Zacząłem ostatnio głębiej grzebać w temacie ofiar całopalnych i szczerze - im bardziej wchodzę, tym bardziej mnie to wciąga. Chodzi mi o to palenie ofiar jako taki konkretny akt komunikacji z bogami, nie metaforycznie, ale dosłownie - dym idzie w górę, do nieba, i to jest przekaz. Mam wrażenie że to jeden z tych motywów które pojawiają się absolutnie wszędzie - starożytny Izrael, Grecja, Rzym, Słowianie, Aztekowie, Hindusi ze swoim agni... wszędzie jest ogień i dym jako pośrednik między ludźmi a tym co wyżej. To chyba nieprzypadkowe, nie? Chciałem zapytać czy ktoś w ogóle temat drążył, bo na forum mało o tym było.
Temat akurat bardzo mnie porusza, bo jakiś czas temu czytałam sporo o wedyjskim rytuale agnihotra i to właśnie ten moment kiedyy ogień jest traktowany jako usta bóstwa - nie pośrednik, ale samo bóstwo. Agni to bóg ognia i jednocześnie ten który przynosi ofiarę do nieba. Więc nie dym niesie przekaz, tylko sam ogień jest żywą istotą która to robi. Ciekawe jak to zestawić z tym co Kartomanta pisze o innych tradycjach - czy wszędzie jest ten sam mechanizm, czy jednak różnie to rozumiano?
No ale co to ma za praktyczne znaczenie? Poważnie pytam, nie szydzę. Rozumiem że to ciekawe historycznie ale po co to analizować skoro nikt już tego nie robi? Czy chodzi o jakąś głębszą symbolikę którą można by gdzieś zastosować dziś?
Przy temacie ofiar całopalnych zawsze wracam do jednej sprawy - co właściwie się pali i dlaczego to ma znaczenie. W tradycji hebrajskiej całopalenie zwane olah miało ściśle określone przepisy, zwierzę musiało być bez skazy, określonego gatunku, spalano je w całości - i to "w całości" było kluczowe. Nic nie zostawało dla kapłana ani dla ludzi. To był dar bez reszty, zupełny. A greckie i rzymskie ofiary wyglądały zupełnie inaczej, tam ludzie jedli to co ofiarowywano, bogom szedł dym z kości i tłuszczu. To dwie zupełnie różne filozofie relacji z bóstwem.
A nie zastanawialiście się nigdy dlaczego akurat dym a nie na przykład woda albo ziemia? Ogień niszczy, ale dym wznosi się - i chyba właśnie o to chodzi, że to co ziemskie zmienia formę i staje się czymś co może dotrzeć tam gdzie my nie możemy. Trochę jak alchemia, przemiana materii w coś subtelniejszego. Ciekawi mnie czy w jakichś tradycjach był podobny obrzęd ale z wodą - zanurzenie zamiast spalenia?
Rusalka zadala dobre pytanei ale żeby nie szukać daleko - ofiary wodne są bardzo stare i bardzo rozpowszechnione. Celtowie wrzucali przedmioty do jezior i rzek, Słowianie topili wizerunki bóstw, w Indiach ofiary pływają po Gangesie. Mechanizm jest podobny - żywioł jako pośrednik. ale ogień ma tę przewagę że dosłownie zmienia substancję ofiary, nic nie zostaje. Woda przechowuje. To inne rozumienie relacji z bóstwem.
Czytam i mam pytanie może naiwne ale - czy w tych tradycjach zakładano że bóg dosłownie je to co się spali, czy to był bardziej gest, symbol oddania? Bo np. czytałem gdzieś że Grecy wierzyli że bogowie żywią się zapachem, aromatem... to brzmi dziwnie ale z drugiej strony nie wiem jak inaczej to tłumaczyć.
A ktoś wie jak to wyglądało konkretnie u Słowian? Bo temat ognisk ofiarnych, kąpieliskie, kupaliski - to wszystko jest trochę wymieszane i ciężko ustalić co jest rekonstrukcją a co wymysłem. Kartomanta wspomniał o tym wcześniej, ale mnie interesują konkretne źródła, jeśli są.
Słuchajcie, mnie zawsze mocno uderzało w tym temacie to że ogień pojawia się w każdej tradycji jako punkt styku między sferami. Nie tylko jako sposób ofiary - w syntezie astrlogicznej ogień to żywioł przemiany, Słońce jako dawca życia... jest coś głęboko archetypowego w tym że człowiek wybrał właśnie ogień żeby mówić z bogami. Może dlatego ze sami bogowie - w wielu religiach - przybierają formy świetliste?
Swietoslawa, rozumiem skojarzenie ale trochę uważałbym z tym "archetypowym" bo to słowo robi tu dużo roboty. Równie dobrze można argumentować że ogień był praktyczny - niszczy dowody ofiary, zwołuje ludzi, tworzy przestrzeń sakralną przez wykluczenie. Nie musi być mistyczny żeby być powszechny. Że coś jest wszędzie to jeszcze nei znaczy że wskazuje na wspólne głębinowe doświadczenie, może po prostu ogień był wszędzie dostępny i użyteczny.
Ja mam pytanie trochę z boku - a co z ofiarami z ludzi? Bo kiedy czytam o Aztekach to tam spalanie to nie był jedyny element, oni przede wszystkim wyrywali serce i to mogło być później spalone... czy to w ogole wchodzi w temat czy to już inna bajka? 🙂 Nie chcę żeby to zabrzmiało makabrrycznie ale skoro rozmawiamy o ofiarach to chyba nie możemy tego ominąć?
Dziurawcowa, temat jest uzasadniony. Ofiary z ludzi w kontekście ognia to osobna i dosyć złożona kwestia. Celtyckie "człowieki z wikliny" które miały byc palane - to głównie Caesar, który mógł to przesadzić albo zmyśleć dla propagandy. Aztekowie rzeczywiście palili ciała po rytualnym uśmierceniu, ale tam logika była inna - chodziło o nakarmienie Słońca energią życia, zeby nei zgasło. Sam ogien był tutaj wtorny. To inna filozofia niż grecka ofiara ze zwierzęcia.
Przepraszam że może nie na poziomie reszty ale mam pytanie - czy te ofiary ogniowe miały jakiś związek z intencją osoby składającej? Znaczy, czy liczyło się co chcesz uzyskać, czy ważniejszy był sam rytuał, przepisy, gatunek zwierzęcia itd.? Bo czytam i zastanawiam się czy to bardziej jak modlitwa gdzie ważne co czujesz, czy jak kontrakt gdzie ważne żebyś zrobił wszystko dokładnie jak trzeba
Hm, a ten dym - czy w którejś tradycji opisywano co właściwie się "wysyła" tym dymem? Czy to jest jakaś substancja, esencja ofiary, czy raczej sama intencja, myśl? Bo to zmienia rozumienie całego mechanizmu chyba. Jak dym to tylko nośnik to jedno, a jak dym sam w sobie przenosi coś materialnego z ofiary to drugie.
Leszek, to jedno z najciekawszych pytań w tym temacie. W tradycji indyjskiej jest pojęcie "swahy" - okrzyk towarzyszący wrzucaniu ofiary w ogień, dosłownie coś w stylu "niechaj dobrze trafi". Sama substancja ofiary - ghee, ziarno, drewno - jest nośnikiem intencji, ale ogień przemienia ją w postać którą Agni może zanieść do bogów. Jest więc i materialny aspekt i niematerialny. W Grecji dym z kości i tłuszczu był dosłownym pokarmem dla bogów, co jest bardziej materialnym podejściem. Różne tradycje rozwiązywały to różnie i to jest właśnie najpiękniejsze w porównywaniu.
Wracając do tego co Leszek pytał o dym i co się nim wysyła - mnie zawsze zastanawiało coś innego. Czy ta substancja którą się pali MA jakieś znaczenie jako taki, czy to czysto symboliczne? Bo rozumiem ghee i ziarno w agnihotrze, tam jest logika - płodność, obfitość, dajesz to co cenne. Ale w niektórych tradycjach pali się rzeczy na pozór przypadkowe, drewno jakiegoś konkretnego drzewa, specyficzne zioła... czy to ma związek z właściwościami tej substancji czy z czymś innym?
Właśnie, i ten aspekt aromatyczny jest chyba niedoceniany w dyskusjach o ofiarach ogniowych. Aromat jako komunikat - to jest zupełnie inny kanał niż wzrok czy słuch. Jakbyśmy wysyłali wiadomość w medium które nie przetwarza kształtów ani słów, tylko zapachy. I co ciekawe, kadzidło jest do dziś w liturgii katolickiej i prawosławnej, nawet jeśli oficjalna teologia jest tam inna. Ciągłość jest.
mam tu trochę inne zdanie. ten "duchowy recykling" jak to Mieszko ujął jest ciekawy, ale warto zapytać czy forma naprawdę przetrwała w sposób ciągły, czy to reinwencja. kadzidło w kościele wczesnochrześcijańskim było początkowo odrzucane właśnie dlatego że kojarzyło się z pogańskimi ofiarami. zanim weszło do liturgii minęło kilka wieków. więc to nie tyle przeżytek co świadoma pożyczka z już pewnego dystansu czasowego. to zmienia trochę opowieść o ciągłości.
Hmm. Ciągłość czy reinwencja - to ciekawy spór, ale mnie bardziej uderza co Judytka powiedziała o Wschodzie. Bo w tradycjach orientalnych, tybetańskim buddyzmie na przykład, mamy juniper burning, palenie jałowca w rytuałach puja i w rytuałach przebłagalnych. Nie ma tu monoteistycznej teologii ofiary odkupienia, a forma jest podobna - konkretna roślina, konkretny dym, konkretny adresat. Czy to nie sugeruje że ta logika jest starsza niż jakakolwiek z tych teologii które ją potem zaabsorbowały??
Dobra, ale wracając do mojego pytania które Kartomanta rozwinął - jeśli substancja ma znaczenie bo jest "zgodna" z jakimś bóstwem, to skad te tradycje wiedziały co z czym łączyć? Mam na myśli, czy to było objawienie, tradycja ustna, jakiś system który to organizował? Bo to nie wygląda jak coś co można wymyślić losowo.
Hej, chcialam zapytać bo może umknęło w tym wszystkim - a co z samym miejscem spalenia? Ołtarz, palenisko, dół w ziemi - w Grecji były różne formy zależnie od tego czy ofiara dla bogów olimpijskich czy chtonicznych. Dla nieba palono na ołtarzu wzniesionym, dla podziemnych bóstw w dole wykopanym w ziemi. Ten kierunek - góra czy dół - chyba nie jest przypadkowy?
Dziurawcowa trafia w sedno czego wcześniej nie rozwinęliśmy. Ta pionowa oś - góra/dół - to jest cosmologia w miniaturze. Ofiara chtoniczna idzie w dół bo adresaci są pod ziemią, ofiara olimpijska wznosi się bo bogowie są powyżej. I co ciekawe, w przypadku ofiar dla bóstw chtonicznych często paliło się inaczej albo w ogóle nie palono, wlewano płyny do dołu - libacja, nie spalenie. Bo ogień wznosi, a tu chodzi o zstępowanie. Mechanizm komunikacji dopasowany do geografii sakralnej.
Cholera, tego nie wiedziałem a to jest bardzo logiczne jak się tak powie wprost. Ale mam pytanie - a co z kultem przodków? Bo oni są "pod" w sensie pochowani, ale też jakoś "przy" albo "wokół"? Jak to działało w praktyce, spalanie dla przodków to do dołu czy w górę?
Wybaczcie że wchodzę w środek, ale to z tymi chińskimi papierowymi ofiarami - to jeszcze dzieje się teraz? Bo kiedyś widziałam na zdjęciach jak ludzie palą takie papierowe domy, samochody... i zawsze myślałam ze to trochę śmieszne ale teraz jakos inaczej na to patrzę. Cały czas ten sam mechanizm - ogień jako przejście między sferami.
no tak ale to papierowe BMW dla dziadka trochę zmienia wymowę. nie jestem złośliwy, mowie serio - kiedy ofiara staje się symbolem symbolu to czy wciąż ma tę samą moc? bo z jednej strony ciągłość formy, z drugiej coraz większa abstrakcja tego co się oferuje. papierowy samochód to nie jest realne oddanie czegoś cennego, to gest w kierunku gestu.
ten spór o symboliczna vs materialną wartość ofiary wraca co jakiś czas i nie ma łatwego rozstrzygnięcia. ale warto dodac jeden element który dotąd pominelismy - ofiara jako wyrzeczenie. w wielu tradycjach samo to że cos oddajesz, tracisz, niszczysz jest kluczowe. nie chodzi o wartość przedmiotu dla bóstwa, chodzi o to ze ty rezygnujesz. dlatego bogaty miał skladac drogocenną ofiare a nie symboliczną - bo dla niego musiało to byc wyrzeczenie. papierowe BMW nie kosztuje nic psychologicznie
A właśnie, to mnie prowadzi do pytania o ofiary z rzeczy bardzo osobistych. Gdzieś czytałem że w niektórych tradycjach pali się własne włosy albo część ubrania. To ma sens w kontekście wyrzeczenia - oddajesz dosłownie część siebie. Czy ktoś wie więcej o tym aspekcie?
