Albo każda kultura po prostu nie chce się przyznać przed sobą że robi to dla siebie, więc opowiada sobie historię o duszy której trzeba pomóc. Przepraszam że to mówię, ale to też jest możliwe i wydaje mi się uczciwe żeby to powiedzieć.
Ale może chodzi o to co jest lokalnie dostępne i wydaje się odpowiednio "graniczne"? Woda oddziela brzegi, ogień oddziela materię od dymu i popiołu, góra oddziela doliny. Każda kultura wzięła to co miała pod ręką i co intuicyjnie pasowało do idei przejścia.
A u nas w rodzinie zawsze się otwierało okno po śmierci. Czy to jest właśnie to o czym mówicie, że dusza ma wyjść? Bo nigdy nie myślałam o tym że to może być coś więcej niż stary zwyczaj.
Rozwiązywanie węzłów przy śmierci? Nie słyszałam o tym. W jakich kulturach to jest? Bo teraz mi się skojarzyło z tym że w numerologii węzeł jest symbolem powiązania, zatrzymania...
Ale wtedy wracamy do pytania czy śmierć ma coś szczególnego, czy jest tylko jednym z wielu przejść. Bo wydaje mi się że jednak ludzie traktują pogrzeb inaczej niż ślub albo inicjację. Tam jest lęk, tu jest może też lęk, ale jakościowo inny. Czy gdzieś w tych tradycjach widać że śmierć jest tym przejściem które się stoi nad wszystkimi innymi?
Właśnie to mnie zastanawia - czy pogrzeb jest jakościowo inny niż inne przejścia. Bo przy ślubie czy inicjacji ten kto przechodzi, uczestniczy. Tymczasem przy śmierci główna osoba jest nieobecna w sensie aktywnym. Czy to zmienia coś w tym jak rytuał działa? Kto właściwie jest jego centrum?
Ale czy to nie sprawia że właściwie nie możemy powiedzieć nic pewnego o tych podobieństwach między kulturami? Bo jeśli każdy rytuał ma wiele znaczeń, to może te podobieństwa są tylko pozorne - każda kultura robi coś co wygląda tak samo ale z zupełnie innego powodu?
Ja mam takie proste pytanie bo trochę się zgubiłam. Czy chodzi wam o to że wszyscy na świecie coś robią po śmierci, ale co konkretnie robią to już zależy od miejsca? Bo jeśli tak, to faktycznie to co łączy to jest ta potrzeba, a nie to co się robi.
A jeśli popatrzeć na to inaczej - może wszystkie trzy naraz? Biologia daje lęk przed śmiercią i potrzebę pożegnania, społeczeństwo organizuje tę potrzebę w formę, a duchowość nadaje tej formie sens. Żaden z tych poziomów nie wyklucza pozostałych.
I to by spinało ten wątek z tym co van Gennep mówił o fazie liminalnej. Ciało wystawione to jest właśnie ta faza pomiędzy - ani żywy, ani odprowadzony. Rytuał przeprowadza przez tę fazę. I co ciekawe, wszędzie tam gdzie tej fazy brakuje - nagła śmierć, brak ciała, zaginięcie - żałoba jest trudniejsza i trwa dłużej. Jakby rytuał był faktycznie potrzebny do zamknięcia, nie tylko symbolicznie.
Ale chwila - czy to naprawdę ten sam problem w każdej z tych tradycji? Bo upiór słowiański to sprawa niebezpieczna dla żywych, aoros grecki to duch błąkający się bo nie zaznał pełni życia, a protokół chiński może być zupełnie inaczej uzasadniony. Forma podobna, ale co napędza tę formę?
Mam pytanie do całej dyskusji, bo się trochę kręcimy wokół tego samego. Czy nie byłoby łatwiej podzielić te podobieństwa na dwa typy - takie które dotyczą ciała i takie które dotyczą duszy albo tego co zostaje? Bo przy ciele wydaje mi się że podobieństwa są twardsze, bardziej namacalne.
Poczekajcie, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Mówicie że wszędzie ciało w końcu znika z życia codziennego i to jest ten wspólny element? Ale to może być po prostu kwestia praktyczna, nie duchowa. Ciało się po prostu rozkłada i trzeba coś z nim zrobić.
Dokładnie na to zwróciłam uwagę gdy czytałam o pochówkach neandertalczyków. Tam były kwiaty, ochra, ułożenie ciała. To nie było konieczne. Czy ktoś wie czy archeolodzy są zgodni że to na pewno były pogrzeby a nie np. przypadkowe nagromadzenie?
To ciekawe że nawet szukając kontrprzykładu trudno go znaleźć. Ale mam pytanie - czy porzucenie ciała bez ceremonii to naprawdę brak rytuału, czy inny rytuał? Może sama decyzja o niepodejmowaniu działania jest jakimś działaniem symbolicznym?
Nie znam dobrze tych konkretnych przypadków na tyle żeby odpowiedzieć pewnie. Ale z tego co pamiętam, tam chodziło o specyficzne okoliczności - nie o brak szacunku, tylko o inne rozumienie ciała. Coś w rodzaju że ciało to po prostu materia, więc nie ma po co go grzebać. Ale to właśnie potwierdza twój punkt, Wiciol - jest uzasadnienie, jest intencja.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że wszyscy zgadzacie się że jakiś rytuał jest zawsze. Ale ja pamiętam że w czasie wojen masy ciał były zakopywane bez żadnej ceremonii. Czy to się liczy? Bo tam nie było ani intencji symbolicznej ani społeczności która to robi dla siebie.
Jeśli pochówek to kontynuacja relacji, a nie jej koniec, to zmienia całe pytanie o powinowactwa. Bo wtedy nie pytamy dlaczego ludzie się żegnają podobnie, tylko dlaczego podobnie budują więź z tymi co odeszli. To chyba głębszy wspólny mianownik?
Przepraszam że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale skoro mówimy o famadihanie - tam ludzie tańczą z kośćmi? Jak to wygląda i czy to nie jest dla nich niepokojące? Dla mnie to by było coś niewyobrażalnego i zastanawiam się czy te powinowactwa nie są jednak tylko na poziomie abstrakcyjnym, bo w szczegółach to jednak kompletnie różne światy.
Czytam to i mam wrażenie że rozmowa krąży wokół czegoś co jest może trudne do nazwania. Czy chodzi o to że śmierć biologiczna i śmierć społeczna to dwie różne rzeczy? I że rytuały pogrzebowe na całym świecie są właśnie o tej drugiej, nie pierwszej?
To rozróżnienie między śmiercią biologiczną a społeczną chyba najlepiej porządkuje całą tę dyskusję. Bo możemy teraz zapytać: czy w każdej kulturze ten moment "śmierci społecznej" jest wyraźnie zaznaczony? I czy rytuał jest właśnie tym zaznaczeniem? Bo jeśli tak, to mamy bardzo konkretne powinowactwo - nie w formie, ale w funkcji. Każda kultura jakoś ogłasza: ten człowiek przestał być częścią żywych.
Ale czy ten "powrót do życia" jest dla żywych czy dla zmarłego? Bo mam wrażenie że przez całą rozmowę trochę mieszamy te dwie perspektywy. Famadihana jest dla obu stron? A ten okres czterdziestu dni to czas żałoby dla żywych czy czas w którym dusza jeszcze gdzieś jest i wymaga pomocy?
