Antek i Labradoryt, myślę że możemy to połączyć z głównym tematem. Przenośna inicjacja to nie tylko wygoda logistyczna - to zmiana w samej koncepcji przemiany. Jeśli wzorzec boga-który-się-przemienia może być przeżyty wewnętrznie, bez miejsca i bez kapłana, to forma przemiany sama się transformuje. Mistyka internalizuje mit. I tu jest pytanie, które mnie najbardziej ciekawi: czy ta internalizacja coś traci, czy tylko zmienia medium?
Nocnica, chcę zapytać o to 'tracenie'. Bo praktykuję od kilku lat i większość tego co robię jest solowa, bez nauczyciela, bez inicjacji w formalnym sensie. I zastanawiam się czy to co czuję po głębszych rytuałach jest 'przemianą minimalną' o której pisałaś wcześniej, czy czymś pełnym. Skąd w ogóle można to wiedzieć?
Jola i Kasandra dotknęły czegoś, co w mitologii przemian pojawia się konsekwentnie - bóg po metamorfozie nosi znak. Zeus po Tytanomachii ma blizny symboliczne w tradycji orfickiej, Odyn ma oko bez wzroku, Ozyrys po złożeniu w całość nie jest identyczny z tym sprzed rozczłonkowania. Blizna nie zaprzecza przemianie - ona ją poświadcza. Może to jest właśnie różnica między przemianą a zwykłą zmianą nastroju: zmiana mija bez śladu, przemiana zostawia strukturalny znak.
Nocnica, to co mówisz o bliznach bogów mnie zatrzymało. Czyli oni też nie wracają do punktu zero po przemianie? Zawsze myślałam o mitach tak, że bóg się przemienia i jest znowu cały, jakby nic się nie stało. A ty mówisz, że Ozyrys po złożeniu jest inny niż przed? Co konkretnie jest inne?
To jest dokładnie to, co mnie zawsze uderza w rytuale Candomblé przy przejściu przez próg pełnej inicjacji - osoba, która przeszła, nie wraca do zboru jako ta sama. Zmienia się jej imię, jej relacja do orishy, jej miejsce w hierarchii wspólnoty. Blizna jest tu dosłowna - w niektórych tradycjach nóbr robi się małe nacięcia jako znak przynależności. Ale pytanie do Nocnicy - czy jest tradycja, gdzie blizna jest celowo ukryta? Gdzie przemiana ma być niewidoczna na zewnątrz?
Wchodzę z astrologicznej strony, bo mam wrażenie że ta rozmowa o bliźnie i zmianie domeny pasuje do czegoś, co widzę w progresji wtórnej - gdy Słońce progresywne zmienia znak, to nie 'wychodzi' ze starego znaku jak z pokoju. Ono niesie go ze sobą jako fundament i otwiera nową jakość na wierzchu. Nie ma cięcia, jest nakładanie. Czy to nie jest właśnie ta 'blizna jako fundament' o której mówi Nocnica?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie, może głupie - czy ta 'przemiana z blizną' o której mówicie musi być bolesna? Bo macie tu Odynawieszającego się na drzewie, Ozyrysa rozczłonkowanego, inicjacje z nacięciami - wszystko jest traumatyczne. Czy jest jakaś tradycja, gdzie przemiana boga lub wtajemniczonego jest łagodna i nie wymaga cierpienia?
Celestynka, to zdanie 'boli ale ma kierunek' chyba najkrócej opisuje coś, nad czym ta dyskusja krąży od dłuższego czasu. Zastanawiam się czy to jest coś, co można rozpoznać w trakcie, czy dopiero po. Bo jeśli jest się w środku kryzysu, skąd wiadomo że ma kierunek, a nie jest po prostu rozsypką?
Wchodzę bo słucham od początku i mam pytanie trochę z innej strony - czy te przemiany bogów, o których mówicie, zawsze zaczynają się od zewnętrznego czynnika? Odyn wisząc zrobił to sam sobie, ale Ozyrys był rozczłonkowany przez Setha. Czy jest coś znaczącego w tym kto lub co inicjuje przemianę - bóg sam, inny bóg, czy może siła bezosobowa? Bo wydaje mi się, że to zmienia sens mitu.
Nocnica, to rozróżnienie między ascezą a pasją jest bardzo konkretne. Ale mam pytanie - czy ta różnica ma znaczenie dla efektu? Odyn wisi dobrowolnie, Ozyrys jest łamany siłą, ale obaj wychodzą ze swojej przemiany jako coś innego. Czy droga dojścia zmienia to, co się dostaje na wyjściu?
Dionizos to ciekawy przypadek właśnie dlatego, że jakby zbiera obie ścieżki. Czy w kulcie dionizyjskim to podwójne przejście jest jakoś zaznaczone? Czy wtajemniczani musieli przechodzić przez dwa etapy właśnie dlatego?
To co Nocnica mówi o aktywnym versus reaktywnym efekcie przemian - w runach widać to dosłownie w podziale na Aettir. Runy Freyji to procesy które się dzieją tobie, runy Heimdala to co sam inicjujesz, runy Tyra to co wynika ze spotkania z koniecznością. I te trzy ścieżki dają różne typy mocy. Ciekawe że mitologia nordycka jakby skodyfikowała to, co Nocnica opisuje jako intuicję.
Słucham tej rozmowy o dobrowolności kontra wymuszeniu i zastanawiam się - w astrologii tranzyt Plutona jest zawsze wymuszony, nikt go nie zaprasza, ale tranzyt Jowisza bywa zaproszony przez intencję. Czy to da się nałożyć na ten podział? Pluton jako Seth, Jowisz jako Odyn sam siebie zapraszający?
Słuchajcie, wracam do tego co mówiłam o Candomblé, bo ta rozmowa o dobrowolności mnie ciągnie z powrotem. W obrzędzie iaô - osoba inicjowana - nie decyduje kiedy przychodzi jej czas na pełną inicjację. Decyduje orisha przez wyroczni. Więc to nie jest ani czysto wymuszone jak u Ozyrysa, ani czysto dobrowolne jak u Odyna. To jest odpowiedź na zaproszenie, którego nie ty wysłałeś. Jak to by się miało do waszego podziału?
Tak, to jest właśnie fundamento - każda osoba po pełnej inicjacji ma swoje zadanie w obrzędzie i w życiu wspólnoty. Nie generalne 'jesteś teraz mądrzejsza', ale konkretna funkcja. I co ciekawe - to zadanie jest powiązane z charakterem orishy, nie z tym co sama wtajemniczana chciałaby robić. Czyli orisha powołuje do swojej domeny.
Moment - czy to znaczy, że w tym modelu powołania, który opisuje Domicela i Nocnica, przemiana nie jest dla ciebie jako osoby, tylko dla czegoś większego? Bo jeśli dostajesz misję a nie moc, to komu to służy?
Wracam do tego co wcześniej powiedziała Celestynka o przemianie przez rozkosz a nie ból - czy w praktyce wygląda to tak, że jeśli coś jest przyjemne, to nie jest przemiana? Bo mam wrażenie, że zawsze jak czytam o inicjacji, to ktoś coś traci, cierpi, bywa sam. Czy naprawdę nie ma ścieżki bez tego?
To przekroczenie progu - czy ono musi być świadome? Bo w mitach bogowie jakby zawsze wiedzą że przechodzą przemianę. Odyn wie co robi, Ozyrys nawet jeśli to mu narzucono, to jego mit jest pełen świadomości. Ale człowiek w kryzysie zazwyczaj nie wie że jest w inicjacji. Czy nieświadome przekroczenie liczy się tak samo?
Czyli rozumiem że bez przewodnika kryzys to po prostu kryzys, nie inicjacja? Ale co jeśli ktoś nie ma dostępu do żadnego mistrza, starszego, żadnego babalawo - i i tak przechodzi przez coś co wygląda jak próg? Czy to się po prostu nie liczy?
To mnie zastanawia - czy forma przemiany determinuje kto może być przewodnikiem? Bo jeśli Hagalaz rozbija, to potrzebujesz kogoś kto przeżył rozpad. Nie możesz być prowadzony przez kogoś kto ma za sobą tylko Berkano, czyli łagodny wzrost. Albo inaczej: czy jakość przewodnika musi odpowiadać jakości przejścia?
Słucham o tym rozkładaniu i składaniu i mam pytanie może naiwne - czy te tradycje mówią coś o tym co zostaje z poprzedniej formy? Znaczy, czy to co jest 'przepisane' to coś zupełnie nowego, czy jest ciągłość z tym co było przed? Bo mam wrażenie że dla mnie to jest serce tego tematu - czy po przemianie jesteś tym samym kim byłaś.
To jest kluczowe pytanie dla całego tematu świętych metamorfoz. W mitach mamy dwa modele. Pierwszy - przemiana jako zamiana: stary Odyn umiera na drzewie, nowy Odyn schodzi z drzewa, jest to ciągle Odyn ale nie dokładnie ten sam. Drugi - przemiana jako ujawnienie: Dionizos nie staje się bogiem przez inicjację, on jest bogiem który zostaje rozpoznany. W pierwszym modelu coś ginie. W drugim - nic nie ginie, tylko zmieniamy co widzimy.
Ten drugi model - przemiana jako ujawnienie - brzmi dokładnie jak inicjacja w Candomblé. Mówi się że orisza jest już w osobie, inicjacja nie wprowadza go z zewnątrz, tylko toruje drogę żeby mógł się manifestować. Więc iaô po inicjacji nie jest nową osobą, jest tą samą osobą która teraz ma 'otwarte drzwi'. Czy to znaczy że w tym modelu można mówić że poprzednia forma nie umiera, tylko ustępuje?
Mam pytanie może głupie ale nie rozumiem jednej rzeczy - skoro te tradycje mówią że bóg jest w tobie od początku, to po co w ogóle inicjacja? Jeśli Dionizos jest w tobie, czy orisza jest w tobie, to co robi rytuał? Czy to nie jest trochę jak powiedzieć że ogień jest w drewnie od zawsze i tylko podpalenie go ujawnia? Ale bez podpalenia drewno nie płonie.
Ale to oznacza że każdy człowiek jest takim drewnem z ukrytym ogniem i nie każdy go uruchomi? Czy są ludzie którzy po prostu nigdy przez żadną metamorfozę nie przejdą? Czy to jest możliwe żeby przejść przez całe życie bez żadnego progu?
To 'próg który przychodzi i nie jest rozpoznany' - to brzmi jak coś bardzo smutnego. Czy jest jakaś tradycja która mówi co się wtedy dzieje? Czy masz drugą szansę, czy to przepada?
Słucham tej rozmowy od początku i mam praktyczne pytanie do Nocnicy albo Celestynki - skoro ten moment płynny, bez formy, jest tak kluczowy, to co w praktyce rytuałów go symbolizuje albo wywołuje? Bo mówicie dużo o symbolice, ale mnie interesuje czy jest coś co w konkretnym rytuale odpowiada temu środkowi poczwarni. Czy ktoś to celowo wprowadza w przestrzeń ceremonii?
