Hej, ale wracając do wątku pielgrzymki - bo trochę odpłynęliśmy w stronę odosobnienia. Runiarka pisała na początku, że pielgrzymka i khalwah to dwa końce tego samego. Ale mam wrażenie, że pielgrzymka niesie jeszcze jeden element, którego w khalwah nie ma - wspólnotę. Idzie się razem, mijasz innych pielgrzymów, dzielisz drogę. Czy to ma jakieś znaczenie rytualne?
Bardzo dobre pytanie, bo wspólnota w pielgrzymce nie jest przypadkowa. W tradycji Camino de Santiago jest wręcz koncepcja, że to obcy spotkani w drodze mogą być posłańcami, nauczycielami. W hadżdżu jest to jeszcze bardziej wyraźne - 'umma' jako wspólnota wiernych nie jest tłem pielgrzymki, jest jej częścią. Jeden z elementów, który odróżnia pielgrzymkę od ucieczki.
Z tym hadżem to ciekawe bo tam jest pełno rytuałow zbiorowych - tawaf wokół Kaaby, bieg między wzgórzami, rzucanie kamieniami w Minnie. To nie sa prywatne akty, to są akty które robisz razem z milionami. Czy to nie zmienia coś w naturze doświadczenia? Czy można sie zanuzyć we własne wnętrze kiedy jesteś w tłumie?
Mnie zastanawia, czy ta wspólnota pielgrzymkowa, o której mówicie, zostawia jakiś trwały ślad po powrocie. Bo jedną rzeczą jest przeżyć coś razem z obcymi w drodze. Ale wracasz do swojego życia, oni do swoich. Czy masz jakieś przykłady, że te relacje z pielgrzymki były trwałe? Albo że ta wspólnotowość miała długofalowy skutek?
No właśnie, bo ja pytałem o relacje, a tu mamy bardziej tożsamość zbiorową. To nie do końca to samo. Tożsamość może być anonimowa - wiem że gdzieś na świecie są setki tysięcy hadżdżich, ale nie znam ich. Relacja wymaga spotkania. Czy w tradycjach pielgrzymkowych jest coś, co celowo tworzy więź między konkretnymi ludźmi, nie tylko abstrakcyjną wspólnotę?
To co Runiarka napisała o obcym w drodze mnie zastanawia. Może chodzi o to, że pielgrzymi zdejmują z siebie warstwy - zawód, status, codzienne role? Na Camino podobno nikt nie pyta czym się zajmujesz. Jesteś tylko kimś idącym. Czy inne tradycje pielgrzymkowe mają podobny mechanizm wyrównywania?
Moim zdaniem to jest trochę jak z każdym głębokim doświadczeniem - ono nie zmienia cię permanentnie w jeden ruch. Daje wgląd, ale codzienność i tak powraca. Tylko że masz teraz punkt odniesienia. Wiesz że ta inna rzeczywistość jest możliwa, bo ją przeżyłeś. To chyba ważniejsze niż trwała zmiana.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie, które może być naiwne - czy khalwah jest dostępna tylko w tradycji sufijskiej, czy są jej odpowiedniki w innych religiach, które nazywamy inaczej? Bo mam wrażenie że coś podobnego opisują chrześcijańscy pustelnicy, ale czy to jest ta sama praktyka czy tylko podobna forma?
W hitbodedut, szczególnie w linii Nachman z Bracławia, jest zaskakująco dużo swobody - możesz rozmawiać z Bogiem własnymi słowami, w lesie, o dowolnej porze. Reb Nachman wprost mówił żeby wychodzić nocą do lasu. Nie ma tu nadzorującego mistrza przy każdej sesji. Ale jest cały system duchowości chasydzkiej jako kontekst - nie jesteś sam w sensie tradycji, nawet jeśli jesteś sam fizycznie.
To jest bardzo ciekawe co piszecie o samotności w lesie - bo ja sama robiłam to bez wiedzenia ze to ma jakąś nazwe. Po prostu szłam do lasu i siedziałam. Nie modliłam sie, nie medytowałam żadną techniką, tylko byłam. I teraz sie zastanawiam - czy to miało jakiś sens duchowy czy to byłam tylko ja z moimi myślami i nic wiecej?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad czymś innym - wszyscy mówicie o pielgrzymce i odosobnieniu jako o czymś dobrowolnym, z wyboru. Ale są tradycje gdzie inicjacja polega na przymusowym osamotnieniu, na przykład vision quest u rdzennych Amerykanów. Czy element przymusu albo konieczności zmienia naturę doświadczenia? Czy jest mniej autentyczne?
To mnie skłania do myślenia o tym, czy my w ogóle mamy dziś takie przejścia. Nie mamy vision quest, nie mamy khalwah jako obowiązkowego etapu, nie mamy nawet pielgrzymki jako konieczności. Czy brak rytuałów przejścia coś nam zabiera? Jacenty pytał wcześniej o trwały ślad - może problem jest właśnie w tym, że nie mamy tych progów?
Tylko ze indywidualny rytuał przejscia bez świadków i bez wspólnoty ma inny ciężar gatunkowy. Część siły tych tradycyjnych obrzędów polega na tym, ze WSZYSCY w plemieniu wiedzą że przeszedłeś przez to. Twoje doświadczenie jest uznane społecznie. Samotna podróż może cię zmienić wewnętrznie, ale nikt tego nie potwierdza, nikt nie widzi w tobie kogoś nowego.
Wracam do wątku z khalwah i pielgrzymką, bo czuję że za bardzo poszliśmy w stronę rytuałów przejścia i trochę zatraciliśmy co łączy te dwie drogi - wewnętrzną i zewnętrzną. Khalwah to odosobnienie w miejscu, pielgrzymka to ruch w przestrzeni. Ale obydwie zakładają jedno: że zmieniasz kontekst żeby zmienić stan. Czy ktoś próbował obu i może powiedzieć co jest bardziej intensywne?
Na pytanie Runiarkiej odpowiem z własnego doświadczenia - byłam na Camino i robiłam też dłuższe odosobnienia medytacyjne. To są zupełnie różne rodzaje intensywności. Na Camino twoje ciało jest zaangażowane cały czas, ból stóp, zmęczenie, krajobraz - to wszystko jest przekaźnikiem. W odosobnieniu siedzisz i walczysz wyłącznie z tym co masz w głowie. To jest trudniejsze moim zdaniem, bo nie masz gdzie uciec.
A może w ogóle rozróżnienie na ruch i bezruch jest wtórne wobec czegoś innego? Bo mam wrażenie że i w pielgrzymce i w khalwah chodzi o jedno - o wypadnięcie ze swoich zwykłych schematów myślenia. I może to jest jedyna wspólna definicja obu tych praktyk.
Zastanawiam się czy to nie jest kwestia temperamentu w dosłownym, fizjologicznym sensie. Starożytni mówili o melancholikach i sangwinikach - może jedni naturalnie potrzebują ciszy i skupienia, a drudzy ruchu i zmian otoczenia, żeby dojść do tego samego miejsca w sobie.
Wiec hadżdż jest jak pielgrzymka dla wszystkich, a khalwah jak inicjacja dla wybranych? To trochę jak w chrześcijaństwie - msza dla każdego, ale klauzura dla nielicznych. Zastanawiam sie czy ta elitarnosc nie sprawia ze odosobnienie jest bardziej cenione? Tzn że skoro nie każdy przez to przechodzi, to ci którzy przeszli czuja sie przez to... wyróżnieni?
Elitarnosc odosobnienia to jest obosieczny miecz. Tak, moze dawac poczucie wyjatkowosci, ale tez moze tworzyc hierarchie duchowe które są bardzo problematyczne. Znam przypadki gdzie to 'wybraństwo' bylo uzywane do kontroli nad innymi. Khalwah pod okiem szejka ktory ma zle intencje to już nie jest praktyka duchowa.
Na Camino słyszałam o przypadkach kiedy ludzie mieli coś w rodzaju załamania w połowie drogi - nie fizycznego, ale emocjonalnego. Jakieś odblokowywanie się rzeczy które latami były stłumione. Czy są jakieś tradycyjne wskazówki jak przez to przechodzić? Bo to brzmi jakby pielgrzymka też miała swoje kryzysy inicjacyjne, podobnie jak khalwah.
Myślę że pytanie Ziemowita jest kluczowe. Bo jest różnica między zmęczeniem fizycznym które otwiera emocje, a mistyką w ścisłym sensie. Nie chciałabym romantyzować każdego płaczu przy drodze jako doświadczenia duchowego. Ale z drugiej strony - kto decyduje o tej granicy?
Może ta granica po prostu nie istnieje tak ostro jak chcielibyśmy? Ciało i psychika i cokolwiek nazwiemy duchowością są splecione. Zmęczenie fizyczne otwiera rzeczy emocjonalne, a te otwierają coś głębszego. To nie musi być sekwencja - to może byc jedno.
Wracając do tego co Mamunaa mówiła o elitarności - czy ktoś zna tradycje gdzie odosobnienie jest DOSTĘPNE dla wszystkich, bez mistrza, bez inicjacji? Bo hitbodedut brzmiało tak właśnie, ale nie wiem czy to jest pełny obraz.
Ta różnica między hitbodedut a khalwah to chyba różnica między modelem demokratycznym a hierarchicznym w duchowości. Ale uwaga - hitbodedut też ma swój kontekst, czyli chasydyzm bracławski, i tam jednak masz nauczyciela, tekst, wspólnotę. Czy ktoś wie czy da się to praktykować zupełnie poza tą tradycją, bez żadnego zakotwiczenia?
Myślę że to pytanie Jacenty.2 jest trochę pułapką, bo zakłada że istnieje jakaś obiektywna granica między 'prawdziwą praktyką' a 'zwykłym' myśleniem. A co jeśli intencja i regularność to jedyne kryterium? Nachman chyba tak właśnie to rozumiał - że liczy się samo zwrócenie się, nie forma.
Właśnie sobie przypomniałam że na Camino spotkałam kobietę która szła własną trasą, omijała turystyczne odcinki, nocowała w przypadkowych miejscach. Mówiła że 'oficjalne' Camino stało się za bardzo produktem. I wydawała się mieć bardzo głębokie doświadczenie tej drogi, może głębsze niż niektórzy co szli z muszlą i plecakiem od Decathlona. Więc forma chyba nie jest warunkiem koniecznym?
O, to jest naprawdę świetne pytanie! Czyli czy doświadczenie jest w tym że wiesz że jesteś pielgrzymem, czy w samej drodze? To by tłumaczyło dlaczego pielgrzymi zakładają te muszle albo specjalny strój - żeby ciało wiedziało że to jest coś innego niż turystyka. Prawda?
