To co mówi Kadula o pamięci jako formie trwania - to mnie mocno uderza, bo jest w tym coś, co czuję intuicyjnie niezależnie od jakiejkolwiek tradycji. Kiedy ktoś bliski odchodzi i przez długi czas myślę o nim intensywnie, modlę się czy odprawiam jakiś rytuał - to nie czuję, że 'zmieniam jego los'. Czuję raczej, że podtrzymuję nić. Czy ktoś inny tak to odbiera?
Ale chwila - jeśli to tylko nić po stronie żywych, to właściwie nie jest to ratowanie duszy, tylko radzenie sobie z żałobą. To dwie różne rzeczy, nie? Nie chcę być nieprzyjemna, ale mam wrażenie, że gdzieś w tym wątku zaczęliśmy rozmawiać o psychologii zamiast o tym, czy dusza faktycznie coś odczuwa.
To pytanie Ziny jest fundamentalne i myślę, że różne religie udzielają na nie różnych odpowiedzi. Katolicki czyściec jest twierdzeniem teologicznym, nie empirycznym - wierzy się, że pomaga, bo Kościół tak naucza, a podstawą jest Objawienie, nie weryfikacja. W islamie podobnie - Du'a za umarłych jest zalecana, bo prorok tak nauczał, nie dlatego, że zbadano skutki. Może pytanie 'czy to działa' jest po prostu pytaniem skierowanym do niewłaściwego adresata.
A czy Tybetańczycy uważają, że ta sama pomoc jest skuteczna dla każdego, czy tylko dla kogoś, kto za życia praktykował? Bo mam wrażenie, że jeśli dusza po śmierci ma 'słyszeć' instrukcje, to musi mieć jakąś gotowość. Czy ktoś, kto nigdy nie medytował, nagle po śmierci będzie potrafił się 'przestroić'?
Czytam tę dyskusję od dłuższego czasu i to, co napisała Nefrytka o jasnym świetle, bardzo mnie poruszyło. Nigdy nie słyszałam o tym tak opisanym - że każdy, niezależnie od tego, jak żył, ma ten moment. To jest chyba najbardziej 'miłosierne' z tych wszystkich systemów, o których tu mówicie. Dziękuję za to wyjaśnienie, naprawdę.
Wracając do tego, co Hortensja mówiła o dwóch modelach - zastanawiam się, czy można by zestawić: model 'zamknięty' to kalwinizm i predestynacja, model 'otwarty z oknem' to czyściec, bardo, Duat, model 'łączności bez wyroku' to kult przodków i tradycja nordycka. Czy to uproszczenie, czy rzeczywiście daje się tak podzielić większość tradycji?
Czytam to i myślę: czy jest jakaś tradycja, w której ratowanie duszy po śmierci jest wykluczone nie dlatego, że dusza jest potępiona, ale dlatego, że jej po prostu... nie ma? Mam na myśli takie systemy, gdzie po śmierci jest tylko nicość i nie ma komu pomagać. Czy to jest w ogóle religijne stanowisko, czy już czysto filozoficzne?
To, co Anusia napisała, to chyba najważniejsze zdanie w tej dyskusji. Pytanie o ratowanie duszy zakłada już pewną odpowiedź na pytanie, czym dusza jest. I nagle całe zestawienie, które próbowałam ułożyć, staje się bardziej skomplikowane - bo nie porównujemy systemów ratowania, tylko systemy ontologii duszy plus systemy działania na nią. To są dwa osobne wymiary.
Chcę zapytać o coś, co mnie nurtuje od kilku postów. Wszyscy mówimy o ratowaniu duszy po śmierci, ale czy jest jakaś tradycja, w której dusza może sama poprosić o pomoc? Nie mam na myśli zjaw i takich rzeczy, ale czy jest system, gdzie to inicjatywa wychodzi od strony umarłego, nie żywego?
Mój tata śnił mi się kilka tygodni po śmierci i powiedział jedno zdanie, które potem okazało się ważne w zupełnie nieoczekiwanym kontekście. Nie wiem, co to było, ale Centa opisuje dokładnie to uczucie - jakby to był inny rodzaj snu. Nigdy nie myślałam, że to może być coś, co różne tradycje opisują od wieków. Dziękuję, że to piszecie, serio.
Czytam to wszystko od dawna i chcę zapytać o coś bardzo prostego, bo trochę się zgubiłam. Jeśli ktoś nie wierzy w żadną konkretną religię, ale chce zrobić coś dla duszy bliskiej osoby - to co ma zrobić? Czy jest jakaś praktyka, ktora działa 'niezależnie od systemu', czy zawsze musi się wybrać jakieś ramy?
Chcę wrócić do pytania, które zadałam dużo wcześniej, bo myślę, że wciąż na nie nie odpowiedzieliśmy. Czy jest system, w którym ratowanie jest niemożliwe nie przez potępienie, ale przez brak kogoś do ratowania? Bo jeśli mamy tradycje, gdzie dusza jest strumieniem, a nie osobą, to komu właściwie pomaga rytuał? Temu strumieniowi? Ale strumień to nie 'ktoś'.
Wracam do wątku o snach i duszach, bo mnie to bardzo nurtuje. Wioletka napisała, że tata powiedział jej coś, co potem okazało się ważne. Zastanawiam się, jak to jest z tym 'coś czego nie wiedzieliśmy' - to jest chyba najsilniejszy argument, że sen nie był tylko psychiką, prawda? Czy ktoś ma więcej takich doświadczeń, gdzie informacja w śnie okazała się weryfikowalna?
Ok, ale jak to robimy - to znaczy jak odrużniamy te duszew snach? Bo jak mi się śni dziadek, to nie wiem, czy on coś potszebuje, czy po prostu go wspominam. Centa wspominała te znaki - bardzo wyraźny sen, poczucie obecności. Ale jak ktoś ma silną wyobraźnię albo bardzo tęskni, to też może mieć 'wyraźny' sen. Czy jest coś bardziej konkretnego?
Wracając do głównego pytania tematu - bo trochę odpłynęliśmy w stronę snów, choć to piękny wątek. Zastanawiam się, czy da się powiedzieć, która tradycja ma najbardziej 'rozbudowany' system ratowania dusz po śmierci. Mam wrażenie, że katolicyzm z czyśćcem i odpustami, buddyzm wadżrajana z bardo i phowaem, i wierzenia słowiańskie z dziadami to są trzy bardzo różne architektury tego samego problemu. Która z nich daje człowiekowi największą 'sprawczość' wobec losów umarłych?
Wracając do głównego pytania tematu - bo trochę odpłynęliśmy w stronę snów, choć to piękny wątek. Zastanawiam się, czy da się powiedzieć, która tradycja ma najbardziej 'rozbudowany' system ratowania dusz po śmierci. Mam wrażenie, że katolicyzm z czyśćcem i odpustami jest pod tym względem wyjątkowo szczegółowy - właściwie każdy etap jest opisany, uregulowany, ma swoją teologię. Czy inne systemy dorównują temu stopniem dopracowania?
Przepraszam, że wchodzę z takim pytaniem, ale: w katolicyzmie co dokładnie się dzieje w czyśćcu? Że dusza cierpi i przez to staje się lepsza? Zawsze to rozumiałam tak, że to takie 'oczyszczenie przez ból', ale niedawno ktoś mi powiedział, że to bardziej jak dojrzewanie niż kara. To bardzo zmienia obraz.
Ale tu wchodzi kwestia, którą podnosił Kadula przy tradycji nordyckiej - praktyka jest starsza od teologii. W katolicyzmie msze za umarłych są też starsze niż scholastyczna teologia czyśćca. Najpierw była praktyka, potem zbudowano teologię, która ją uzasadnia. Wera porusza coś ważnego, ale to nie jest specyfika katolicyzmu - to jest ogólna cecha religii.
Czyli właściwie żadna tradycja nie 'wie', jak ratowanie duszy działa - tylko każda ma swój opis, który sprawia, że praktyka ma sens? To nie jest zarzut, po prostu próbuję zrozumieć. Bo wcześniej mówiłyśmy o snach i tam też nie wiemy, 'jak' dusza do nas przychodzi - ale to nie znaczy, że to nie jest prawdziwe.
Wracam na chwilę do tego, co powiedział Sigilmistrz o tym, która tradycja jest 'najbardziej rozbudowana'. Mam inne kryterium niż szczegółowość teologii. Wydaje mi się, że ważniejsze jest to, jak długo po śmierci można pomagać. W katolicyzmie - praktycznie bez limitu. W judaizmie kadisz mówi się przez jedenaście miesięcy, i to jest celowe - żeby nie sugerować, że rodzic był złoczyńcą, za którego trzeba modlić się pełny rok. To mi się podoba. Jest w tym szacunek.
Ta optymistyczna antropologia to jest coś, co mnie uderza w zestawieniu różnych tradycji. Katolicyzm też bywa optymistyczny - Jan Paweł II mówił, że piekło może być puste. Buddyzm zakłada, że każda istota może ostatecznie osiągnąć przebudzenie. Hinduizm przez cykle wcieleń daje nieskończone szanse. Czy któraś z tradycji jest naprawdę pesymistyczna co do losów dusz?
To co mówi Nefrytka wydaje mi się kluczowe. Może to rozróżnienie 'kto jest beneficjentem rytuału - żywy czy umarły' jest ważniejsze niż pytanie o mechanizm. Większość z nas chyba czuje, że zapalenie świecy za kogoś, kto odszedł, robi coś z nami, nie tylko z nim. Czy któraś tradycja wprost to przyznaje - że rytuał służy głównie żywym?
To co opisuje Kadula bardzo różni się od katolickiego modelu. Tam umarły jest w jakimś sensie 'pasywny' - czeka na nasze modlitwy, my działamy na jego rzecz. W modelu nordyckim czy azjatyckim umarły jest aktywny, uczestniczy, reaguje. To fundamentalna różnica w tym, jak wyobrażamy sobie duszę po śmierci - czy jest podmiotem działającym, czy obiektem naszych działań. Czy ktoś zna tradycję, gdzie jest wyraźnie jedno i drugie jednocześnie?
To co opisuje Glozka56 o uwięzionych duszach - to jest chyba najciemniejszy wątek tego tematu i jednocześnie najbardziej obecny w popularnej wyobraźni. Duchy w domach, zjawy, mary - prawie wszystkie kultury mają jakiś wariant 'duszy, która nie przeszła'. Czy to jest właśnie ta sytuacja, w której 'ratowanie duszy po śmierci' jest najbardziej pilne i najbardziej dosłowne? Tzn. nie chodzi o zbawienie, tylko o uwolnienie?
Przepraszam, że wchodzę w coś bardziej przyziemnego, ale mamy temat o ratowaniu duszy po śmierci i dotknęliśmy voodoo, nordyckiej tradycji, buddyzmu, kalwinizmu - a nie padło jeszcze słowo o islamie. Jak tam wygląda ta kwestia? Czy można modlić się za umarłego muzułmanina? Mam wrażenie, że to białe pole w tej rozmowie.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i uderza mnie jeden wzorzec, który widzę w prawie każdej tradycji. Wszędzie jest jakiś 'czas pośredni' - barzach, czyściec, Bardo, Gehenna, Hel - i wszędzie w tym czasie można coś zrobić lub przynajmniej coś się dzieje. Jakby ludzka wyobraźnia religijna nie potrafiła zostawić duszy sam na sam z wiecznością bez żadnego buforu. Zastanawiam się, czy to mówi nam coś o tym, jak rozumiemy sprawiedliwość - że nie może być tak, że wszystko rozstrzyga się w jednej chwili.
Dziękuję, że to tłumaczysz, bo naprawdę nie wiedziałem jak działa kaddysz. Zawsze myślałem, że to po prostu modlitwa za umarłego, jak requiem w kościele. A tu jest zupełnie inna logika - to jest akt wiary żywego w obliczu śmierci, nie petycja do Boga o coś dla umarłego. To zmienia całkowicie sens tego rytuału w moich oczach.
