Ale moze wlasnie autosugestia przez kostium to jest tylko opis od zewnatrz tego samego co tradycja opisuje od wewnatrz? Znaczy - szaman który wkłada maskę nie powie ci ze to 'set and setting', powie ze wcielił w sobie duchy. Czy jedno wyklucza drugie? Mam wraznie ze spieramy sie o jezyk opisu a nie o to co sie faktycznie dzieje.
Mamunaa trafia w coś ważnego. Przez całą tę dyskusję kluczymy między językiem fenomenologicznym a językiem tradycji - i jedno i drugie jest uprawnione. Ale wracając do sedna tematu: czy zarówno w pielgrzymce jak i w odosobnieniu nie chodzi ostatecznie o zmianę tożsamości? Wychodzisz jako jeden człowiek, wracasz jako ktoś nieco inny. I może to jest najgłębszy wspólny mianownik.
Zmiana tożsamości brzmi poważnie. Czy to nie jest jednak trochę za duże słowo na to co przeżywa przeciętny pielgrzym na Camino? Znaczy większość ludzi nie jedzie tam żeby stać się kimś innym, tylko żeby się 'zresetować', naładować baterie. Czy to też jest zmiana tożsamości czy to raczej turystyka wellness z duchowymi akcentami?
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i zastanawia mnie jedno - czy te tradycyjne odosobnienia, zarówno khalwah jak i chrześcijańska rekolekcyjna klauzura, miały jakieś konkretne znaki że 'się udały'? Znaczy czy mistrz albo spowiednik po wyjściu oceniał czy to doświadczenie było 'prawidłowe'?
To jest właśnie ten problem władzy o którym mówiła Mamunaa wcześniej. Mistrz jako weryfikator może być pomocą ale też może być cenzorem czyjegoś wewnętrznego doświadczenia. Zastanawiam się czy w tradycjach bez hierarchii - jak hitbodedut - jest jakiś alternatywny sposób weryfikacji, czy po prostu samemu decydujesz że coś miało sens.
Ten 'test codziennością' który opisuje Reginka to jest chyba stary jak sama mistyka. Jan od Krzyża, suficcy mistrzowie, buddyjscy nauczyciele - wszyscy mówią że prawdziwe doświadczenie zostawia ślad w zachowaniu, nie tylko w poczuciu 'było pięknie'. Może to jest odpowiedź na pytanie Ziemowita o granicę między praktyką a spacerem - nie chodzi o to co robiłeś, ale co z tego wyniosłeś i jak zmieniło twoje życie po powrocie?
Ten 'test codziennością' który opisuje Saturnella.2 mnie zatrzymał. Bo jeśli kryterium jest zmiana w zachowaniu po powrocie, to co z ludźmi którzy po Camino wracają do zupełnie innego życia - rzucają pracę, rozstają się z partnerem - a za rok są dokładnie tam gdzie przed? Czy to znaczy że doświadczenie było nieprawdziwe, czy że życie 'wessało' je z powrotem?
Ale to troche tak jakby powiedziec 'medytacja zadziałała, ale zle zakorzeniles' - to jest nieweryfikowalne. Zawsze mozna powiedziec ze cos sie nie udało z powodu niewystarczajacej praktyki po fakcie. Skąd wiadomo ze to nie był po prostu efekt placebo ktory sie rozpłynął?
To napomnienie Karolcii o 'wessaniu przez środowisko' jest dla mnie kluczowe w kontekście tego tematu. Bo i pielgrzymka i khalwah wyciągają człowieka ze środowiska właśnie po to, żeby zmiana była w ogóle możliwa. Tylko że tradycje które je tworzyły zakładały że człowiek wraca do wspólnoty wyznawców - nie do open space biura i Instagrama. Czy te formy odosobnienia i pielgrzymki mogą w ogóle działać tak samo w dzisiejszym kontekście powrotu?
Ziemowit porusza coś co sama przeżyłam. Po powrocie z dłuższego odosobnienia medytacyjnego przez kilka tygodni czułam się jak w bańce - to co przeżyłam było tak inne od codzienności że dosłownie nie umiałam o tym rozmawiać. Nie dlatego że było 'za głębokie', tylko że nie było języka ani kontekstu. I ta bańka pękła nie dlatego że doświadczenie było słabe, tylko dlatego że nie miałam z kim go podzielić.
To co Ilonka mówi o retrospektywnej interpretacji jest dla mnie bardzo ważne. Znaczy w khalwah był szejk który interpretował na bieżąco. W pielgrzymce chrześcijańskiej był spowiednik, kierownik duchowy. A co teraz? Kto pełni tę funkcję dla osoby która jedzie solo na Camino bez żadnej instytucji za sobą? Czy grupy takie jak ta na forum mogą to zastępować?
Mam takie poczucie że szukamy substytutu czegoś co może nie mieć dobrego substytutu. Tzn. relacja mistrz-uczeń w sufizmie albo relacja z kierownikiem duchowym w monastycyzmie to były wieloletnie, intensywne więzi. Nie da się tego zastąpić ani forum ani nawet terapeutą bo to jednak inna jakość intymności i inny rodzaj wiedzy po obu stronach. Może lepiej to zaakceptować niż szukać zamiennika?
Weronka83 dotknęła czegoś co siedzi mi w głowie od kilku postów. Może pytanie nie brzmi 'co zastąpi mistrza' tylko 'co jest możliwe bez mistrza, świadomie i uczciwie'. Bo zarówno hitbodedut jak i pewne tradycje zen zakładają że można praktykować bez ciągłego nadzoru. Tylko że one wciąż miały osadzone w żywej tradycji. To jest chyba napięcie nie do rozwiązania - między autonomią a osadzeniem.
Przepraszam że wchodzę z bocznej strony ale mam pytanie do Runiarka - co to znaczy 'żywa tradycja'? Bo to słyszę często i za każdym razem się pytam czy chodzi o to że jest ciągłość instytucji, czy że jest ciągłość ludzi którzy to praktykują, czy że jest ciągłość samego doswiadczenia. To sa chyba rozne rzeczy?
Runiarka mnie zaskoczyła pytaniem 🙂 Ale tak - myślę że żywa tradycja to też coś co się zmienia przez tę ciągłość, a nie tylko odtwarza. Tradycje które przetrwały to te które umiały coś zachować i coś porzucić w odpowiednim momencie. Khalwah przetrwała bo sufi umieli ją dostosować do różnych kontekstów kulturowych. Camino przetrwało bo umiało przyjąć pielgrzymów niereligijnych bez tracenia religijnego rdzenia. Albo czy na pewno go nie tracąc?
Słucham od dłuższego czasu i zastanawiam się nad jednym - czy nie przeceniamy tego elementu 'transformacji' jako kryterium? Znaczy może część pielgrzymów zawsze szła 'tylko' dlatego że tak się robiło, bo sąsiad szedł, bo była okazja. I może to jest w porządku. Nie każda droga musi zmieniać człowieka w głęboki sposób.
Ale czy dostępność naprawdę wszystko psuje? Bo ja mam ochotę pojechać na Camino bez żadnego duchowego przygotowania, po prostu bo chcę przejść. I teraz nie wiem czy to jest w porządku czy nie po tej rozmowie. Mam wrażenie że postawiliście mi poprzeczkę której nie przeskoczę.
Serio pytam - czy pójście na Camino 'bez przygotowania duchowego' jest złe? Bo mam wrażenie że ta rozmowa skończyła się na tym że albo robisz to z tradycją, z mistrzem i ze świadomością, albo to tylko turystyka. A ja nie chcę rezygnować tylko dlatego że nie wiem co to jest khalwah.
Florka53 powiedziała coś ważnego i chcę się przy tym zatrzymać - 'nic mnie nie przemieniło' jako wynik pielgrzymki. Czy to jest możliwe że pielgrzymka zadziałała, tylko nie w sposób który rozpoznajemy jako transformację? Że ciało zapamiętało rytm, przestrzeń, zmęczenie - i to jest coś? Albo czy to jest właśnie to 'turystyczne Camino' o którym mówiła Aldona03 wcześniej?
Runiarka mnie cytuje, więc muszę doprecyzować - ja nie twierdziłam że turystyczne Camino jest złe. Pytałam czy tradycja jest wciąż żywa jeśli większość uczestników idzie bez intencji duchowej. To inne pytanie. Florka53 mogła wrócić zupełnie inaczej niż myśli - bo jak się mierzy 'nic mnie nie przemieniło'? Po tygodniu? Po roku?
No właśnie i tu wracamy do tego co pisałam wcześniej o nieweryfikowalności. Nie tylko efekt placebo jest problemem - tu jest też problem z horyzontem czasowym. Tradycje mówiły o transformacji która jest widoczna w sposobie życia, nie w samopoczuciu po powrocie. Jak Florka wróciła do tych samych schematów - to może droga była za krótka? Albo wspólnota za słaba? Albo po prostu Camino nie jest dla niej?
Przepraszam że się wtrącam do tej liczby - ale mi się nasuwa pytanie czy we współczesnycj odosobnieniach medytacjnych (te 10-dniowe vipassany itd.) jest jakiś podobny rytm? Bo to tez jest forma khalwah trochę, odosobnienie ze ścisłą strukturą. Czy ktoś wie skąd wzięło się te 10 dni a nie na przykład 7?
To co Ilonka pisze o 'oczyszczaniu powierzchni' jest dla mnie bardzo ciekawe w kontekście pielgrzymki. Bo pierwsze dni Camino to tez jest według relacji które czytałem etap w którym ludzie się skarżą na nogi, na plecak, na pogodę - i to jest jakiś próg. Jakby droga fizyczna miała wbudowany ten sam rytm co odosobnienie. Czy to jest przypadek czy świadome podobieństwo, zastanawiam się.
