Dobra, ale wróćmy do czegoś, bo mi umknęło - czy w buddyzmie też jest tak ułożony dzień? Bo z tymi godzinami kanonicznymi to jestem w stanie wyobrazić sobie chrześcijaństwo, ale bhikszus to chyba działa inaczej?
Mam takie skojarzenie - to co opisujecie z klasztorami, to trochę brzmi jak świadome zaprojektowanie środowiska pod duchowy cel. Jakbyś chciał schudnąć, to nie trzymasz słodyczy w domu. Klasztor to środowisko bez pokus, prawda? W każdym razie bez tych pokus, które uważają za przeszkody.
Słuchajcie, a czy ktoś wie, jak to wygląda w tradycjach niechrześcijańskich i niebuddyjskich pod kątem tej walki z myślami? Bo mam wrażenie, że dużo mówimy o Ewagriuszu i therawadzie, a pominęliśmy na przykład jogiczną tradycję kontroli citta, czyli umysłu. Patańdżali ma na to całą nomenklaturę.
Poczekajcie, bo chcę doprecyzować jedno. Mówicie o tych przewodnikach, liniach przekazu i tak dalej - ale w chrześcijaństwie jest podobnie, tak? Opat albo starszy, w prawosławiu starzec, stariec. Czy to jest to samo pojęcie, czy tylko podobne z zewnątrz?
Mam pytanie do tego, co mówi Oleandra - czy ten model bez instytucjonalnego mianowania nie generował też problemów? Bo jeśli autorytet jest oparty wyłącznie na reputacji i cudzej opinii, to co się działo z fałszywymi mistrzami? Czy tradycja pustyni ma coś do powiedzenia o rozpoznawaniu kogoś, kto tylko udaje, że ma ten charyzmat?
Słucham tego i mam wrażenie, że ten problem z fałszywymi mistrzami to nie jest coś historycznego. To jest chyba dokładnie to samo, co teraz dzieje się z różnymi nauczycielami duchowymi w internecie, tylko bez pustyni.
Wróćmy może do samego monachizmu, bo trochę nam odpłynęło - mam takie pytanie, które kręci mi się w głowie od jakiegoś czasu. Czy w islamie jest coś analogicznego do mnichów? Słyszałem, że islam oficjalnie nie popiera monastycyzmu, ale z drugiej strony sufi mieszkali przecież w tekke i zawiach...
Hej, przepraszam że wchodzę z boku, ale mi się nasuwa pytanie - skoro w islamie oficjalnie nie ma monastycyzmu, a jednak sufi żyli w tych zawiach i tekke, to czy to nie było traktowane jako herezja? Czy władze religijne przymykały na to oko?
To co Glozka mówi jest ważne, bo pokazuje coś szerszego - monachizm i życie wspólnotowe w izolacji od świata nie jest czymś marginalnym w żadnej tradycji, nawet tam, gdzie oficjalnie go nie ma. Mam wrażenie, że to jest odpowiedź na jakieś bardzo głębokie ludzkie zapotrzebowanie, które przekracza granice doktryn. Ale zastanawiam się, czy ktoś może powiedzieć coś o tradycjach, które wprost odrzucają tę formę - czyli gdzie mówi się wyraźnie, że wycofanie się ze świata jest błędem?
Chyba konfucjanizm? Bo tam jest wyraźny nacisk na aktywne życie w społeczeństwie, relacje, role, obowiązki. Mnich odcinający się od rodziny byłby tam kimś, kto porzuca swoje podstawowe zobowiązania moralne. Choć nie jestem pewna, czy to jest twarde odrzucenie monastycyzmu jako takiego, czy po prostu inny priorytet.
No właśnie, i to mnie trochę zastanawia od początku tego wątku - bo mówimy cały czas jakby monastycyzm był szczytem drogi duchowej, a te tradycje, które mówią 'zostań w świecie', jakby były gdzieś poniżej. A może to jest nasze europejskie nastawienie, że ktoś co się wyrzeka, to bardziej poważny?
To co Mamunaa napisała to jest ważna korekta i chcę się przy tym zatrzymać. Myślę, że to nie jest tylko europejskie nastawienie - to jest nastawienie tych tradycji, które same siebie eksportowały na Zachód. Buddyzm tybetański, zen, chrześcijańska mistyka - wszystkie mają silną narrację o wycofaniu. Ale sikhizm, który równie dobrze mógłby trafić do zachodniej ezoteryki, tego nie robi. I to jest chyba odpowiedź na pytanie, dlaczego mamy takie złudzenie.
Zastanawiam się, czy to 'karmienie się wzajemne' nie dotyczy też samego monastycyzmu w sensie wewnętrznym. Bo klasztor potrzebuje świata na zewnątrz - potrzebuje darowizn, nowicjuszy, pielgrzymów. A świat potrzebuje klasztoru jako takiego miejsca, które 'trzyma' coś duchowego za wszystkich. Jakby kontrakt.
To ciekawe, ale mam wrażenie, że mieszamy dwa różne modele. Bo pustelnik, który siedzi sam w górach i żyje z tego co znajdzie, to jednak co innego niż wielki klasztor z gospodarstwem i skryptorium. Czy możemy je wrzucać do jednego worka pod hasłem 'monastycyzm'?
Przepraszam, że pytam o rzecz może oczywistą dla was, ale ten cenobit to jest po prostu mnich we wspólnocie? Bo to słowo kilka razy padło i chcę się upewnić że dobrze rozumiem o czym mówicie.
Właściwie to mnie teraz zastanawia, czy w tradycjach, które mówią 'zostań w świecie' jak sikhizm albo konfucjanizm, nie ma jakiegoś odpowiednika tej intensywności, którą klasztor 'przechowuje'. Bo jeśli nie ma miejsca wyznaczonego do tego, to gdzie ta intensywność idzie? Rozpryskiem w każdym domu osobno?
Może w Japonii mają na to odpowiedź? Bo tam masz i monastycyzm buddyjski i sintoizm, który jest bardzo zakorzeniony w codzienności, w domu, w miejscu pracy. I jakoś to współistnieje. Chociaż nie wiem dokładnie jak to działa od środka.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam takie dość proste pytanie, może naiwne - czy ktoś z piszących tutaj miał kiedyś kontakt z prawdziwym klasztorem, z mnichami, i czy to doświadczenie coś zmieniło w tym jak myślimy o tym, o czym rozmawiamy?
To co mówi Runomiraa dobrze pokazuje, że monastycyzm w praktyce jest czymś innym niż monastycyzm jako idea. My tutaj rozmawiamy o doktrynach, funkcjach społecznych, modelach anachorety kontra cenobit - a w środku tego wszystkiego jest po prostu człowiek wstający na jutrznię w zimnym kościele. Czy nie gubimy tego wymiaru w tej dyskusji?
Mam wrażenie, że ta rozmowa kilka razy dotykała czegoś ważnego i potem odpływała w teorię. Jak Glozka56 to ujęła - jest różnica między monastycyzmem jako systemem a monastycyzmem jako codziennym doświadczeniem. Ale mam pytanie: czy te dwa poziomy w ogóle można oddzielić? Czy system nie jest właśnie po to, żeby to codzienne doświadczenie było możliwe?
Nie wiem czy to dobry moment, ale mi się przypomniało że w tradycji sufickiej jest podobny problem - ktoś może chodzić do zawii, powtarzać dhikr, ubierać się jak faqir i żyć jak faqir, a starsi bractwa mówią że to jeszcze nie jest na ścieżce. Jest takie powiedzenie, że nie chodzi o to żeby wyglądać jak martwy dla swiata, tylko żeby faktycznie być.
To jest chyba moment, kiedy wychodzi ta ludzka strona instytucji, o której mówiliśmy wcześniej. Klasztor jest instytucją i ma wszystkie słabości instytucji - władzę, hierarchię, możliwość nadużycia. Czy jest jakaś tradycja monastyczna, która próbowała ten problem rozwiązać strukturalnie?
A czy w buddyzmie therawada, gdzie mnisi są bardzo zależni od świeckich darczyńców, to może jakos inaczej reguluje tę władzę? Bo mnich który dosłownie zależy od miski ryżu ma jednak inną pozycję niż opat dużego klasztoru z majątkiem ziemskim, nie?
Właśnie o tym Tajlandii chciałam powiedzieć, bo to nie jest tak że buddyzm therawada jest jakiś bardziej czysty od innych. Czytałam że niektórzy opatów w Tajlandii mają prywatne samochody, podróżują biznesem - i to jest akceptowane przez część sanghi jako nagroda za pobożność. Coś tu nie gra z ideałem żebrzącego mnicha.
To jest właściwie powracający wzorzec w tej dyskusji - ideał monastyczny kontra konkretna historyczna realizacja. I mam wrażenie, że każda tradycja, którą tu omawialiśmy, przeszła przez ten cykl: pierwotny impuls radykalny, potem instytucjonalizacja, potem reforma próbująca wrócić do pierwotnego impulsu. Benedykt reformował wczesny monastycyzm, Franciszek reformował Kościół, Milarepa był reakcją na skostniałe klasztory tybetańskie.
Przepraszam, że wchodzę z czymś może innym - ale ten cykl, który opisuje Seraphina, to jest też chyba coś, co widać nie tylko w klasztorach, prawda? Każda instytucja religijna przez to przechodzi. Więc czy klasztor jest w tym wyjątkowy, czy po prostu jest jednym z przykładów czegoś ogólniejszego?
No i właściwie dlatego ci puslennicy, anachoreci, eremici ciągle wracają - jako korekta, jako przypomnienie że była jakaś inna droga. Każda reforma monastyczna zaczyna się od kogoś kto mówi: wystarczy, wracam do jaskini albo do lasu. Jakby ten pierwotny impuls musiał co jakiś czas odżyć żeby system przeżył.
