi" jak się wyjeżdża na wakacje
o wlasnie chciałam spytać! bo jak szaman wraca z podróży to skąd wie że wrócił dobrze? że nie zgubił po drodze jakiejś części siebie? bo czytałam o czymś co się chyba nazywa utrata duszy i to miało być bardzo poważna sprawa
no dobra ale mam wrażenie że trochę idealizujemy tego szamana jako kogoś kto zawsze wie co robi i ma nad wszystkim kontrolę. a przecież w tych samych tradycjach są opisy szamanów którzy się "zgubili", którzy przestali odróżniać światy, którzy utknęli gdzieś pomiędzy. to nie był rzadki przypadek, to było prawdziwe ryzyko zawodowe. stąd zresztą ta rola pomocników przy ciele - żeby go wyciągnąć jeśli nie wróci
i tu mam pytanie do Feliksa i Lubona - skoro to jest tak poważna sprawa i z ryzykiem, to jak to jest ze tymi kursami szamanizmu jakie teraz są wszędzie? bo ktoś wcześniej wspomniał o tym i uciekliśmy od tematu, ale naprawdę mnie zastanawia - czy można się nauczyć tego bezpiecznie na weekendowym warsztacie z certyfikowaną szamańską autorką z Wrocławia
a z tymi przedmiotami szamanów - bęben, grzechotka, kostium - one mają jakiś realny energetyczny wpływ na podróż czy to tylko narzędzia pomocnicze do wejścia w trans? bo widziałam kiedyś jakiś bęben szamański na wystawie i był naprawdę inny niż zwykłe bębny, nie umiałabym powiedzieć jak ale coś innego w nim czułam
