To jest ciekawa zmiana, bo trzydzieści lat temu bez fizycznej świątyni praktycznie nie miałeś dostępu do tej tradycji na Zachodzie. ISKCON był jedyną bramą. Teraz ta brama jest opcjonalna. Czy to sprawia, że sama tradycja wisznuicka jest bardziej dostępna bez instytucjonalnego filtra?
To jest właśnie to czego nie rozumiałem jak zaczynałem ten temat. Myślałem że Hare Krishna to jest nazwa tej konkretnej organizacji, a wychodzi na to że to jest jedna z form szerszej tradycji która istnieje od setek lat. Czy dobrze rozumiem?
Chce spytać bo może głupio ale, czy to że jest kilka szkół wisznuickich nie jest po prostu jak sekty w chrześcijaństwie? Że niby jedna wiara ale każdy ma trochę inne poglądy i każdy uważa że jego wersja jest ta prawdziwa?
To jest bardzo trafna obserwacja i widać to też w zachodnich szkołach buddyjskich czy taoistycznych. Tradycje które w Azji są płynne i nasiąkają kulturą jak woda, na Zachodzie muszą być kodyfikowane i wyjaśniane explicite. Czasem to daje strukturę która jest sztywniejsza niż oryginał, a czasem wychodzi coś zupełnie nowego.
Właśnie zastanawiam się czy to dotyczy też koleżanki o której pisałam. Ona trafiła do tej wspólnoty przez internet, nie przez świątynię, i mówi że ta forma jej bardziej odpowiada, luźniejsza. Ale czy to znaczy że jej doświadczenie Hare Krishna jest w ogóle porównywalne z tym co mają osoby które są głęboko w strukturze ISKCON?
To że ISKCON jest jedyną widoczną opcją to jest trochę jak z kościołem katolickim w Polsce. Jak nie wiesz że są inne kościoły chrześcijańskie to myślisz że katolicyzm to całe chrześcijaństwo. Nie wiem czy ISKCON w ogóle ma świadomość że tak działa, bo jak coś jest duże to nie zawsze widzi co robi małym.
Czekajcie, bo się trochę zgubiłam. Linia Vallabhy to już jest coś innego niż to o czym rozmawiamy, czy to jeszcze jest ta sama tradycja? Bo rozumiem że wszyscy czczą Kriszne, ale chyba to nie wystarczy żeby wszystko wrzucić do jednego worka?
To jest głębszy problem który dotyczy każdej tradycji opartej na praktyce powtarzalnej. W pracy z energią też można robić oddech czy wizualizację mechanicznie bez żadnego kontaktu z tym co za tym stoi. Forma bez intencji to jest pusta skorupa. Ale odwrotnie też działa, intencja bez formy bywa chaotyczna. Najciekawsze jest to co się dzieje gdy oba naraz.
Ale to co mówicie to jest tak subiektywne że nie da się na tej podstawie nic powiedzieć. Może jej po prostu dobrze robi śpiewanie czegokolwiek i gdyby śpiewała kolędy to by było tak samo. Jak można odróżnić efekt samej praktyki od efektu robienia czegoś razem z innymi ludźmi w grupie?
To mi trochę przypomina coś co czytałam o różnicy między modlitwą ustną a kontemplatywną w chrześcijaństwie. Że jedni się modlą żeby coś dostać, inni żeby być w relacji. Czy w bhakti jest podobne rozróżnienie, czy cała praktyka jest raczej jednolita w tej kwestii?
Trzeba tu dodać że ISKCON po śmierci Prabhupady przeszedł poważny kryzys, który zresztą sam w sobie wiele mówi o tym jak ta organizacja działa. Przez lata osiemdziesiąte było kilka skandali, część guru zachowywała się w sposób zupełnie niezgodny z nauczaniem. Wielu devotees odeszło właśnie wtedy. Czy to robi z tradycji "kult"? Nie sądzę. Ale to był test.
Skandale w osiemdziesiątych? Czyli tak samo jak kościół katolicki. Nie bronie ISKCON, tylko mówię że nie można tego używać jako argumentu że to kult, bo katolicyzm by też wypadł kryteriom kultu wedle takiej logiki.
Przepraszam że wchodzę z boku ale mam pytanie, może trochę naiwne. Czy zwykły uczestnik kirtanu, ktoś kto po prostu przychodzi śpiewać i mu to daje spokój, w ogóle musi wiedzieć o tym wszystkim? Znaczy, czy ta cała historia organizacyjna ma znaczenie dla kogoś kto nie zamierza wstępować do żadnej społeczności?
No dobra ale to mówicie jakby każda społeczność była pułapką. Ludzie się angażują w kościoły, w drużyny sportowe, w kółka quillingowe, i nikt nie pyta o mechanizmy retencji. Dlaczego grupy duchowe mają być z góry podejrzane?
Mam wrażenie że ta rozmowa trochę kręci się w koło, między "to kult" a "nie, to tradycja" i nie dociera do żadnego wniosku. Może zamiast szukać jednoznacznej etykiety warto zapytać jakie są konkretne sygnały ostrzegawcze na które warto uważać, niezależnie od tego czy mówimy o ISKCON czy o czymkolwiek innym?
To mi pasuje do szerszego obrazu który się tu wyłania. Że pytanie z tytułu, tradycja czy kult, jest może źle postawione. Bo ta sama tradycja może funkcjonować zdrowiej lub mniej zdrowo zależnie od konkretnej wspólnoty, lidera i kontekstu. ISKCON jako całość jest jednym i drugim w różnych miejscach i czasach, tak to rozumiem?
Ale to trochę dziwna logika nie? Że tradycja jest twoja tylko jeśli się urodzisz w odpowiedniej grupie. To by znaczyło że buddyzm nie może być praktykowany przez nikogo spoza Azji, bo to też cudza tradycja. I jakoś nikt się nie burzy.
Czekajcie, bo ja tutaj wypadłem z kontekstu. Kim był ten Czaitanja? Prabhupada to założyciel ISKCON to wiem, ale Czaitanja się tu pojawia już drugi raz i nie wiem kto to.
Przepraszam że pytam o coś podstawowego, ale czy ten kirtan który się śpiewa na ulicach to jest bezpośrednio ta sama praktyka co u Czaitanyi, czy to już jest przeróbka na potrzeby zachodniego odbiorcy?
Słuchajcie, wróćmy może na chwilę do czegoś praktycznego, bo ta historyczna analiza jest świetna ale trochę się gubię. Jeśli ktoś chce po prostu uczestniczyć w kirtanie bez głębszego wchodzenia w teologię, to czy w ogóle ma teraz jakieś opcje poza ISKCON? Bo z tego co tu czytam to kirtan jest trochę oddzielnie od samego ISKCON jako organizacji.
No ale tutaj wchodzimy na grząski teren. Czy można wyciągnąć praktykę z jej kontekstu religijnego i powiedzieć że jest neutralna? Bo jakby ktoś wyciągnął różaniec z katolicyzmu i powiedział że to tylko technika oddechu i powtarzania, to trochę by to śmiesznie brzmiało dla katolika.
