Wiecie, ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad czymś, co pewnie większość z was też przeżywała, bo to takie universalne... mam na myśli te momenty kiedy coś pójdzie nie tak, popełnisz jakiś błąd, i nagle okazuje się, ze właśnie dzięki temu błędowi coś ważnego się wydarzyło. Zadzwoniłaś pod zły numer i poznałaś kogoś kto zmienił twoje życie. Spóźniłaś się na pociąg i uniknęłaś wypadku. Pomyliłaś daty i byłaś w zupełnie innym miejscu niż planowałaś - i tam spotkałaś właśnie tę osobę. Wiele tradycji ma na to jakieś swoje wytłumaczenie. W chrześcijaństwie to Opatrzność, w islamie to maktub, w hinduizmie to karma albo lila, boska gra. Ale mnie ciekawi coś innego - czy te "błędy" to naprawdę przypadki, czy może jest jakiś mechanizm który nas prowadzi, i to właśnie przez potknięcia, a nie mimo nich? Znacie jakieś tradycje które to szczegółowo opisują? Bo mnie się wydaje, że tu jest jakiś głębszy temat, który rzadko się omawia wprost.
To co opisujesz to w różnych tradycjach określa się różnie, ale sens zbliżony. W sufizmie jest pojęcie tawakkul - całkowite zawierzenie Bogu, które obejmuje też akceptację "błędów" jako przejawu woli wyższej. Rumi zresztą pisał o tym wprost, że droga do Boga jest kręta właśnie dlatego, żebyś zauważył rzeczy których byś nie zobaczył idąc prosto. Ale żebym nie wyglądał jakbym wygłaszał tylko wykład - mam konkretne pytanie do was: czy ktoś rozróżnia tutaj między "przypadkiem który okazał się dobry" a faktycznym poczuciem, że był prowadzony? Bo to są dwie różne rzeczy i warto to rozdzielić zanim zaczniemy szukać tradycji która to wyjaśnia.
Mnie ten temat dotknął bardzo osobiście. Miałam kilka takich momentów w życiu, gdzie błąd był tak wyraźny, tak precyzyjny w swoich skutkach, że zwykły przypadek to dla mnie za słabe słowo. Pomyliłam adres na spotkanie grupowe, trafiłam do zupełnie innej osoby w tym budynku, i ta osoba zaprowadziła mnie na pierwszą w moim życiu sesję z kręgiem rytuałów. Przypadek? Może. Ale to uczucie, że byłam prowadzona, to było fizyczne, w ciele. Jakby ktoś mnie lekko pchał w plecy. 🙂
przepraszam ze wchodzę bo jestem tu trochę z boku, ale wlasnie o synchronicznościach Junga zaczełam ostatnio czytać i nie wiwm czy dobrze rozumiem... czy to znaczy ze wg Junga te "błędy" które nas gdzies prowadzą to coś co nasza psyche przyciąga, czy coś co przychodzi z zewnątrz? bo mi się wydaje ze to dwie rozne rzeczy i nie wiem na którą opcję Jung stawiał
Jung to dobry punkt wyjścia ale bym była ostrożna z przyklejaniem go do tradycji religijnych, bo on sam był bardzo niejednoznaczny w tym co wierzy a co tylko opisuje psychologicznie. Mnie bardziej ciekawi jak to wygląda w tradycjach gdzie nie ma takiego pojęciowego rozdzielenia na psyche i świat zewnętrzny, na przykład w taoizmie. Tam w zasadzie ten podział jest sztuczny od początku. Tao płynie i ty płyniesz razem z nim albo przeciw niemu - jeśli płyniesz zgodnie, to "błędy" są po prostu naturalnymi zakrętami rzeki. Nie ma kogoś kto cię prowadzi, jest tylko przepływ.
no właśnie taoizm to jest trop który mało kto podejmuje a moim zdaniem najlepiej tłumaczy ten mechanizm. wu wei, niedziałanie, to nie jest bierność, to jest dostrojenie się do tego przepływu o którym Runiarka pisze. i wtedy "błąd" to nie pomyłka, to korekta. jakbyś szedł i nagle potknął się i skręcił w bok i ominął ścianę której nie widziałeś. przepływ cię koryguje. to zresztą pasuje do bioenergii ciała, strefy czakry splotu słonecznego są za to odpowiedzialne, za to intuicyjne nawigowanie przez "przypadki"... 😀
Wracając do głównego wątku, bo mi się wydaje, ze uciekamy od tematu. Goplana pytała o tradycje które opisują błąd jako sposób boskiego prowadzenia. W kontekście magii i rytuałów jest ciekawy aspekt który mało kto porusza: błąd w rytuale. W wielu tradycjach celowo wprowadza się niedoskonałość - Indianie Navajo w swoich dywanach zostawiają celowo jedną wadę, bo tylko Bóg jest doskonały, a ludzka doskonałość byłaby pychą. W kabale jest pojęice klipot, łupin, pęknięć w naczyniach - i właśnie przez te pęknięcia przechodzi boska iskra do świata. Błąd nie jest przeszkodą. Błąd jest szczeliną.
Kornelka to super spostrzeżenie i wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy ale numerologia właśnie to opisuje - roku osobistego i cykli życiowych. Są lata kiedy numerologicznie mamy tak zwaną "rok dziewiątki", czyli zamknięcie cyklu, i wtedy takie błędy-prowadzenia zdarzają sie statystycznie częściej bo psychicznie jesteśmy otwarci na zmianę. Rok jedynki to z kolei nowe początki i tam też je widać. Wszystko zależy od tego w jakim cyklu jesteś i skąd te błędy przychodzą.
Mnie w tym temacie najbardziej ciekawi sprawa którą Barni zarysował na początku - jak odróżnić "byłam prowadzona" od "po fakcie znalazłam sens". Bo to nie jest tylko problem sceptyczny, to jest problem praktyczny dla każdego kto pracuje z intuicją i rytuałem. Jeśli wszystko co pójdzie nie tak interpretujesz jako prowadzenie, to po pierwsze tracisz odpowiedzialność za własne decyzje, po drugie przestajesz rozróżniać sygnały. W tradycji wróżbiarskiej i rytualnej zawsze było ważne rozeznanie - discernment. Jak wy to robicie w praktyce?!
ha, właśnie chciałam zapytać o to co Inwokacja pisze o tej "temperaturze" uczucia, bo cos podobnego czytałam gdzieś w kontekście tradycji chrześcijańskich mistyków, że rozróżniali duchy po jakości pokoju który zostają po przeżyciu. czy to jest podobny mechanizm? i czy ktoś wie jak to się nazywa u chrześcijańskich mistyków, bo chciałabym poczytać
To co opisuje Dziunia z tą jakością pokoju po przeżyciu - tak, to jest dokładnie ten sam mechanizm co discretio spirituum, tylko wyrażony innym językiem. Ignacy mówił o pocieszeniu które "zostaje", nawet gdy samo doświadczenie już minęło. I to jest ciekawe, bo to oznacza że kryterium rozeznania nie jest intensywność - właśnie nie. Silne emocje to jeden z jego sygnałów ostrzegawczych, nie potwierdzających. Spokój, który zostaje po faktycznym prowadzeniu, jest nieproporcjonalnie cichy w stosunku do tego jak bardzo zmienia kierunek.
No i tu jest serce tego wszystkiego dla mnie. Miałam kilka sytuacji w życiu, które teraz opisuję sobie jako "błędy-prowadzenia", i ta właściwość spokoju po - to jest coś co pamiętam z każdej z nich. Nawet jak w danej chwili było zamieszanie, coś wewnątrz siedziało spokojnie. Ale mam pytanie do Barni i do Inwokacji - jak to wygląda w przypadku pracy z drugą osobą? Bo tytuł wątku trochę wywodzi się z mojego własnego doświadczenia, gdzie te "błędy" zdarzyły się w relacji dwojga ludzi, nie u jednej osoby. Czy to prowadzenie działa inaczej kiedyy dwie psyche są zaangażowane?
o, to jest ważne rozróżnienie które sama zaczęłam ostatnio rozumieć. W pracy z drugą osobą - mam na myśli wspólny rytuał albo nawet po prostu bliską relację gdzie oboje pracujecie z intencją - błąd ma jakby inny "smak". Jest jakby bardziej obiektywny, bo ktoś drugi też go doświadcza. 🙂 Jeden człowiek może sobie retroaktywnie nadać sens czemukolwiek, ale kiedy dwie osoby niezależnie od siebie odczuwają ten sam przełom w miejscu gdzie obie coś "pominęły" - to trudniej to zracjonalizować jako projekcję.
no ale czy to napewno "trudniej zracjonalizować"? dwie osoby mogą równie dobrze razem projektować. efekt grupowego myślenia życzeniowego. w kontekście bliskiej relacji gdzie obie osoby są emocjonalnie zainwestowane, wzmacniają wzajemnie własne narracje. to nie jest bardziej obiektywne, tylko bardziej potwierdzone społecznie, a to dwie rozne rzeczy.
Ten wątek z dwiema osobami jest dla mnie bardzo praktycznie interesujący. Goplana, możesz powiedzieć więcej o tym co miałaś na myśli? Bo są różne scenariusze - błąd który popełnia jedna osoba a efekt odczuwają oboje, błąd popełniony przez oboje jednocześnie, albo coś co z zewnątrz wygląda jak błąd w relacji ale oboje odczuwają potem że to był właśnie ten właściwy "zygzak". To są różne rzeczy i tradycje różnie by je czytały.
W sufizmie jest pojecie "suhba", bliskości duchowej między mistrzem a uczniem ale tez szerzej między duszami ktore rozpoznają sie nawzajem na ścieżce. To nie jest para romantyczna koniecznie ale relacja gdzie dwie dusze mają wspólny odcinek drogi do przejscia. I tam błędy w tej relacji sa traktowane jako korekty wspolnego kursu, nie indywidualnego. czy to jest to co opisuje Goplana? Nie wiem ale ten kierunek mi sie tu nasuwa.
a czy to suhba musi byc relacja mistyczna, tzn. z jakims duchowym wymiarem celowym czy moze byc zwykla relacja miedzy dwojgiem ludzi ktorzy np. sie spotykaja przypadkowo i razem robia blad?
Wybaczcie ze sie wtracam, boku ale to co Wszebora pisze o tikun o duszach ktore maja wspolne naprawienie do wykonania - czy to jest to samo co blizniacze dusze albo twin flames? bo ostatnio duzo o tym czytam i zastanawiam sie czy to jest ta sama koncepcja tylko innymi slowami, czy cos zupelnie innego
Teofilka - to nie jest to samo. Twin flames to stosunkowo współczesna koncepcja, głównie z nurtu New Age, i ma bardzo specyficzne założenia o lustrzanym odbiciu. Tikun w kabale jest starsza i bardziej złożona, dotyczy naprawy na poziomie kosmicznym, nie tylko relacyjnym. Można szukać analogii, ale to niebezpieczne uproszczenie które zaciemnia obie tradycje.
Dokładnie, to rozróżnienie jest ważne. w numerologii tez mamy pojęcie karmicznych liczb i karmicznych długów w relacji, i to jest bliżej tikun niż twin flames. chodzi o wspólny wzorzec, wspólne powtarzajace się lekcje, a nie o lustrzane odbicie. miałam kiedyś relację gdzie ta sama cyfra wychodziła nam obu w datach kluczowych momentów i to było uderzające, ale nie twierdzę ze wiem co to znaczy.
Kornelka, z całym szacunkiem, ale "ta sama cyfra w datach kluczowych momentów" to prawie na pewno efekt selektywnej uwagi. jak zaczniemy szukać powtarzających się cyfr w datach dwóch osób które ze sobą rozmawiają, znajdziemy je zawsze. to matematyczna nieuchronność, nie znak.
hm, tylko ze to rozumowanie prowadzi do wniosku ze dosłownie wszystko może być "znakiem" jeśli tylko zadamy sobie pytanie. połamana noga, spóźniony autobus, gnijące jedzenie w lodówce. w pewnym momencie to nie jest juz system rozeznania, tylko projector gdzie każdy slajd pasuje do każdego ekranu. gdzie jest granica?
Barni ostrożnie z "szamańskim" jako jedną szufladką, bo to bardzo różne tradycje. ale idea wspólnej drogi dwojga jest na tyle szeroka że pojawia się niezależnie w wielu miejscach. w praktyce co mnie uderza to że kiedy pracuję z dwiema osobami które mają wspólny temat, bardzo często "błąd" jednej z nich jest informacją dla drugiej, nie tylko dla tej która błąd popełniła. to jak gdyby system komunikował się przez słabsze ogniwo.
aha, to co Runiarka napisała na końcu o wspólnej drodze dwojga - to mnie bardzo uderzyło, bo właśnie o to mi chodziło od początku tego wątku. że błąd który zrobiliśmy razem nie był błędem żadnego z nas z osobna. był jakby błędem tej relacji, tej przestrzeni między nami. i że ta przestrzeń ma własną logikę
dobra ale zatrzymajmy sie na chwilę. "przestrzeń między nami ma własną logikę" - to brzmi pięknie ale co to właściwie znaczy w praktyce? bo albo mówimy o czymś konkretnym co można zaobserwować, albo to tylko metafora żeby nie powiedzieć "nie wiemy czemu tak wyszlo"
ale to ze rozne tradycje nazywaja to samo zjawisko nie dowodzi ze to zjawisko istnieje w sensie ontologicznym. dowodzi tylko ze ludzie w roznych kulturach miewaja podobne doswiadczenia i probuja je opisac. 🙂 co moze miec wiele powodow... niekoniecznie metafizycznych
to rozróżnienie Aleksego jets w sumie użyteczne ale myślę że za bardzo upraszcza kierunek wpływu. bo właśnie w rozmowie o błędach we dwoje - rozróżnienie "to znaczące dla mnie" od "to ma zewnętrzną przyczynę" zaczyna się zamazywać. jeśli oboje przypisujemy temu samemu zdarzeniu to samo znaczenie niezależnie od siebie, to czy nadal mówimy wyłącznie o wewnętrznym przeżyciu?
