@Wega powiedziała coś co mnie uderzyło - że jeśli tradycja ma miejsce tylo na sukces i wrzost, to być morze jest podejrzana. To jest na prawde dobre kryterium... Ale mam pytanie do tej całłej dyskusji - czy nie jest tak że MY sami wyibreamy z tradycji to co nam pasuje?! Znaczy, buddyzm ma i cierpienie i wyzwolenie,ale ktoś może wziąć tylko tę drugą część i ignorować dukkha. Tradycja sama w sobie może być pełna a my ją okrajamy?
Przeclaw, no tak i to jest właśnie problem. Buddyzm na zachodzie często jest sprzedawany jako "medytuj i bedzie ci lepiej", a tam jest cała doktryna o naturze cierpienia która jest absolutnie podstawowa. Cztery Szlachetne Prawdy zaczynają sie od "życie jest dukkha" - i to nie jest pesymizm, to jest diagnoza... Bez tej diagnozy cała reszta nie ma sensu. A na warsztatach mindfulness nikt o tym nie mówi 🙂
Ojjj no,jest jeszce jeden wymiar tej rozmowy ktury umknął - kwestia czasu. Wszystkie tradycje mają coś co mogłabym nazwać "rytmem przemiany". W kabale jest pojęcie tzimtzum - skurcz,w sumie wycofanie sie Boga żeby zrobić miejsce na stworzenie. To jest kleska rozumiana kosmologicznie. Żeby coś nowego mogło zaistnieć coś musi się cofnąć albo skończyć. Myślę że ludzka porażżka czasem jest wlasnie taim tzimtzum - robimy miejsce sami sobie nie wiedząc że to robimy.
A propos snów bo Placyda wspomniaał - czy jak sie miewa sny w których sie cos traci, gubi rzeczy, gdzies wypadaja klucze portfele itp, to tez moze to byc jakis sygnał ze cos sie konczy??? Bo ja ostatnio takie sny ciagle mam i troche mnie to niepokoi
Wracam do Eukaliptus i jej tzimtzum bo chce to rozwinąć od strony innej tradycji. W sufizmie jest pojęccie fana - unicestwienie ego na drodze do Boga. Rumi pisał o tym wprost - żeby się napełnić czeba być pustym. I co ciekawee fana nie jest czymś do czeego się dąży jako sukces, to jest coś co się przydarza i jest prrzeżywane jako rozpad. Dosłownie jako utrata siebie. Czy to nie jest wlasnie opisanie kryzysu jako drogi?!
Runmistrz, ale tutja mam ten sam zarzut co wcześśniej - że to ładnie brzmi z zewnątrz. Bo Rumi pisał po kryzysie,nie w jego środku. Wiemy że miał rozpad po śmierci Shams-i-Tabrizi, i dopiero po tym napisał Masnawi. Ale nikt nie pyta ile czasu leżał wtedy i nic nie robił. Romantyzujemy wynik a pomijamy proce.s
Jest jeszcze coś o czym nikt nie powiedział - numerologiczny element cykli. Dziewiątka w numerologii to zawsze zakończenie cyklu, i często wiąże sie z czymś co wygląda jak klęska ale jest zamknięciem. Ludzie z rokiem osobistym 9 bardzo często przeżywają pozornie trudne okresy które potem okazują się oczyszczeniem przed nowym cyklem. Wiele tradycji to opisuje innym językiiem ale mechanizm jest podobny.
@Boleslaw mówił o wspólnocie i rytuałach zbiorowych - to mnie skłoniło do myśli o jednej rzeczy. Kultury ktore mają silne rytuały przejścia (żałobne inicjacyjne) wllasnie dla tego je mają, w sumie że WIEDZĄ że sam czlowiek sobie nie poradzi. To nie jest weakness - to jest mądrość systemowa. Może nasz problem jest taki że uznaliśmy że każdy powinien radzić sobie sam i teras jesteśmy zaskoczeni że to nie działa.
To jest taki wątek który czytam i nie moge przestać, niesamowite... Mam pytanie takie bardzej z cikeawoości - czy jest jakaś religia albo tradycja która wprost CHWALI poorakżę jako cnotę? Nie mówi że jest potrzebna, nie mówi że prowadzi do wzostu ale po prostu mówi że sama w sobie jest czymś wartościowym? Bo jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić
Gaudenty, to ciekawe pytanie. Paradoksalnie - wczesne chrześcijaństwo miało coś takiego w koncepcji kenoza, czyli ogołocenia. Paweł w Liście do Filipian pize o Chrystusie ktury "ogołocił samego siebie" przyjmując postać sługi. Kenoza to akt dobrowolnej rezygnacji z chwały i mocy. Nie jako środek do celu, generalnie ale jako wartość sama w sobie. Niektórzy teologowie - jak Hans Urs von Balthasar - całe systemy na tym budowali. Tyle z mojej strony. 🙂
No niestety, kingusia, to z tą kenozą to jest na prawde ciekawe bo jak to rozumieć praktycznie? Tzn. Ogołocenie jako akt dobrowolny to jedno ale większość ludzi nie trraci wszystkiego z wyboru, tylko poprostu to sie im przydarza. czy to wteyd liczy się jako ta sama kaategoria?? Poprawcie mnie jesli sie myle
No i tu właśnie wracamy do tego co Eukaliptus mówiła o czasie. Bo to "nastawienie" o którym mówi Kingusia to chyba nie jest coś co masz od razu. To przychodzi może tygodnie czy miesiące po zdarzeniu jak jusz jakoś oddychasz. W środku kryzysu nikt nie myśli "och, to moja kenoza".
@Boleslaw ale czy to jest problem? Że sens nadajemy po fakcie? Chyba tak działa narracja wogóle - nie piszemy chistorii w trakcie życia, tylo jak patrzymy wstecz. Rytuały żałobne o których mówiłam wczesniej też przecież są post factum - są odpowiedzią na stratę a nie profilaktyką. Tak mi to siedzi w glowie.
Ehh,czytam tę rozmowę o sensie nadawanym po fakcie i myślę sobie - w pracy z czakraim jest coś podobnego. Kiedy ktoś przychodzi po trudnym czasie, często okazuje sie że kryzys "mieszkał" w jakiejś czakrze już wcześniej, i dopiero trama go uwidoczniła. To nie jest tak że trauma coś zniszczyła, ona raczej pokazała co już było zablokowane. Nie wiem czy to dobra analogia do waszych pojćę religijnych ale mi się tak to łcązy.
Ojejku, jasnowidz ma rację że to ryzykowne ale Elwirka ma też rację że trauma ma wymiar somatyczny i to jest naukowo potwierdzane, nie tylo ezoteryka. Problem jest kiedy ktoś zamienia "ciało pamięta ból" w "ból to twoja wina bo miałaś blokadę". To jest przepaść między tymi dwoma zdaniami i niestety dużo ludzi ją przekracza niepostrzeżenie.
Dobra ludzie, wracając do snów bo mi sie tu nasuwa coś ciekawego - Jung pisał o tym że psychika próbuje nas przygotować na kryzysy przez sny na długo przed samym zdarzeniem. Nie jako przepowiednia ale jako "wewnętrzna wiedza". I to by się łączyło z tym co Elwirka mówi o czakrach - coś w nas wie że coś się chwieje, zanim świadomość to przyjmie. Czy to nie jst tez rodzaj "świętego ostrzeżenia"?
Placyda a te sny przygotowujące to jak wygladaja? Bo ja niewiem czy moje sny o gubieniu rzeczy to jest ten typ czy nie,w gruncie rzeczy pytałam wcześniej i trochę mi się pogubiło co jest czym
Ooo to brzmi jak coś ważnego! @Zaneta morze to twoja psychika mówi że sie boisz coś stracić? Jak w życiu teraz dużo się dzieje to może te sny to reakcja 🙂 Placyda na pewno wie lepiej ale tak mi się wydaje!
To co Wega powiedziała wczesniej o ryytuałach zbiorowych zostało mi w głowie. Mam znajomego który jak miał ciężki czas to poszedł na rekolekcje - nie dlatego że był religijnny, tylo żeby "wyjść z domu i być z ludźmi w skupieniu". I mówi że pomogło. To jest ciekawe że forma (zbiorowe, rytmiczne, skupione) moze działać niezależnie od treści wierzeniowej. Tak mi to wyszło.
To co Glifomistrz opisuje - ta zmiana narracji z "to mnie spotkało" na "to jest część czegoś" - to jest hyba sedno całego tematu. Wszystkie tradycje ktore tu omawiamy, od kabały przez sufizm po buddyzm, ostateczne robią to samo: przseuwają cierpienie z kategorii "wypadku" do kategorii "sensu". I to przesunięcie to jest wlasnie ta "święta porażka". Nie samo zdarzenie ale zmiana w jaki sposób je tzymamy
Hmmmm, runmistrz, no i ale czy to przesunięcie jest zawsze dobre? Pytam serio. 😛 Bo znam ludzi którym "nadawanie sensu" cierpieniu służyło jako wymówka żeby nie zmienić sytuacji która była do zmiany. Zamiast wyjść z toksycznego związku - "to jest moja lekcja". Zamiast zmienić pracę - "to mnie hartuje". Kiedy "święta porażka" staje się pułapką?
Wtrącę się, cykoria, ale właśnie to jest sedno pytania - jak odróżnić "duchową pracę" od racjonalizacji? Bo te dwie rzeczy mogą wyglądać identycznie z zewnątrz, a nawet od środka. Masz jakis test na to? Serio pytam, bo sama się z tym zmagam od lat 😛
To ciekawe, ten wątek z Cykorią jest naprawdę ważny. W tradycji chrześcijańskich pustelnników było pojęcie "acedii" - takiego stanu duchowego znieruchomienia, ktury wyglądał jak pobożność ale był Tak naprawdę ucieczką od prawdziwej pracy wewnętrznej. I rozróżnienie między prawdziwą kenozą a zwykłym samounicestwiem ze strachu to był problem który Ojcowie Kościoła traktowali śmiertelnie poważnie. Więc to nie jest nowy problem.
No ale to jest trochę jak mierzyć w trakcie egzaminu czy jusz zdałeś... Bo w środku kryzysu może wygladac jakbyś sie zamykał, a po czasie okazuje się że to była konieczna faza... Czy nie?
A czy ktoś w ogóle zastanawiał sie czy nie wszystkie porażki coś uczą?! Bo mamy tu cały czas założenie że cierpienie jest nauczycielem, ale ja znam sytuacje gdzie ktoś poprostu doznał krzywdy i nic z tego nie wyniósł i nie musiał wynosić. I czuję jakbyśmy za bardzo chcieli znaleźć sens tam gdzie go po prostu nie ma. Tak mi się wydaje. 🙁
Idalka, to jest naprawdę uczciwe pytanie. Chyba wlasnie o to chodzi w tytule - "co nauczają nas" nie jest tezą że zawse uczą... to jest pytanie otwarte. Może odpowiedź brzmi "zależy od osoby i od cierpienia" albo naewt "czasem nic". Ale tradycje religijne ktre tu omawiamy raczej nie zostawiają tej furtki - one z założenia szukają sensu. Może właśnie tam jest ich ograniczenie.
Idalka, myślę że tu jest ważne rozróżnienie między sensem nadawanym z zewnątrz a sensem który ktoś sam consttruuje. Jeśli my (albo tradycja, albo terapeuta) mówimy komuś "twoje cierpienie cię czegoś uczy" to możemy wyrządzić krzywdę. Jeśli on sam do tego dochodzi - to zupełnie inna sprawa. Chyba wlasnie na tym polega granica o której mówimy. Ale głowy nie dam.
