w tradycji słowiańskiej to wyglądało trochę inaczej bo tam nie było czegoś takiego jak porzucenie ducha - raczej duch odchodził sam gdy jego zadanie było skończone albo gdy człowiek umarł i dom przeszedł w inne ręce. nikt nie myślał o tym w kategoriach "chcę skończyć relację". to by było dziwaczne, jakby ktoś chciał wyrzucić domowika za drzwi. relacja z duchem domu była związana z miejscem a nie z osobą
o to jest nowy kąt na to. czyli w słowiańskim ujęciu człowiek nie moze tak naprawdę skończyć tej relacji bo ona jest z miejscem a nie z nim? a co jeśli ktos sie przeprowadza? duch zostaje czy idzie za człowiekiem?
wchodzę chwilę bo mi się cos skojarzyło z Radomira wątkiem. ta różnica między duchem miejsca a duchem osoby to jest coś co pojawia sie w bardzo wielu tradycjach pod różnymi nazwami. łacińskie genius loci to klasyczny przykład - duch miejsca który jest tam niezależnie od tego kto mieszka. i relacja z nim jest zupełnie innego rodzaju niż pakt personalny. właściwie to nie pakt tylko cohabitation - współmieszkanie
i to jest wlasnie ten moment gdzie wracam do tytułu - pakt czy współpraca. bo moze to nie są dwa końce spektrum tylkoo dwa zupelnie różne rodzaje relacji. pakt zakłada negocjacje i warunki po obu stronach, czyli pewną równorzędność. współpraca z duchem miejsca jest bardziej jak... bycie gościem w czyjmś domu. nie negocjujesz warunków z domem
i właśnie ta metafora gościa w domu jest ciekawa psychologicznie. bo gość który zapomina że jest gościem i zaczyna zachowywać się jak właściciel - to jest wzorzec który w tej praktyce widzę regularnie. człowiek wchodzi w relację z pokorą, potem czuje się coraz pewniej, potem zaczyna "zarządzać" tym co powinno być poza jego zarządzaniem. i wtedy zaczyna się problem
słuchajcie... bo muszę tu powiedzieć coś niewygodnego. ta rozmowa zrobiła się naprawdę dobra merytorycznie ale cały czas krąży wokół czegoś co mnie niepokoi. mówimy o psychologicznych mechanizmach, o zależności, o tym ze człowiek traci podmiotowość - i jednocześnie zakładamy że ta relacja jest do utrzymania, tylko trzeba ją dobrze prowadzić. czy ktoś rozważa opcję że może po prostu nei wchodzić w to wcale?
oj, ale poczekaj, bo to jest argument który można by zastosować do każdej praktyki duchowej w ogóle. modlitwa, medytacja, praca z archetypami - wszystko to jest relacją z czymś czego natury nie możemy zweryfikować empirycznie. chcesz powiedzieć że to też jest nieodpowiedzialne?
jest jednak roznica między modlitwą a paktem i mysle ze warto ją nazwać wprost. modlitwa jest jednostronna - ty coś wysyłasz, odbiór jest sprawą wiary. pakt albo współpraca zakłada że jest cos po drugiej stronie co aktywnie odpowiada i ma własne potrzeby. to jest zupełnie inny rodzaj zaangażowania psychicznego i mysle ze Krzesimir ma rację że tego nie wolno wrzucać do jednego worka
eee, ale właśnie dlatego to jest ciekawe nie? że jest coś co ODPOWIADA. to jest przecież powód dla któergo ludzie to robią. jak modlitwa by wystarczyła to byśmy tu nie rozmawiali o paktach 😀
Tymianek ma punkt, ale Basieńkaa też ma punkt i one nie są sprzeczne. to że coś odpowiada jest właśnie tym co sprawia że ta relacja ma ciężar. i dlatego - wracając do pytania Sigilmistrza z początku tej partii - wyjście z niej wymaga czegoś więcej niż tylko decyzji. wymaga tej samej uwagi co wejście. czy więcej.
ale wlasnie to jest fascyna... znaczy to jest mega ważny wątek bo ja zawsze myślałem o tej relacji jako o czymś statycznym z jednej strony - że byt duchowy jest jaki jest i my albo mamy z nim kontakt albo nie. a tu wychodzi że to jest żywa wymiana. to by zmieniało całą mechanikę pracy z duchem opiekuńczym
Runolog... ale uważaj bo to są dwie różne rzeczy. jedno to pytanie filozoficzne czy byty duchowe ewoluują przez kontakt z nami - i to jest otwarte. drugie to praktyczne: co to zmienia w tym jak prowadzimy relację. i tu bym powiedziała że niewiele, bo nadal powinniśmy działać tak jakby zmieniało się dużo - z szacunkiem i uważnością
Wtrącę się na chwilę, czymś bardzo konkretnym, ale mam pytanie które mnie dręczy od początku tej dyskusji. mówimy o psychice i o tym że relacja z duchem może zmieniać człowieka. ale jak rozpoznać w sobie tę zmianę? znaczy, po czym poznać że ta relacja jest dla mnie dobra a nie że po prostu bardzo chcę żeby była dobra i siebie przekonuję?
I, wlasnie tu dochodzimy do sedna tego co próbowałem powiedzieć wcześniej. te kryteria które Mietowa wymieniła są dobre, ale wszystkie zakładają że człowiek jest w stanie obiektywnie ocenić własny stan. a to jest dokładnie ta zdolność którą zależność - duchowa czy jakakolwiek inna - zaburza jako pierwszą. więc pytanie "czy po kontakcie czujesz się bardziej sobą" traci wartość diagnostyczną jeśli masz już zaburzone poczucie siebie
No niech ci będzie, ale to rodzi kolejne pytanie. jeśli osoba w toksycznej relacji z duchem nie jest w stanie siebie ocenić, a my z zewnątrz możemy co najwyżej zaobserwować sygnały - to co konkretnie robimy z tą wiedzą? bo na forum możemy rozmawiać ale nie możemy kogoś zmusić do niczego. to jest chyba granica tej dyskusji
Piotrek ale tak samo jest z każdą relacją w ogóle. możesz powiedzieć znajomemu że jego partner wydaje ci się toksyczny i tyle, nie możesz za niego podjąć decyzji. to że mówimy o duchu zamiast o człowieku nie zmienia tej granicy. i szczerze? wolę że ta rozmowa w ogóle nazwała te sygnały głośno, bo wiele osób nigdy tego nie słyszało w kontekście praktyki duchowej
właśnie bo kiedy wchodzisz w takie rzeczy to nikt ci nie mówi o ciemnych stronach. przynajmniej ja jak zaczelam się interesować to wszedzie były same pozytywy - duch cię chroni, duch ci pomaga, buduj relację. a to co piszecie tutaj o zależności i zatracie podmiotowosci to jakby inny wymiar tej samej rozmowy którego nie ma nigdzie
Powiedzmy. Chryzoprazka ale wiesz, to nie jest przypadek że tego nie ma. w tradycjach gdzie relacje z duchami były czymś normalnym - szamanizm, różne tradycje afrykańskie, słowiańska praktyka domowa - te ciemne strony były ukryte w inicjacji. adept nie dostawał wiedzy o ryzyku na wejściu, dostawał ją po drodze przez doświadczenie i przez mistrza który obserwował. my teraz robimy to bez mistrza i bez inicjacji i stąd ten problem
i to jest może najwazniejsza rzecz powiedziana w tym watku. brak mistrza. w kazdej tradycji którą znam - i znam ich kilka z bliska - relacje z duchami byly prowadzone pod opieką kogoś kto widział więcej. nie dlatego ze praktykant był głupi, ale dlatego że pewnych rzeczy nie widać z wewnątrz. forum moze byc wsparciem ale nie zastąpi tej funkcji
Tymianek podnosi cos co mnie tez zastanawia. bo z jednej strony słyszę że trzeba mistrza, inicjacji, tradycji. z drugiej strony - wiekszosc praktykantów na świecie przez większość historii nie miała dostępu do zadnego z tych. kobiety robiące obrzędy domowe na wsi nie miały mistrzów, mialy babkę i sąsiadkę. moze za bardzo romantyzujemy tę inicjacyjną ścieżkę
Dewanna trafia w sedno. w słowiańskiej praktyce nigdy nie było czegoś takiego jak "mój osobisty duch opiekuńczy" w sensie wyłącznej relacji jeden-na-jeden. duch domowy był duchem domu... czyli był zakorzeniony w całej strukturze rodzinno-sąsiedzkiej. kiedy ktoś miał z nim problem to nie siedział sam w pokoju i nie próbował tego rozgryźć. szedł do kogoś starszego. kontekst wspólnotowy był wbudowany w samą strukturę wierzenia
właśnie to mnie uderza w tej dyskusji. ze model "paktu" jest może bardziej zachodnioeuropejski i nowożytny - taki Faust, umowa, warunki, strony. a starsze wierzenia mają cos bliższego temu co Hortensja nazwała współpracą z krajobrazem. i moze ta roznica nie jest tylko estetyczna - moze te dwa modele naprawde inaczej działają na psychikę
hej, trochę się zgubiłem w tej dyskusji ale mam pytanie. mówicie o psychice, o zależności, o tym że relacja może być toksyczna. ale skąd wiecie że te relacje w ogóle są realne a nie że to po prostu projekt psychiki? bo moze całe to "działanie na psychikę" to jest dosłownie cała historia - nie ma ducha, jest tylko to co człowiek sam z siebie tworzy?
ale czy to nie jest ważne pytanie?? bo jeśli to tylko psychika to może wystarczy iść do psychologa zamiast robić rytuały zamknięcia i wszystko
słuchajcie, ja rozumiem że ta dyskusja o "tylko psychika czy nie" jest filozoficznie ciekawa ale na poziomie praktycznym - i tu zgadzam się z Piotrek53 - nie zmienia nic co do skutków. czlowiek który śpi 3h na dobę bo "czuwa przy kontakcie z duchem", zaniedbuje relacje i pracę, i myśli wyłącznie o tej jednej obecności - ten czlowiek potrzebuje pomocy niezależnie od tego czy ta obecność jest realna
Zgoda, dobra, rozumiem. ale to znaczy że właściwie każde mocne zainteresowanie jakimkolwiek tematem może być "toksyczną relacją"? bo jak ktoś śpi mało i zaniedbuje relacje przez gry komputerowe to też potrzebuje pomocy, nie?
Idzik to jest naprawde dobry punkt, bo gdzie jest granica miedzy pasją a obsesją, i czy to ze duch jest w środku tego obsesyjnego zainteresowania sprawia ze jest gorzej? hm
