Mnie to co Radomir opisał z tym rytmem przypomina trochę to co się mówi o Pitagorasie i harmonii sfer - że proporcje muzyczne i proporcje geometryczne to jedno. Czy ktoś wie czy jest jakaś rzeczywista historyczna łączność między tym systemem indyjskim a tym co Grecy opisywali? Czy to znowu ten przypadek gdzie ludzie doszli do podobnego wniosku niezależnie?
Halinka, to pytanie o Pitagorasa jest naprawdę ciekawe i nie takie naiwne. Jest kilka hipotez o kontaktach między tradycją grecką a indyjską - Pitagoras miał podobno podróżować do Egiptu i Babilonu, a część badaczy uważa, że stamtąd te idee mogły wędrować dalej lub mieć wspólne źródło. Ale uczciwie powiem - nie znam żadnego dowodu bezpośredniego przejęcia. Może to zbieżność wynikająca z tego, że matematyka proporcji jest jedna?
Rozumiem co mówicie, ale chcę dopytać - jeśli to jest fizyka i matematyka, to dlaczego potrzeba teologii? Czemu nie można powiedzieć po prostu, że to dobre proporcje, ładne dla oka i ucha, bez całej tej kosmologii?
Czyli jak stoisz w świątyni i czujesz 'coś' - to według tej tradycji nie jest subiektywne wrażenie, tylko rzeczywisty kontakt z czymś? To jest dość mocna teza. Bo ja czasem wchodząc do starych kościołów coś czuję i zawsze myślałam że to wspomnienie z dzieciństwa albo specyfika akustyki.
Ale zaraz, zaraz - akustyka to jestem w stanie zaakceptować jako coś mierzalnego. Natomiast wcześniej Radomir mówił że murti jest dosłownie ciałem bóstwa po pratishcie. To jest twierdzenie zupełnie innego rzędu. Jak kapłan w tej tradycji to uzasadnia? Bo to nie brzmi jak metafora.
To trochę przypomina mi konsekrację eucharystyczną w katolicyzmie - też jest punkt w liturgii, po którym to już nie jest chleb. Też jest to opisane jako realna przemiana, nie symbol. Czy ktoś wie czy indolodzy porównywali te dwa rytuały? Bo paralela wydaje mi się dość wyraźna.
Wracajac do tego co powiedzial Fabianek o murti jako ciele bóstwa - czy to znaczy ze jak swiatynia zostanie zburzona albo opuszczona to bóstwo tez odchodzi? Bo jesli to jest dosłowne zamieszkanie a nie symbol to musi byc jakis koniec tego zamieszkania?
To jest niesamowite co Ludwinia opisuje. Mam pytanie może głupie - czy jeśli ktoś ma w domu figurkę Ganeshy kupioną w sklepie z dekoracjami, to ona ma jakieś 'bóstwo w środku'? Bo teraz trochę się niepokoję.
Gracja zadaje tu bardzo głęboke pytanie i myślę że różne szkoły odpowiedzą inaczej. W śri wisznaizmie jest pojęcie archa-avatara - forma bóstwa przyjęta z własnej woli dla dobra bhakty. W tej teologii murti nie tyle 'zamieszkuje' bóstwo z zewnątrz, ile jest manifestacją jego własnego wyboru. To zmienia cały układ - to bóstwo chce być w formie, nie jest do niej przywoływane. Czy to znaczy że intencja miłości wystarczy? Nie wiem, ale część tradycji by odpowiedziała tak.
Przy tym archa-avatara pojawia się kwestia która mnie zawsze zastanawia w hinduskiej architekturze - dlaczego w takim razie forma ma takie znaczenie? Jeśli bóstwo samo chce się manifestować, to czemu musi być bardzo precyzyjny ikonograficzny kanon? Dlaczego Wisznu musi mieć cztery ręce z określonymi atrybutami, a nie trzy albo pięć? Kto i kiedy to ustalił?
Ale Szafranka, to nie jest tylko kwestia objawienia - mnie bardziej interesuje to praktyczne pytanie, które zadał Fabianek. Jeśli forma jest tak sztywna, to jak w historii powstawały nowe wizerunki bóstw? Bo przecież w różnych świątyniach Wisznu wygląda inaczej. Ktoś kiedyś musiał podjąć decyzję że ten nowy wizerunek też jest 'właściwy'.
Helenka dotyka czegoś ważnego. W tradycji jest pojęcie 'dhyana shloka' - medytacyjny werset opisujący bóstwo, który jest punktem wyjścia dla rzeźbiarza. Ale te wersety bywają ogólne i zostawiają miejsce na interpretację regionalną. Dlatego Wisznu w Tamil Nadu ma inne proporcje niż w Odisie - to nie błąd, to lokalna szikshana. Pytanie czy Helenka pyta o to jak to było historycznie uzasadniane, czy jak to faktycznie powstawało?
O obie rzeczy, bo podejrzewam że uzasadnienie i historia mogą się tu rozchodzić. Masz jakiś przykład konkretnej świątyni gdzie to napięcie jest widoczne?
Wracam do tego co powiedział wcześniej Celestyn o ortodoksji przez ortopraktykę. Bo jak słucham tej dyskusji o ikonografii to mam wrażenie, że forma jest tu ważniejsza niż wiara. Że można nie rozumieć nic z teologii, ale jeśli rytuał jest wykonany poprawnie to działa. Czy to nie jest trochę magiczne myślenie?
To mnie trochę uspokaja, to co piszecie o formie. Ale mam jeszcze jedno pytanie - jeśli ktoś kupił figurkę Ganeshy i traktuje ją z szacunkiem, modli się przy niej po swojemu, to z perspektywy tej tradycji to jest... co? Nic? Zabawa? Czy coś pośredniego?
A co jesli ktos jest np. z Polski i nie ma dostepu do zadnej swiatyni hinduskiej? Czy architektura jest wtedy wazna dla praktyki? Pytam bo jestem daleko od jakiegolwiek miejsca gdzie moglabym pojsc.
Rozumiem to co Szafranka mówi, ale wracając do samej architektury - czy ktoś wie coś więcej o tym jak planowano świątynię pod kątem kierunków? Bo Radomir na początku wspominał o orientacji względem wschodu słońca. Czy to jest coś podobnego do europejskich katedr, które też są orientowane? Interesuje mnie ta zbieżność.
Czytam tę dyskusję od dawna i mam jedno pytanie, które mi chodzi po głowie. Mówicie o świątyniach jako o modelach kosmosu - ale czy istnieje w tej tradycji coś w rodzaju 'złej architektury'? Czyli forma która aktywnie szkodzi, a nie tylko jest neutralna?
To ciekawe co Ludwinia mówi, bo to by znaczyło że 'zła' świątynia to po prostu pusta świątynia - forma bez obecności. Trochę jak niepoświęcony kościół, który jest tylko budynkiem. Czy to dobra analogia, Radomir?
To znaczy że architekt i kapłan musieli ze sobą ściśle współpracować od początku? Kto miał ostatnie słowo - shilpin czy kapłan?
Mam pytanie od strony bardziej praktycznej - te wszystkie zasady Vastu i agamy, czy są stosowane przy nowych świątyniach budowanych na zachodzie? Bo byłem kiedyś w świątyni w Londynie i wyglądała zupełnie inaczej niż to co widzę na zdjęciach z Indii. Nie wiedziałem wtedy nic o tym o czym teraz czytam.
A to nie jest dokładnie ten sam problem co z kościołami tymczasowymi albo polowymi? Kaplica wojskowa w baraku też nie spełnia żadnych wymogów architektury sakralnej, a nikt nie kwestionuje ważności mszy. Może obecność bóstwa jest tu bardziej elastyczna niż sama architektura sugeruje?
To co Szafranka mówi brzmi jakby bóstwo musiało mieć jakby właśiwy adres kosmiczny żeby dotrzeć na miejsce. Czy dobrze to rozumiem? I czy w takim razie ktoś wie, co mówią sami kapłani z tych zachodnich świątyń - czy oni przyznają że to kompromis, czy twierdzą że jest pełna zgodność?
Trochę mi to przypomina dyskusję o tym czy można odprawić pełny rytuał w mieszkaniu, bez ołtarza, bez narzędzi. I odpowiedź zwykle jest: coś tam zadziała, ale nie wszystko. Może to jest ta sama logika - przestrzeń ma znaczenie, ale intencja robi swoje nawet bez idealnych warunków. Albo się mylę i tu jednak proporcje są naprawdę kluczowe?
Słucham tego i wraca mi pytanie z wcześniej, które zostało trochę urwane. Jeśli zła architektura może być niemożliwa do konsekracji, to jak to działa z naprawami i przebudowami? Jeśli świątynia z IX wieku była kilkakrotnie odbudowywana, to czy to nadal ta sama sakralna przestrzeń?
Coraz bardziej mi się wydaje że ta architektura to jest taka warstwa zewnętrzna, a prawdziwe życie świątyni jest w murthi i rytuale. Czy to jest zbyt uproszczone? Bo z jednej strony Radomir pokazuje że każdy kamień ma znaczenie, a z drugiej wychodzi że można tę architekturę zastąpić albo zmienić i wszystko nadal działa.
Mam pytanie może trochę z boku, ale: czy istnieje coś takiego jak hiearchia ważności elementów? Czyli co jest absolutnie konieczne, a co jest ważne ale bez czego też można? Bo jak tu czytam, to mam wrażenie że wszystko jest równie kluczowe i nie wiadomo od czego zacząć rozumowania.
