Temat, który chcę tu poruszyć, krąży mi po głowie od jakiegoś czasu. Chodzi o przemianę jako rdzeń doświadczenia religijnego i mistycznego - nie w sensie metafory, ale dosłownej zmiany formy, tożsamości, istoty. Bogowie, którzy stają się zwierzętami, ludźmi, żywiołami. Wtajemniczeni, którzy 'umierają' i rodzą się jako coś innego. Szamani przybierający postać duchów. We wszystkich tradycjach jest jakiś wariant tej samej struktury: żeby wejść głębiej, trzeba najpierw przestać być tym, czym się było. Chciałam zapytać - czy ktoś z was traktuje to porównawczo? Czy widzicie wspólny wzorzec za tymi przemianami, czy raczej każda tradycja ma tu swoją odrębną logikę?
Dla mnie ten wzorzec jest bardzo wyraźny, szczególnie w tradycjach nordyckich. Odyn wisi na Yggdrasilu dziewięć dni, 'ofiarowany sam sobie' - i z tej symbolicznej śmierci wychodzi z runami. To nie jest nagroda z zewnątrz, to przemiana przez unicestwiające doświadczenie. Podobnie Sigurd, który po zjedzeniu serca Fafnira zaczyna rozumieć mowę ptaków - staje się czymś między człowiekiem a duchem. Runy zresztą same w sobie są zapisem takich progów. Ale ciekawi mnie, czy ktoś porównywał to z misteriami eleuzyńskimi, bo tam struktura jest chyba jeszcze wyraźniejsza.
Czytam to z uwagą i chcę dodać coś, bo myślę, że gubimy jeden wymiar tej rozmowy. Mówicie dużo o przemianach bogów jako wzorcach dla adeptów, ale warto zapytać - co z przemianami, które są karą albo degradacją? Aktajon zamieniony w jelenia przez Artemidę. Kirke zamieniająca ludzi w świnie. Te metamorfozy mają odwróconą strukturę - zamiast wtajemniczenia jest utrata człowieczeństwa. Czy to inna kategoria, czy odwrotna strona tego samego procesu?
Przepraszam że się wtrącam, bo jestem tu raczej żółtodziób jeśli chodzi o mitologię, ale to co piszecie o Aktajoni bardzo mnie zastanowiło. Czy jest jakiś przypadek w greckich mitach gdzie ktoś przechodzi taką metamorfoze i wychodzi z niej jako wtajemniczony, nie jako ofiara? Mam w głowie tylko Tejrezjasza, który zmienił płeć i potem stał się prorokiem, ale nie jestem pewna czy to ten sam typ.
Słuchajcie, wychodzi mi z tej rozmowy coś, o czym nie pomyślałam wcześniej. Jeśli dwupłciowość, bycie 'między', to marker inicjacyjny, to czy Dionizos nie jest tu kluczowy? On jest bogiem, który ma wyraźnie 'miękkie' cechy, jest niejednoznaczny, przychodzi z zewnątrz - i jego misteria też obejmowały przemiany. Co więcej, jego wyznawcy w ekstazie stawali się czymś więcej niż sobą. Mam poczucie, że dionizyjski model jest osobną gałęzią tej całej struktury.
Wtrącę się w tę dyskusję o rozczłonkowaniu, bo dla mnie to jedna z kluczowych struktur, które widać w tarocie. Karta Śmierci i Wieża to właśnie ten motyw - coś musi się rozpaść, żeby mogło powstać coś nowego. Ale co mnie uderza w tym co napisała Nocnica - czy ktoś wie, czy w egipskich misteriach Ozyrysa wtajemniczeni też dosłownie 'przeżywali' rozkład jako doświadczenie rytualne, czy to był tylko symboliczny dramat?
Czytam tę rozmowę od początku i mam wrażenie, że wszyscy mówicie o przemianach bogów albo wielkich wtajemniczonych, ale ja zastanawiam się - czy te wzorce działają też na poziomie zwykłego człowieka, który nie jest szamanem ani mistykiem? Czy np. ciężka choroba, kryzys życiowy, mogą być formą takiej 'nieplanowanej inicjacji'? Pytam, bo sama przez coś podobnego przeszłam i retrospektywnie mam poczucie, że coś się we mnie fundamentalnie zmieniło. Nie wiem jak to interpretować.
Właściwie to samo chciałam zapytać co Esoterica, bo ja też mam takie wrażenie po bardzo trudnym okresie w życiu. Ale bardziej mnie ciekawi - skoro mówicie o różnych tradycjach, to czy jest jakaś, która ma najbardziej 'przyjazny' system dla kogoś, kto przechodzi taką przemianę bez mistrza, bez rytuału, sam? Jakaś ścieżka, która tłumaczy co się właściwie dzieje?
Wchodzę bo tantra to moja działka. W tantrze - szczególnie lewej ścieżki - przemiana jest bardzo dosłowna: używasz tego, co 'zabronione' albo 'nieczyste', żeby rozbić konwencjonalną jaźń. Ale mam pytanie do Nocnicy - kiedy mówisz o sufickim fana, to czy widzisz strukturalną różnicę z buddyjskim anatman, niejaźnią? Bo na pozór to podobne, ale myślę, że mechanizm jest bardzo różny. Sufizm zachowuje 'mnie' jako tego, który się unicestwia, buddyzm kwestionuje samo to 'ja'.
To co Syriana napisała jest kluczowe i chyba rozbija jeden zbyt wygodny wniosek, do którego zmierzaliśmy - że wszystkie tradycje mówią 'to samo'. Nie mówią. Struktury przemiany mogą wyglądać podobnie z zewnątrz, ale ich ontologia jest zupełnie różna. W jednym przypadku tracimy fałszywe ja, żeby ujawnić prawdziwe. W innym tracimy poczucie ja w ogóle. To dwie bardzo różne 'metamorfozy'. Ciekawe czy ktoś przeżył coś, co pasowałoby bardziej do jednej niż do drugiej.
Słuchajcie, ja jestem tu totalnie zielona i może zadam głupie pytanie, ale skoro mówicie o bóstwach które się zmieniają - to czy te przemiany bogów w mitach miały jakiś cel praktyczny dla wyznawców? Znaczy, czy ludzie odprawiali jakieś rytuały żeby samemu dostąpić takiej przemiany, czy to były tylko opowieści? Bo ja do tej pory myślałam że mity to jest trochę jak bajki, ale z tego co piszecie to wynika że nie.
No i dobrze że zapytałam, bo Nocnica odpowiedziała mi przed chwilą ale ja dalej nie rozumiem jednej rzeczy. Czy te rytuały, np. te eleuzyńskie co Antek opisywał, były dostępne dla wszystkich czy tylko dla jakiejś elity? Bo jak słucham o tych przemianach to mam wrażenie że to było coś zarezerwowanego dla wtajemniczonych, a zwykły Kowalski mógł co najwyżej popatrzeć z boku.
Martusia, ale czy to nie jest trochę późniejsza interpretacja? Bo mam wrażenie, że w czasach, kiedy te mity żyły, były jednak otoczone konkretną strukturą społeczną - wołwi, seidrkonur, gothar. Solowa ścieżka bez mistrza to może bardziej nowożytny romantyzm. Nie twierdzę, że masz całkowicie rację albo nie, naprawdę nie wiem, pytam.
Zostańmy przy tym pytaniu Balbinki, bo mi się wydaje, że ono dotyka czegoś ważnego dla całej tej rozmowy. Mam tezę: w większości tradycji, które omawiamy, jest coś, co bym nazwała 'przemianą minimalną' - dostępną bez inicjacji, i 'przemianą pełną', która wymagała rytuału lub mistrza. Misterion w Eleusis, tak jak mówiła Celestynka, było możliwością otwartą, ale stopień wyższy - epopteia, oglądanie świętych przedmiotów - był już czymś innym. W sufizmie możesz czytać Rumiego i coś czuć, ale formalna ścieżka tariqa jest czymś innym. Czy ktoś zna tradycję, która odwraca tę strukturę - gdzie bardziej dostępna jest ta głębsza forma?
Nocnica, to bardzo ciekawe pytanie. Zastanawiam się czy chaosmagia nie jest takim odwróceniem - tam wejście jest bardzo niskie, zero hierarchii, zero wymagań wstępnych, a 'głębokość' zależy tylko od tego, co sam jesteś w stanie zaabsorbować. Ale czy to jest tradycja w sensie, o którym rozmawiamy? Nie ma przecież bóstw, które by 'przechodziły' transformację jako wzorzec. Albo ma? Jak byś to widziała?
Wracam do czegoś, co Domicela05 rzuciła wcześniej o Dionizosie i o tym, że różne punkty wyjścia dają różne doświadczenia. Mam pytanie do wszystkich: czy w systemie, który ktoś z was praktykuje, jest jakiś moment, który da się porównać do tego rozczłonkowania? Nie metaforycznie, ale tak, że naprawdę coś się sypie? Bo w pracy z tarotem widzę, że ludzie trafiają na Wieżę i pytają 'co to oznacza', a ja coraz częściej myślę, że pytanie powinno być 'co ona rozbija'.
Słuchajcie, przepraszam że wchodzę z osobistym wątkiem, ale to co Kasandra pisze bardzo mi coś otwiera. Ja miałam kilka lat temu taki moment kiedy wszystko się posypało i naprawdę nie wiedziałam kim jestem. I teraz, czytając tę rozmowę, po raz pierwszy widzę to w jakimś szerszym kontekście. Ale chcę zapytać o coś praktycznego - czy te tradycje, które tutaj omawiacie, dają jakieś konkretne wskazówki co robić kiedy się jest w tym 'rozczłonkowaniu'? Czy tylko mówią 'wytrzymaj'?
Terenia, myślę, że to liczy. Zikr jest formą, ale forma wyrasta z czegoś, co jest wcześniej. W tradycji chrześcijańskiej mistycy - Jan od Krzyża, Mistrz Eckhart - opisują 'ciemną noc duszy' jako dokładnie ten stan, który opisujesz. I ich odpowiedź nie jest 'zrób to i to', tylko 'zostań w ciemności bez uciekania'. To nie 'wytrzymaj' w sensie zaciśnij zęby, ale 'bądź obecna w tym, co jest'. Brzmi prosto, jest nieludzko trudne.
Czytam wasze posty i mam pytanie może trochę z boku, ale wydaje mi sie powiązane. Mówicie o bogach przechodzących przez przmianę jako wzorzec dla ludzi. Ale co z tradycjami, gdzie bóg nie przechodzi przemiany, tylko jest niezmienny? W chrześcijaństwie Bóg jest niezmienny, a jednak Chrystus przechodzi przez śmierć i zmartwychwstanie. Jak to się trzyma razem?
Właściwie nigdy tutaj nie piszę, ale ten wątek o kenozie i bogach zmieniających formy mnie zatrzymał. W tarocie jest karta Kołowrót Fortuny i zawsze myślałam, że chodzi o zmianę losu, ale teraz czytając was zastanawiam się, czy nie chodzi o coś bardziej strukturalnego - że samo bycie w cyklu jest formą przemiany, nawet jeśli żaden jeden moment nie wygląda dramatycznie.
Syriana, to co piszesz o Saturn Return bardzo mnie zastanawia. Bo jeśli dobrze rozumiem, to cykl zamknięty - Saturn wraca i jakby powtarza próg. Ale czy wtedy przemiana jest 'ta sama', czy za każdym razem inna? Bo w mitach bogowie przechodzą przez metamorfozę raz i to zmienia ich na zawsze - Odyn nie wisi na Yggdrasilu dwa razy.
To co mówi Syriana bardzo pasuje do runicznych cykli - są runy, które pojawiają się w aettach jako progowe, jak Hagalaz, i jest teoria, że każde przejście przez nie otwiera inną warstwę tej samej energii. Odyn wisząc raz otworzył wzorzec, ale każdy, kto idzie za nim, otwiera go dla siebie na nowo. Czy to nie jest właśnie to, co odróżnia mit od rytuału - mit dzieje się raz, rytuał odtwarza go wielokrotnie?
Martusia, trafiasz w coś, co chciałam od dawna powiedzieć - ale czekałam, żeby wątek sam do tego doszedł. Właśnie ta opozycja 'raz na zawsze' w micie kontra 'powtarzalna inicjacja' w rytuale jest moim zdaniem kluczem do zrozumienia, dlaczego tak wiele tradycji ma kilka stopni wtajemniczenia. Przemiana nie jest zdarzeniem, jest procesem rozłożonym na kolejne formy. Dionizos jest rozczłonkowany i złożony na nowo - i to może dziać się wielokrotnie w różnych wersjach mitu. Pytanie do Kasandry: jak to wygląda w sekwencji Wielkich Arkanów? Czy jest jeden moment przemiany, czy jest ich kilka?
Nocnica, kilka - zdecydowanie. Głupiec wychodzi, ale zanim dojdzie do Świata, przechodzi przez Śmierć, Wieżę i Gwiazdę jako trzy różne rodzaje przełomów. Śmierć to rozpad formy, Wieża to rozpad struktury, Gwiazda to otwarcie po upadku. Każda jest przemianą innego rodzaju. I nie są ułożone od 'łatwiejszej'. Wieża jest chyba najtrudniejsza, choć przychodzi po Śmierci.
Kasandra, ja myślę że czułam i jedno i drugie, ale nie w tej kolejności co w Arkanach. Czy to ma znaczenie, że u mnie najpierw było coś jak Wieża, a potem dopiero coś jak Śmierć - czyli najpierw runął fundament, a potem powoli obumierały szczątki? Czy to w ogóle istotne dla tego, czym ta przemiana jest?
To co Terenia opisuje jest podobne do czegoś, o czym czytałam w kontekście inicjacji afrykańskich - nie tych wielkich rytualnych, ale tych przez chorobę lub kryzys. W tradycjach Joruba i blisko spokrewnionych choroba może być wezwaniem orishy, nie przypadłością. Czy ktoś z was zna ten wątek lepiej? Bo mi się wydaje, że to pasuje do metamorfozy przez cierpienie.
Słuchajcie, a czy nie jest tak że każda tradycja jakoś rozwiązuje ten problem dostępności? Bo rozmawiamy o Eleusis, o Joruba, o nordyckich strukturach społecznych - i wszędzie pojawia się to samo napięcie: głęboka przemiana wymaga struktury, ale nie każdy ma do niej dostęp. Czy to nie jest powód, dla którego mistyka wewnętrzna - gnoza, sufizm, hesychazm - rosła właśnie tam, gdzie struktury instytucjonalne były za drogie albo za daleko?
