Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co mnie uderza przy czytaniu o różnych kulturach i religiach. Mianowicie - niezależnie od tego, czy mówimy o pogrzebach w Japonii, w Ghanie, w Meksyku czy u rdzennych Amerykanów, zawsze pojawiają się pewne wspólne elementy. Obmycie ciała. Jakaś forma pożywienia złożonego przy zwłokach lub grobie. Śpiew albo recytacja. Okres żałoby oddzielony od normalnego życia. Skąd to się bierze? Czy to przypadek ewolucji kulturowej, czy może coś głębszego? Chętnie posłucham, co myślicie, zwłaszcza jeśli ktoś zna obrzędy spoza Europy z pierwszej ręki.
To nie jest przypadek, moim zdaniem. Obmycie ciała to niemal universal - w islamie, w judaizmie, w tradycjach afrykańskich, w dawnych słowiańskich obrzędach. I za każdym razem chodzi o to samo: oczyszczenie przed przejściem. Jakbyśmy wszędzie intuicyjnie wiedzieli, że dusza potrzebuje "czystego" wyjścia. Ale mnie bardziej ciekawi ten element jedzenia. Bo w jednych tradycjach zostawia się jedzenie dla ducha, w innych wspólnota jada razem przy grobie - i to niby dwa różne zachowania, ale może mają ten sam korzeń?
Przepraszam, że się wtrącę, ale dopiero zaczynam się interesować tym tematem. Słyszałem o tybetańskim pogrzebie niebieskim, gdzie ciało zostawia się ptakom. Ale nie wiem kompletnie jak to wygląda od strony rytuałów towarzyszących. Czy tam też jest ten element oczyszczenia, o którym pisała Stefcia04? Bo to wydaje się sprzeczne z takim podejściem do ciała.
Zatrzymajmy się na chwilę na tym co powiedział Arat na początku - ten element oddzielenia żałoby od normalnego życia. To mnie uderza w kontekście porównawczym może nawet bardziej niż obmycie czy jedzenie. W żydowskiej tradycji jest shiva - siedem dni kiedy żałobnicy dosłownie nie wychodzą z domu, przyjmują kondolencje. W niektórych kulturach afrykańskich żałoba trwa rok i jest wypełniona konkretnymi zakazami. W dawnych słowiańskich obrzędach były "dziady" jako regularny powrót do kontaktu z przodkami. To jakby wszyscy instynktownie czuli, że przejście wymaga czasu po obu stronach - i dla żywych, i dla umarłych.
Właśnie czytałam temat i chciałam zapytać - czy ktoś wie coś więcej o słowiańskich obrzędach pogrzebowych sprzed chrystianizacji? Bo wspomniano o "dziadach", ale to chyba trochę inny obrzęd niż sam pogrzeb. Mnie interesuje co konkretnie robiono bezpośrednio po śmierci, bo wydaje mi się że tam też musi być ta symbolika oczyszczenia.
Albo to po prostu wyraz tego, że żywi nie mogli się pogodzić z myślą że ktoś bliski idzie "z niczym". Czujesz żal, chcesz pomóc, ale nie możesz - więc dajesz jedzenie, narzędzia, biżuterię. To ma sens jako ludzki odruch, nawet bez teologii. Nie umniejszam temu wymiaru duchowego, ale myślę że ten odruch jest wcześniejszy od jakiejkolwiek religii.
Słucham tej rozmowy i mam takie pytanie z innej strony - czy ktoś kojarzył te pogrzebowe symbole z numerologią? Konkretnie mam na myśli to, że w wielu kulturach pogrzeb trwa określoną liczbę dni: trzy, siedem, czterdzieści. To nie może być przypadek, prawda? Ciekawe że te same liczby wracają.
Liczby to temat rzeka i można by osobny wątek założyć. Ale zostając przy tym co tu omawiamy - mnie w tym wszystkim najbardziej uderza nie to CO jest podobne, ale to ŻE w ogóle jest. Człowiek gdziekolwiek żył, w jakimkolwiek klimacie i środowisku, wytworzył rytuał wobec śmierci. Żadna inna istota tego nie robi. Neandertalczycy grzebali swoich zmarłych, kładli przy nich kwiaty. To jest może najstarsza rzecz którą dzielimy jako gatunek. I może właśnie dlatego tak bardzo się te obrzędy powtarzają - bo odpowiadają na pytanie które zadajemy wszyscy od samego początku.
Szczerze mówiąc, nie znam udokumentowanego przypadku kultury która nie miałaby żadnej formy obrzędu. Nawet najbardziej minimalistyczne pochówki - ciało złożone w jamie ziemnej - już są wyborem, już są aktem. Pytanie czy to jeszcze rytuał czy nie, zależy od tego jak zdefiniujesz samo słowo. Co miałaś na myśli - brak pochówku w ogóle, czy brak ceremonii?
Właściwie zastanawiam się czy sam fakt wyróżnienia śmierci - jakiekolwiek wyróżnienie - już jest czymś. Nawet jeśli zostawisz ciało w lesie, ale zrobisz to celowo i z jakimś zamiarem, to coś ten gest znaczy. A może pytanie powinno brzmieć inaczej: czy jest kultura, która traktuje śmierć zupełnie tak samo jak każde inne zdarzenie, bez żadnego wyróżnienia?
Słuchajcie, a wracając do tych liczb które wcześniej wymieniałam - czy ktoś sprawdzał jak to wygląda w kontekście numerologii? Bo trójka, siódemka, czterdzieści - to są liczby które mają ogromne znaczenie w numerologii niezależnie od kultury. Czy to może być coś więcej niż zbieżność?
Przepraszam że wchodzę z boku, ale chciałam zapytać o coś praktycznego. Dużo się tu mówi o tym co było dawniej albo co jest gdzieś daleko - ale co z nami tutaj, w Polsce? Czy jest coś z tych starych słowiańskich rytua łów co przetrwało do dziś, tylko może pod inną nazwą?
Stypa jest starsza niż chrześcijaństwo na tych ziemiach, to pewne. Ale co ważne - to znowu ten sam wzorzec co wcześniej omawialiśmy. Jedzenie jako łącznik między żywymi a marłymi. Tylko że chrześcijaństwo to przyjęło, dało inną interpretację i tak przetrwało. Ciekawsze pytanie jest takie: czy ktoś jeszcze przy stypie myśli o tym że to też dla zmarłego?
Właśnie chciałam to powiedzieć! Moja babcia zawsze zostawiała talerz przy stole na stypie "dla niego". Nie wiem czy wierzyła że duch przyjdzie, ale robiła to. To się chyba samo tłumaczy, bez żadnej religii.
Ale tu mam inne pytanie: czy to zawodzenie to był wyraz autentycznego bólu, czy performance społeczny? Bo jeśli płaczki były wynajmowane, to one nie znały nawet zmarłego. Więc co to wyrażało? Że bogaci mogli pozwolić sobie na więcej łez? Albo że łzy były konieczne niezależnie od tego kto je ronił?
Ale to by znaczyło, że te rytuały nie są tak bardzo "duchowe" jak myślimy, tylko że mają bardzo konkretne fizyczne działanie na ludzi którzy w nich uczestniczą? Trochę mnie to niepokoi, bo jakoś inaczej to sobie wyobrażałam.
Wróćmy na chwilę do liczb bo mam wrażenie że pominęliśmy jedną rzecz. Skoro czterdzieści dni wraca wszędzie, to czy ktoś sprawdzał dziewięć? Bo Słowianie mieli dziewięć dni, prawda? I dziewięć też ma swoją numerologię - zamknięcie cyklu, koniec.
Przepraszam że pytam o coś może oczywistego, ale skąd wiadomo jak te słowiańskie rytuały wyglądały? Mam na myśli - nie mamy chyba pisanych źródeł od samych Słowian, prawda? Skąd wiemy że to nie jest wymyślone przez kogoś nowszego?
To jest uczciwa wątpliwość. Ale mamy też dane z kultur które były naprawdę izolowane - np. aborygeńskie australijskie albo amazońskie - i tam też pojawiają się te elementy. Ciało musi być odpowiednio potraktowane, jest czas żałoby, jest dźwięk, jest jedzenie. Nie identycznie, ale strukturalnie podobnie.
Ale jak te kultury były izolowane to skąd wiemy co u nich robiły? Ktoś tam pojechał i opisał, tak? No to znowu ten problem z opisującym, nie?
Słucham tej rozmowy i mam takie pytanie z boku - czy te wzorce które omawiacie są naprawdę zbieżne, czy my sami szukamy podobieństw bo chcemy je znaleźć? Mam na myśli: Słyszę "wszędzie jest dźwięk" ale dźwięk to jest wszystko - śpiew, płacz, cisza obrzędowa, bębnienie. To jest trochę za szeroka kategoria żeby móc powiedzieć że to ten sam wzorzec.
Właśnie chciałam się zapytać - czy jest jakiś rytuał pogrzebowy który naprawdę NIE pasuje do tych wzorców? Bo może to by pomogło ustalić czy wzorce są prawdziwe czy my je narzucamy.
To pytanie o interpolację jest kluczowe dla całej tej dyskusji. Bo jeśli nie potrafimy oddzielić warstw, to może te "powinowactwa" które widzimy są po prostu śladami jednego historycznego procesu - ekspansji określonych religii i ich kalendarzy - a nie dowodem na jakiś wspólny ludzki wzorzec.
A gdyby chodziło o coś prostszego? Że każda kultura musi po prostu rozwiązać ten sam praktyczny problem - co zrobić z ciałem, jak nie dopuścić do chaosu społecznego po śmierci kogoś ważnego, jak przeorganizować grupę? I te rozwiązania wyglądają podobnie bo problem jest ten sam, nie dlatego że mamy wspólną duchową pamięć?
A co z sól? Bo ja nie wiedziałam że sól ma jakieś znaczenie przy pogrzebach. U nas w domu nigdy tego nie było chyba? Albo może było i nie wiedziałam co oznacza.
Czyli sól może znaczyć dokładnie przeciwne rzeczy w zależności od kultury? To trochę podważa tę teorię o wspólnych wzorcach, nie? Bo jeśli ten sam element ma odwrotne znaczenie, to gdzie jest ten "universal"?
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam takie wrażenie, że wszyscy zakładacie że rytuał służy żywym. Ale co jeśli w tych kulturach ludzie naprawdę wierzyli że rytuał służy duszy, że bez niego dusza dosłownie zginie albo zostanie w złym miejscu? Czy to zmienia interpretację tych podobieństw?
