Zaczął mnie ostatnio nurtować pewien temat, który trudno jednoznacznie przyporządkować do jednej tradycji. W hinduizmie mamy varnę, ale też kosmiczne hierarchie bytów - dewowie, asurowie, gandharwowie, jakszowie i tak dalej, każdy z określonym miejscem w porządku wszechświata. Teozofia Bławatskiej z kolei buduje cały system ras rdzennych i podras, który miał opisywać duchową ewolucję ludzkości. Pytanie, które chcę tu rzucić: czy te dwa systemy mają wspólny korzeń, czy raczej Bławatska po prostu 'pożyczyła' hinduskie pojęcia i zbudowała coś własnego? I drugie: jak w ogóle rozumieć słowo 'rasa' w kontekście teozoficznym, bo to nie jest kwestia koloru skóry, a jednak terminologia jest problematyczna.
To jest jeden z tych tematów, gdzie bardzo łatwo wpaść w pułapkę anachronizmu. Kiedy Bławatska pisała o 'rasach', używała tego słowa zupełnie inaczej niż rozumiemy je dziś - chodziło raczej o 'szczepy' czy 'fale' świadomości przechodzące przez kolejne etapy kosmicznej ewolucji. Problem w tym, że potem ta terminologia została podchwycona przez ruchy z końca XIX i początku XX wieku, które nadały jej znaczenie biologiczno-rasistowskie. Więc zanim zaczniemy porównywać to z hinduizmem, trzeba by ustalić: o której teozofii mówimy - tej Bławatskiej, Annie Besant, a może późniejszej?
Słucham tej rozmowy i coś mi tu nie pasuje. Porównujecie teozofię z hinduizmem jakby obie były systemami tego samego rzędu, ale hinduizm to tysiące lat żywej tradycji z dziesiątkami wewnętrznych nurtów, a teozofia to dziewiętnastowieczna synteza tworzona przez konkretne osoby w konkretnym czasie. Czy nie jest tak, że te hierarchie w hinduizmie - dewowie, asurowie itd. - nie są 'hierarchią ras' w żadnym sensie, tylko raczej hierarchią funkcji w kosmosie? Bo tam nikt nie mówi, że człowiek może 'awansować' do wyższej rasy biologicznie.
Przepraszam, że się wtrącę, bo dopiero czytam, ale chcę zapytać o jedną rzecz. Dewowie w hinduizmie - oni są ponad ludźmi? Tzn. czy człowiek może stać się dewą po śmierci, czy to są osobne byty, które nigdy nie były ludźmi?
To co piszecie o dewach bardzo przypomina mi to, co czytałam o buddyjskich loka - też są tam poziomy bytów, od piekieł przez świat ludzi po różne sfery niebiańskie, i w żadnym z nich nie ma gwarancji stałości. Czy to jest podobny pomysł do hinduskiego? Bo buddyzm wyszedł z hinduizmu, ale rozumiem, że dużo zmienił.
Chcę tu dorzucić wątek, który może być przydatny: w teozofii jest pojęcie 'monad' - indywidualnych iskier duchowych, które przechodzą przez kolejne królestwa natury (mineralne, roślinne, zwierzęce, ludzkie) i dalej ku wyższym. To chyba bliższe hinduskiej koncepcji atman-jivatman niż czemukolwiek rasowemu. Problem w tym, że Bławatska nakładała na to jeszcze mapy kontynentów - Lemurii, Atlantydy - i przypisywała różnym grupom ludzkim różne etapy tej ewolucji. I to jest ta część, która brzmi niepokojąco.
Czytam wasze posty i mam pytanie, może trochę z innej beczki: czy w tych wszystkich systemach - hinduskim, teozoficznym, może gnostyckim - hierarchia bytów ma jakiś praktyczny wymiar? Tzn. czy wyznawca danej tradycji modli się do niższych hierarchii, próbuje skontaktować z wyższymi? Jak to wygląda w praktyce, nie tylko w teorii?
Wracając do pytania z tytułu, bo trochę odpłynęliśmy - czy te hierarchie mówią o 'podobnym'? Myślę, że mówią o podobnym problemie, ale dają różne odpowiedzi. Problem jest ten sam: jak zorganizować wszechświat, dlaczego nie wszystkie byty są równe, co to znaczy 'wyżej' i 'niżej'. Hinduizm rozwiązuje to przez funkcję i bliskość do absolutu. Teozofia przez ewolucję i czas. Gnoza - której tu nie wspomnieliśmy - przez odległość od pleromatu i stopień uwięzienia w materii. Każdy z tych systemów ma inną geometrię.
A właśnie, gnostycy - tam były chyba archotnci albo coś takiego, co rządziło niższymi sferami? Coś jak demiurgiczne byty, które nie są złe z natury, ale nie widzą pełnego obrazu? Pytam bo mi się to kręci gdzieś w głowie z jakiegoś podcastu, ale nie jestem pewien czy dobrze zapamiętałem.
I tu właśnie widać, jak różne tradycje używają słowa 'hierarchia' w zupełnie różny sposób. W hinduizmie hierarchia bywa bliskością do Brahmana - Brahman jest 'na górze' jako absolut. W gnozie jest odwrotnie - prawdziwe źródło jest 'poza' lub 'ponad' hierarchią materialną, a im bardziej byty są 'u władzy' w sensie kosmicznym, tym bardziej są uwikłane. Teozofia próbuje to pogodzić przez ideę że nawet wyższe bytyi kosmiczne plany są etapami na drodze do czegoś ostatecznego. Nikt tu nie mówi to samo.
Siedzę i czytam i mam jedno naiwne może pytanie, ale mnie to nurtuje. Czy w hinduizmie jest jakaś hierarchia, która jest zupełnie niewidoczna dla ludzi - jakieś byty, które działają 'za kulisami' i my w ogóle nie mamy z nimi kontaktu? Pytam bo w teozofii są te Mahatmowie, Mistrzowie, którzy ponoć kierują duchową ewolucją ludzkości, a mnie interesuje czy hinduizm ma coś podobnego.
Ale zaraz - to znaczy że w gnozie hierarchia jest jakby pułapką, a nie drabną? Tzn każdy szczebel myśli ze jest na górze i tyle? Troche dystopijne to jest jesli mnie pytacie 🙂
To co mówi Czeslawa08 o 'hasłach przejścia' jest naprawdę ciekawe w kontekście tego tematu. Bo w teozofii też masz jakby sekwencję wtajemniczeń, które umożliwiają przejście na wyższy poziom. Czy to nie jest podobna struktura, tylko inaczej nazwana? Pytam serio, bo nie jestem pewien, czy to głęboka analogia, czy tylko powierzchowne podobieństwo.
Różnica jest kluczowa. W gnozie 'hasła' to wiedza o strukturze wszechświata - gnoza jako poznanie wyzwala. W teozofii wtajemniczenie to raczej zasługa karmiczna plus praca duchowa plus ewolucja monad. Jeden model mówi: już teraz masz iskrę i możesz się przebudzić. Drugi mówi: musisz przejść kolejne etapy i żadnego skrótu nie ma. To są zupełnie różne soteriologie, nawet jeśli oba używają słowa 'hierarchia'.
To rozróżnienie między gnozą a teozofią, które właśnie wyszło w tym wątku, chyba jest ważniejsze niż samo porównanie z hinduizmem. Bo tu nie chodzi tylko o to, czy hierarchia istnieje, ale o to, w jakim celu istnieje i dla kogo. Mam wrażenie, że te trzy systemy - hinduizm, gnoza, teozofia - mają tak różne odpowiedzi na pytanie 'po co w ogóle są niższe poziomy', że porównywanie ich struktury zewnętrznej trochę mija się z celem. Czy wy też tak to czujecie?
To jest dobre pytanie i ma konkretną historyczną odpowiedź. Bławatska i Annie Besant pisały w epoce, kiedy teksty wedyjskie i upaniszady zaczęły trafiać do Europy w przekładach Maxa Müllera i innych orientalistów. Teozofia dosłownie budowała się na zapożyczeniach z hinduizmu i buddyzmu, reinterpretując je przez własny schemat ewolucji duchowej. Więc to nie jest przypadkowe podobieństwo - teozofia świadomie wzięła hindu terminologię i zaadaptowała ją. Problem w tym, że adaptacja była selektywna i często myląca.
Czyli Bławatska de facto napisała swój własny hinduizm? I ludzie myśleli, że czytają coś oryginalnego?
No właśnie, ten kontekst dziewiętnastowieczny dużo wyjaśnia. Ale mam pytanie praktyczne: czy to oznacza, że kiedy ktoś dziś sięga po teozofię jako ścieżkę duchową, to niejako odziedziczy ten zestaw problematycznych założeń? Czy można oddzielić 'teozofię oczyszczoną' od tego rasowego balastu?
Ale z drugiej strony - czy hinduska koncepcja jug nie jest podobnym problemem? Satja-juga to złoty wiek, Kali-juga to wiek upadku - to też jest hierarchia czasowa, która zakłada, że obecny człowiek jest 'niżej' niż dawny człowiek. Czy to nie jest analogiczna struktura myślenia, tylko bez etykiety rasowej?
Aha czyli w hinduizmie wszyscy sa w tym samym miejscu w czasie kosmicznym, a w teozofii jedni są 'do przodu' a inni 'do tyłu'? To faktycznie brzmi inaczej.
A co z kastami? Bo miałam wrażenie, że system kastowy w hinduizmie jednak przypisuje ludzi do poziomów od urodzenia. Czy to nie jest coś podobnego do tego, o czym mówiliście w kontekście teozofii?
To jest jeden z tych punktów, gdzie hinduizm jest wewnętrznie napięty. Są tradycje śruti, które mówią o braminie jako o tym, kto zna Brahman - ale równolegle Bhagawadgita mówi expressis verbis, że nawet człowiek z najniższej warny, jeśli wykonuje swój obowiązek z oderwaniem, osiąga wyzwolenie. Napięcie jest realne i starożytni komentatorzy też się o to spierali. Śankara i Ramanudźa mają tu różne zdania.
To napięcie, o którym mówi Kabalista, pojawia się też bardzo wyraźnie w bhakti. Mirabai, Kabir, Tukaram - to są święci, którzy albo byli z niskich warn, albo wprost odrzucali bramińskie pretensje do wyjątkowości. I są kanonizowani w tradycji. To chyba najlepszy dowód, że hinduizm nie jest jednorodny w tej kwestii.
Dostęp mieli ograniczony - Müller przekładał głównie upaniszady i hymny wedyjskie, bhakti jako tradycja poetycka była w XIX wieku znacznie słabiej reprezentowana w europejskich tłumaczeniach. Bławatska cytuje przede wszystkim Manu, Bhagawatę i upaniszady. Ale szczerze mówiąc mam wątpliwość, czy gdyby miała dostęp do bhakti, to i tak by jej nie wykorzystała selektywnie.
Ale chwila, bo sie tu troche zgubiłem. Jeśli dobrze rozumiem, to mamy trzy rzeczy które moga wyglodac podobnie: hinduska kosmologia z dewami i asurami, teozoficzne rasy rdzenne, i gnostyckie sfery archontow. I dyskutujemy teraz czy te trzy rzeczy w ogóle porównujemy słusznie?
To znaczy, że te trzy systemy tylko wyglądają podobnie, ale tak naprawdę mówią o czymś zupełnie innym? Bo jak to tak to chyba tytuł wątku jest trochę mylący?
Tytuł jest celowo prowokacyjny, żeby pobudzić właśnie taką dyskusję. Ale Shangie trafnie to ujęła - forma hierarchii bywa podobna, bo ludzki umysł ma skłonność do porządkowania rzeczywistości w pionie. Pytanie brzmi: czy ta pionowa metafora opisuje coś realnego, czy jest projekcją naszego sposobu myślenia na coś, co może w ogóle nie ma górydołu?
