Ostatnio natknąłem się na grupę Hare Krishna na rynku, śpiewali te mantry, rozdawali jedzenie. Zacząłem się zastanawiać skąd w ogóle wziął się ten ruch, bo u nas kojarzony jest głównie z lotniskami i dworcami z lat 90. Czy to jest faktycznie hinduizm, czy coś zupełnie odrębnego? I dlaczego ludzie mówią na nich kult, a nie religia?
To jest bardzo dobre pytanie, bo granica między kultem a religią jest umowna i często zależy od tego, kto patrzy. ISKCON, bo tak brzmi oficjalna nazwa tej organizacji, wywodzi się z tradycji wisznuizmu, konkretnie z nurtu czaitanjaizmu. Swami Prabhupada założył tę organizację w Nowym Jorku w 1966 roku, więc to jest stosunkowo nowy ruch, ale opiera się na bardzo starych tekstach, przede wszystkim Bhagawadgicie i Bhagawatapuranie. Nie powiedziałbym, że to kult w potocznym sensie tego słowa, ale mam pewne zastrzeżenia co do struktury organizacyjnej.
Widziałam ich kiedyś i od razu czułam dziwną energię. Coś w tym ciągłym mantraniu Hare Kriszna przyciąga, ale też odpycha. Zastanawiam się czy ta energia jest naprawdę pozytywna, czy może jest w tym coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka? W magii mantry to poważna sprawa, a oni powtarzają to bez przerwy, więc musi to coś robić z psychiką.
Jak dla mnie to czysty kult i koniec. Pamiętam jak w latach 90 stali na dworcu i nagabywali ludzi, dawali kwiaty, a potem wymagali pieniędzy. Klasyczna manipulacja. Religia nie działa tak że ubierasz się w pomarańczowe szmaty i łapiesz obcych za rękę na ulicy. Poza tym golenie głów, wspólne życie w grupie, izolacja od rodziny to są sygnały że coś jest nie tak i każdy to powinien wiedzieć.
Byłam kiedyś na ich festiwalu Ratha-jatra w Warszawie i szczerze powiem że byłam zaskozona jak bardzo to normalnie wyglądało. Ludzie z rodzinami, dużo wolontariuszy, darmowe jedzenie, muzyka. Żadnego nacisku, nikt mnie nie zatrzymywał. Ale rozumiem że różnie to może wyglądać w zależności od świątyni i kraju.
Och, nie wiedziałam że to ma jakąś oficjalną nazwę ISKCON, to dla mnie nowe! Ale mam pytanie, bo zawsze mnie to zastanawiało, czy oni w ogóle wróżą albo mają jakieś przepowiednie? Widziałam że mają te koraliki, mala chyba się nazywają, czy to jest coś podobnego do różańca?
Moja koleżanka z pracy należy do tej grupy już chyba z pięć lat i ona jest naprawdę spokojna i dobra. Ale jej rodzice się martwią, mówią że zmieniła się nie do poznania po wstąpieniu. Ona sama twierdzi że to pozytywna zmiana. Nie wiem komu wierzyć w takim przypadku?
Zatrzymajmy się chwilę, bo mam wrażenie że mieszamy ze sobą kilka różnych rzeczy. Po pierwsze, historię ISKCON z jej ciemnymi rozdziałami, po drugie, aktualną działalność organizacji, a po trzecie, samą teologię wisznuizmu która ma tysiące lat. To są trzy osobne tematy. Czy mówimy o tradycji religijnej, o konkretnej organizacji, czy o tym co widzieliśmy na ulicy?
Nie wiem dużo o hinduizmie, ale słucham tej rozmowy i mam pytanie. Jeśli ta organizacja jest kontrowersyjna i miała skandale, to dlaczego nadal działa tak prężnie na całym świecie? I dlaczego w Indiach jest akceptowana, skoro tamtejsi hindusi mają inne poglądy teologiczne od nich?
Mnie zawsze ciekawiło jak wygląda codzienna praktyka u kogoś kto należy do ISKCON, ale nie mieszka w świątyni. Bo rozumiem że jest taki model klasztorny, ale jest też mnóstwo devotees jak ich nazywają którzy mają normalną pracę, rodziny. Czy ktoś tutaj zna kogoś takiego bliżej?
Słucham tej dyskusji i mam takie wrażenie że oceniamy tę tradycję głównie przez pryzmat tego jak wyglądają na ulicy albo co słyszeliśmy w latach 90. Czy ktoś czytał cokolwiek z ich tekstów, Bhagawadgitę albo chociaż poczytał o filozofii? Bo bez tego chyba trudno stwierdzić czy to tradycja czy kult, nie?
Właśnie, bo mam wrażenie że ta rozmowa kręci się wokół tego co widać na ulicy, a nikt nie ruszył tego co jest w środku tej filozofii. Bhagawadgita to nie jest tekst ISKCON, to jest stary hinduski epos, jeden z najbardziej znanych na świecie. Prabhupada napisał do niego komentarz i to jest ta specyficzna interpretacja krysznaicka, ale sam tekst jest powszechny. Ktoś go czytał? Bo bez tego dyskutujemy trochę o opakowaniu, nie o zawartości.
Wchodząc w ten wątek, chcę dodać że ta bhakti o której piszecie to coś co w tradycjach energetycznych jest opisywane jako otwieranie serca, czakra anahata. Ciągłe powtarzanie mantry Hare Krishna faktycznie działa na poziomie wibracyjnym, niezależnie od kontekstu religijnego. Sama wielokrotnie pracowałam z mantrą i różnica jest odczuwalna. Ale tu nie chodzi tylko o energię, chcę się zapytać, czy ktoś wie jak sami wyznawcy rozumieją to doświadczenie miłości do Krishny? Czy to jest mistyczne, czy bardziej doktrynalne?
No właśnie, i tego mi tutaj brakuje w tej dyskusji. Mówimy o teologii i czakrach, a nikt nie powie wprost że ta organizacja miała na sumieniu skrzywdzonych ludzi. Lata siedemdziesiąte, szkoły gurukula, dzieci bite i głodzone. To jest udokumentowane, były procesy sądowe. Czy to samo nie mówi wszystkiego? Jaką tradycją to jest?
Właśnie ten wątek z guru mnie interesuje. Bo czytałem że po śmierci Prabhupady w 1977 roku doszło do poważnych problemów z następcami. Jeden z nich, Kirtanananda, był skazany za morderstwo i molestowanie. Inni mieli skandale finansowe. To brzmi jakby ta pozycja guru bez wystarczającej kontroli była strukturalnym problemem, nie wyjątkami. Czy to się zmieniło, ktoś wie jak to wygląda teraz?
Po tych skandalach ISKCON przeprowadziło reformy, między innymi zbudowało Ciało Zarządzające, GBC, które ma sprawować kontrolę nad guru. W teorii guru nie jest już nieomylny i może być zdjęty ze stanowiska. W praktyce bywa różnie zależnie od lokalnej świątyni. To jest organizacja globalna i bardzo niejednorodna. Świątynia w Warszawie to nie to samo co gdzieś w Indiach albo w Ameryce Łacińskiej.
To pytanie o guru jest bardzo ciekawe bo pojawia się we wszystkich tradycjach które mają jakieś inicjacje i przekaz energetyczny. W pracy z czakrami też jest ta sama kwestia, czy można pracować bez przewodnika. Mnie bardziej zastanawia jak to wygląda praktycznie w tej tradycji, co dokładnie ten guru robi dla ucznia, czy to jest bardziej jak nauczyciel duchowy czy coś bliższego relacji mistrz-uczeń w bardzo ścisłym sensie?
Te cztery zasady to jest moim zdaniem jedno z narzędzi kontroli społecznej, nie filozofia. Bo jak coś reguluje seks i jedzenie i uzależnienia, to masz człowieka pod kontrolą. Przepraszam ale to jest typowe dla grup które mają ambicje autorytarne. I nie mówię że w hinduizmie to jest złe samo w sobie, ale że w tej konkretnej organizacji było używane żeby trzymać ludzi w ryzach.
Właśnie o to mi chodziło jak pytałam o koleżankę. Ona na razie uczestniczy w spotkaniach, nie jest inicjowana, ale mówi że środowisko jest bardzo miłe i ciepłe. Zastanawiam się czy ta miłość na początku to jest szczera czy to jest taktyka, taka jak w sektach gdzie się mówi o love bombing.
Właściwie wchodzę tu po raz pierwszy do tej rozmowy bo temat mnie trzymał z daleka, ale ta kwestia polskich świątyń mnie zainteresowała. Ja z kolei słyszałam od znajomej która chodziła dłużej do jednej z grup, że presja pojawia się nie wprost, przez oczekiwania społeczne wewnątrz grupy. Nikt nie mówi musisz, ale jakoś tak się dzieje że zaczynasz czuć że powinieneś być bardziej zaangażowany.
I tu wracamy do punktu wyjścia całej dyskusji, bo Norbert na początku pytał tradycja czy kult. Mam wrażenie że odpowiedź jest bardziej złożona niż tak albo nie. Tradycja, owszem, stara i autentyczna. Organizacja, która ją niesie na Zachód, miała i nadal ma cechy które każą zachować ostrożność. Te dwie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie i myślę że właśnie dlatego ta rozmowa kręci się w kółko, bo wszyscy trochę mają rację.
Właśnie moja koleżanka mówiła że coraz więcej czasu spędza na tych spotkaniach i że to jest dla niej naturalne, ona tego chce. Ale zastanawiam się czy to zawsze jest własna decyzja czy też po prostu środowisko staje się głównym punktem odniesienia i trudno z niego wyjść.
Chcę wejść w ten wątek z innej strony. Zawężenie relacji społecznych jest też opisywane w kontekście intensywnych praktyk medytacyjnych i duchowych które nie mają żadnych organizacyjnych struktur. Czasem człowiek sam się izoluje, bo po prostu świat zewnętrzny przestaje go tyle angażować. To nie zawsze jest manipulacja z zewnątrz, czasem to jest wewnętrzna transformacja. Jak odróżnić jedno od drugiego?
To jest bardzo dobre pytanie i tak, to jest w dużej mierze specyfika Prabhupady i kontekstu historycznego. On przyjeżdżał do Nowego Jorku w latach sześćdziesiątych, do hipisowskiej Ameryki, i musiał stworzyć strukturę która utrzyma ruch przy życiu. Inne linie Gaudija na Zachodzie, jak choćby niektórzy uczniowie Bhaktivinoda Thakura, są znacznie mniej zinstytucjonalizowane. Ale też mają mniejszy zasięg.
Czyli te skandale które są wymieniane w kontekście ISKCON to były głównie problem pokolenia po Prabhupadzie, nie jego samego?
No to jest akurat ciekawe, bo z jednej strony wychodzi na to że organizacja miała poważne systemowe problemy, a z drugiej strony ta sama organizacja istnieje i przyciąga ludzi. Jak to jest możliwe że po takich rzeczach ludzie dalej wchodzą? Mnie to naprawdę zastanawia.
Znaczy serio pytam, nie retorycznie. Bo to mi się w głowie nie mieści, że można wiedzieć o takich rzeczach i mimo to tam iść. Chyba że ludzie po prostu nie wiedzą.
